Reklama

Reklama

Kolarstwo. "Wielka trójka", skandale i kontuzje. Podsumowanie pierwszej części sezonu

Odbywający się w środę wyścig Scheldeprijs "zamknął" kampanię północnych klasyków, będącą najważniejszym aktem pierwszej części kolarskiego sezonu. Ostatnie miesiące zapamiętamy przede wszystkim jako kolejną, kapitalną odsłonę walki trzech gigantów: Juliana Alaphilippe'a, Mathieu van der Poela i Wouta van Aerta, którą przyćmił jednak absurdalny przepis, wprowadzony przez międzynarodowe władze. Polacy? Cóż, póki co byli jedynie tłem, choć są przesłanki by wierzyć, że taki stan rzeczy szybko ulegnie zmianie.

Kolarska "wielka trójka"

Już w drugiej części sezonu 2020 byliśmy świadkami kapitalnej rywalizacji trzech, bez wątpienia najmocniejszych aktualnie specjalistów od wyścigów jednodniowych. Julian Alaphilippe (Deceuninck - Quick Step), który do swojego bogatego palmares osiągnięć dołożył wtedy m.in. koszulkę mistrza świata mierzył się z wywodzącymi się z kolarstwa przełajowego objawieniami: Mathieu van der Poelem (Alpecin-Fenix) i Woutem van Aertem (Jumbo-Visma). Starcia trójki elektryzowały, a fani liczyli, że podobnie będzie i wiosną.

Rzeczywiście - w pierwszych miesiącach tego roku emocji nie brakowało. Tercet toczył porywające boje nie tylko na brukach, ale i w trakcie etapówki Tirreno-Adriatico, gdzie łącznie wygrał... pięć z siedmiu etapów. Co jednak istotne - zawodnicy, którzy wydawali się być kolarzami z zupełnie innej planety wielkie występy przeplatali nieco słabszymi. W trakcie Mediolan - San Remo dali się w końcówce ograć Jasperowi Stuyvenowi (Trek-Segafredo), zaś w innym monumencie, odbywającym się w ostatnią niedzielę Ronde van Vlaanderen - kompanowi z ekipy "Loulou" (taki przydomek nosi Alaphilippe), Kasperowi Asgreenowi. 

Reklama

Tadej Pogacar kontra reszta świata

Gdzieś w tle tej rywalizacji swoje siły sprawdzali specjaliści od wyścigów trzytygodniowych, choć lepiej byłoby powiedzieć, że sprawdzali po prostu, czy są w stanie pokonać Tadeja Pogacara. Młody zwycięzca Tour de France, kompan z ekipy UAE Team Emirates Rafała Majki prezentuje póki co niemal stuprocentową skuteczność. Wygrał oba wyścigi etapowe, w których wziął udział (UAE Tour i Tirreno-Adriatico), a podczas Strade Bianche - jednodniowej imprezy faworyzującej raczej specjalistów od występów na brukach - był szósty. Walki z nim w "etapówkach" nie byli w stanie nawiązać Egan Bernal (triumfator "Wielkiej Pętli" z 2019 roku) czy objawienie ubiegłorocznego Giro d'Italia - Joao Almeida (Deceuninck - Quick Step). Jedynym, który wydawał się być na zbliżonym poziomie był... inny Słoweniec, Primoż Roglić z Jumbo-Visma. On jednak w pierwszej części sezonu z "Pogim" się nie spotkał. Rywalizują dopiero teraz - na trazie Itzulia Basque Country. 

Pozostając przy "Rogli" - był on bohaterem jednej z większych kontrowersji pierwszej części sezonu. Kontrowersji, dla niektórych będącej jednak wyłącznie bezsensownym biciem piany. O co chodzi? Podczas Paryż-Nicea zawodnik, mając na koncie już dwa etapowe skalpy, siódmego dnia zmagań na ostatnich metrach pognał za samotnym uciekinierem, walczącym o swój życiowy sukces Gino Maderem (Bahrain Victorious). Uciekającego niemal od startu kolarza dogonił kilkanaście metrów przed finiszem, odbierając mu okazję do świętowania. Według wielu (w tym - niektórych byłych kolarzy) powinien był odpuścić, honorując w ten sposób waleczną postawę rywala. O tym, że Roglić popełnił błąd przekonywał nawet Sylwester Szmyd, pracujący obecnie w BORA-hansgrohe nasz były znakomity zawodnik. "W kolarstwie jak w życiu, co posiejesz to zbierzesz. Primoż chyba nie rozumie, iż czasami potrzeba mieć w peletonie przyjaciół by coś wygrać... lub nie przegrać" - komentował. 

Roglić ostatecznie Paryż-Nicea nie wygrał. Mimo trzech triumfów na etapach, ostatniego dnia zmagań zaliczył dwie kraksy i został za czołową grupą. Mimo pomocy kolegów nie zdołał odrobić straty. Według Szmyda - również dlatego, że pomni jego zachowania zaledwie dzień wcześniej rywale robili co mogli, by ta sztuka mu się nie udała.

Absurd UCI

Kibiców rozgrzała do czerwoności nie tylko "sprawa" Słoweńca, ale i przepis, wprowadzony przez Międzynarodową Unię Kolarską 1 kwietnia. Data dość symboliczna, bo brzmi on jak żart. Otóż, od tego dnia kolarze nie mogą wyrzucać czegokolwiek poza specjalnie do tego wyznaczonymi, "zielonymi" strefami. To oznacza, że nie mogą nawet oddać bidonów kibicom, co jest częstą, kolarską tradycją. Boleśnie przekonał się o tym w trakcie Ronde van Vlaanderen kolarz AG2R Citroen, Michael Schaer, który został za takie przewinienie zdyskwalifikowany. 

UCI argumentowała wprowadzenie takiego zapisu troską o ekologię i bezpieczeństwo zawodników (może się bowiem zdarzyć, że wyrzucony bidon wpadnie pod koła innego zawodnika powodując kraksę - czegoś takiego doświadczył w trakcie Giro 2020 Geraint Thomas z Ineos Grenadiers). Zdaniem niektórych zawodników chodzi jednak wyłącznie o kasę - kasę z kar, jakie dyktować będą sędziowie. Zwolenników przepisu w zasadzie nie ma, jest za to medialna burza. Władze? Póki co milczą i liczą zapewne, że cała stawka w końcu sobie odpuści i przywyknie do "nowego". O tym, że tak nie będzie świadczyć mogą jednak przecieki z peletonu wskazujące, że kolarze szykują strajk i mają zamiar masowo wyrzucać bidony, pokazując władzom absurd sytuacji.

"Kwiato" z urazem

W tle wydarzeń pierwszej części sezonu przewijają się Polacy. Powodów do radości nie mieliśmy niestety zbyt wiele. Gorzej ze zmartwieniami. Michał Kwiatkowski po świetnym otwarciu roku podczas Etoile de Besseges (drugie miejsce w klasyfikacji generalnej) podczas Trofeo Laigueglia zaliczył kraksę. Pierwotnie wydawało się, że skończyło się jedynie na otarciach. Polak przejechał więc bardzo wymagające Strade Bianche, niemal 300-kilometrowy Mediolan - San Remo i Tirreno-Adriatico, po czym okazało się, iż wszystkiego tego dokonał... ze złamanym żebrem. Aktualnie dochodzi do siebie po tym urazie. Termin jego powrotu do rywalizacji nie jest znany.

Rafał Majka, który w nowej drużynie pełni rolę pomocnika Tadeja Pogacara póki co testuje współpracę i "nie wychyla nosa" poza swoje standardowe obowiązki. U progu sezonu zapowiadał, że będzie szukał swoich szans w mniej istotnych wyścigach, lecz póki co na taki krok się nie zdecydował. Promykiem nadziei może być za to postawa aktualnego mistrza kraju, Stanisława Aniołkowskiego. Zawodnik Bingoal z dobrej strony prezentował się na brukach (był m.in. szósty w Bredene-Koksijde oraz 10. w Brugge de Panne - wyścigu kategorii World Tour) dając nadzieję, że w przyszłości dostarczyć nam może sporo powodów do radości.

Tomasz Czernich

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje