Reklama

Reklama

Kolarstwo. Uciec z piekła wojny. Niezwykłe losy Aweta Gebremedhina

​Historia Aweta Gebremedhina, 29-letniego kolarza z Erytrei jest gotowym materiałem na film. Niewiele zabrakło jednak, by życie napisało w nim tragiczne zakończenie.

Opowieść o losach Aweta warto rozpocząć od krótkiego opisania miejsca, w którym przyszło mu się narodzić. Erytrea to, według danych Banku Światowego, jeden z najbiedniejszych krajów świata. Państwo totalitarne, w którym prawa człowieka są nagminnie łamane. Przez komentatorów porównywane bywa do Korei Północnej. Jedyną szansą na godne życie jest ucieczka.

Na taki właśnie krok zdecydował się Gebremedhin, wykorzystując nadarzającą się okazję. W 2013 roku, podczas kolarskich mistrzostw świata we Florencji, gdzie startował w wyścigu zawodników poniżej 23. roku życia opuścił kolegów z kadry. Po pewnym czasie udało mu się przedostać do Szwecji, gdzie przez prawie dwa lata żył w ukryciu. Nie trenował, więc by nie przybrać na wadze zwyczajnie się głodził. Gdy już udało mu się uzyskać status uchodźcy, co umożliwiało powrót na rower, by zdobyć na niego pieniądze... zbierał butelki.

Reklama

Przed startem sezonu 2016 udało mu się skontaktować z amatorską drużyną Marco Polo, która roztaczała opiekę nad podobnymi mu zawodnikami, którzy musieli opuścić swoje ojczyzny. Występował w niej przez rok, dobrymi występami zwracając na siebie uwagę szefostwa ekipy zawodowej - Kuwait-Cartucho. Dołączenie do niej było jednak bardzo złym wyborem - po roku zrezygnowano z jego usług, w dodatku - nie płacąc mu ani grosza.

Erytrejczyk znalazł się w punkcie wyjścia, a co gorsza - poważnie groziło mu pozostanie "na lodzie", bez środków do życia i nowej drużyny. Miał jednak sporo szczęścia - na skutek politycznych zawirowań zwolniło się miejsce w drużynie Israel Cycling Academy, do której otrzymał oficjalne zaproszenie. Występował w niej przez trzy kolejne lata - aż do końca 2020 roku i w jej barwach wystartował w Giro d’Italia - drugim najważniejszym wyścigu kolarskiego kalendarza, co od zawsze było jego wielkim marzeniem. Wszystko - jak się wydawało - zmierzało ku szczęśliwemu końcowi.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

Po zakończeniu zmagań w 2020 roku Gebremedhin wyjechał do Tigraju w Etiopii, gdzie uciekła przed prześladowaniem z Erytrei jego rodzina, w tym - żona i dziecko. Niestety, niemal dokładnie w tym samym momencie w tym regionie wybuchła wojna, której powodem było rugowanie Tigrajczyków z czołowych stanowisk w etiopskim rządzie. Krajowe władze wsparła dawna ojczyzna Aweta, któremu w przypadku złapania - jako uciekinierowi - groziła śmierć.

On i jego rodzina zmuszeni zostali do życia w ukryciu i przez ponad miesiąc nie dawali żadnych znaków życia. Informacji na temat Aweta nie miała nawet jego siostra, mieszkająca na co dzień w Szwecji. Wielu obawiało się najgorszego...

Szczęśliwie, sygnał od zawodnika otrzymał jego menedżer, Jesus Marcelino Pacheco. Według jego informacji ani kolarzowi, ani bliskim nic się nie stało. - Czuje się dobrze. Szczęśliwie, jest cały i zdrowy, ale ogromnie przerażony tym, co się dzieje. Mam nadzieję, że wkrótce uda się go sprowadzić do Europy - mówił, a podczas naszej rozmowy czuć było w jego głosie wielką ulgę. Tyle, że na tym problemy wcale się nie kończą...

Wraz z końcem 2020 skończyła się bowiem umowa kolarza z Israel Cycling Academy. Formalnie jest on bezrobotny, a jego agent, z uwagi na całe zamieszanie miał problemy, by znaleźć mu nowy zespół. Jak poinformował, jednak i w tej sprawie pojawiło się światełko w tunelu. - Czekam na informację od jednej z ekip trzeciego szczebla. To nic pewnego, ale mam nadzieję, że uda się z nią porozumieć i znaleźć Awetowi przystań - zdradził.

Tomasz Czernich

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL