Reklama

Reklama

Kolarstwo. PZKol nad przepaścią

Jedyną osobą, która zachowuje się racjonalnie w kryzysie, który dotknął polskie kolarstwo jest minister sportu. Witold Bańka wezwał władze PZKol do natychmiastowej dymisji. Te w zdecydowanej większości podporządkowały się woli ministerstwa, ale prezes związku Dariusz Banaszek trwa nadal. 22 grudnia ma podać się do dymisji. Ale na swoich warunkach.

Banaszek dość nieoczekiwanie przystąpił do kontrataku. Zarzucił ministerstwu, że nie ma prawa ingerować, kto będzie rządził polskim kolarstwem. Prezes PZKol odczytał z kartki oświadczenie, w którym za zaistniałą sytuację obarczył winą wszystkich tylko nie obecne władze.

Reklama

- Tracę jedynie dobre imię, kolarstwo traci wszystko - tłumaczył dziennikarzom. - Nie znałem i nie znam ustaleń audytu. Moja wiedza oparta jest o doniesienia prasowe. Te sprawy nie dotyczą obecnych władz PZKol. Te wydarzenia (seksafera - przyp. AD), o których mowa, miały miejsce w grupie CCC-MTB. Dlaczego Dariusz Miłek, właściciel tej grupy, nie zgłosił się do prokuratury? Wszyscy mieli wiedzę wcześniej. Były prezes PZKol Wacław Skarul i Piotr Kosmala też. Tyle że ten ostatni nigdy nie był wiarygodny - powiedział Banaszek.

Na specjalnie zorganizowanej konferencji, na której prezes nie zamierzał początkowo odpowiadać na pytania, odtworzono zapis jednej z rozmów telefonicznych z Dariuszem Miłkiem, prezesem CCC i późniejszego spotkania zarządu związku. Oprócz steku wyzwisk i wzajemnych oskarżeń trudno było cokolwiek zrozumieć.

- Początek mojej kadencji był bardzo dobry. Doskonale współpracowało mi się z Ministerstwem Sportu i Turystyki, dzięki czemu pojawił się na przykład Orlen. Ministerstwo nie ma podstaw do takiej formy nacisku. Nie rozumiemy narzucania woli w taki sposób - bronił się szef związku. - Afera nie jest związana z Polskim Związkiem Kolarskim, tylko z jedną z grup. Informacje o skandalach, jakich dopuszczał się były pracownik związku, otrzymałem na przełomie lipca i sierpnia. Został wówczas zwolniony dyscyplinarnie.

W skrócie całe wystąpienie prezesa PZKol można sprowadzić do jednego krótkiego zdania: "Ja nic nie wiem. Jestem niewinny." Na reakcję Witolda Bańki nie trzeba było długo czekać. Minister oczekuje ustąpienia wszystkich członków zarządu PZKol. Jednocześnie Bańka powiedział dziennikarzom, że związek nie rozliczył się z dotacji, na co czas minął w czwartek. Oznacza to, że władze polskiego kolarstwa muszą zwrócić do budżetu państwa kwotę ponad siedemnastu milionów złotych, a to z kolei doprowadzi do kompletnego krachu finansów PZKol-u, z którym zresztą wcześniej zerwały umowy Orlen i CCC (firma Dariusza Miłka).

Żadna z gwiazd polskiego kolarstwa nie wsparła Polskiego Związku Kolarskiego. Związek topi się w mętnej wodzie, a środowisko zamiast ratować sytuację, przerzuca się kwitami. W kuluarach mówi się, że to dopiero początek góry lodowej. W tle seksafery są przecież oskarżenia o doping. 

Adam Drygalski

Dowiedz się więcej na temat: kolarstwo | PZKol | Dariusz Banaszek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje