Reklama

Reklama

Kolarstwo. Matej Mohorić: Kask uratował mi życie

Po fatalnie wyglądającym wypadku na dziewiątym etapie Giro d’Italia Matej Mohorić może mówić o wielkim szczęściu. Kolarz doznał niewielkich obrażeń w stosunku do tego, jak upadł. Teraz otwarcie mówi o tym, że gdyby nie kask, jego losy mogłyby potoczyć się zdecydowanie inaczej.

Słoweński kolarz szosowy może mówić o sporym szczęściu. Wypadek podczas dziewiątego etapu Giro d’Italia wyglądał co najmniej fatalnie i mroził krew w żyłach.

Matej Mohorić przekoziołkował podczas zjazdu z Passo Godi, gdy nagle stracił równowagę na zakręcie. Okazało się, że kolarz poobijał się i doznał wstrząśnienia mózgu. W  piątek jego zespół poinformował, że faktycznie kolarz wyszedł z wypadku niemal bez szwanku.

"Planowałem wyprzedzić Gino Madera na zjeździe i wjechać na przód. Zakręt zaskoczył mnie i był bliżej niż się spodziewałem. Straciłem przyczepność na tylnym kole ze względu na dużą prędkość. [...] Na szczęście rower pochłonął całą energię, gdy rozszczepił się widelec, dlatego wyszedłem z tego wypadku z niewielkimi siniakami i lekkim wstrząsem" - tłumaczył Mohorić.

Reklama

Kask uratował mu życie

Kolarz dodał też, że gdyby nie kask na głowie, skutki wypadku mogłyby być zdecydowanie gorsze.

"Te wypadki zawsze pokazują, jak ważne jest noszenie kasku. Chciałbym podziękować naszemu partnerowi, ponieważ kask uratował mi życie" - dodał zawodnik.

Po wypadku Słoweniec miał czuć trochę bólu, który ograniczała jednak adrenalina. Wrócił już do swojego domu w Monako i oczekuje na kolejne wyścigi. Wystąpi między innymi na Tour of Slovenia i być może podczas Tour de France.

A


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje