Reklama

Reklama

Kolarstwo. Maciej Bodnar: Na każdym treningu towarzyszył nam policjant

Jest jednym z trzech Polaków, który wygrał etap na Tour de France. W rozmowie z Interią Maciej Bodnar wspomina 2017 rok i wygraną w Marsylii, ale też minimalną porażkę na finiszu w Pau. Mówi też o przygotowaniach do sezonu przed pandemią i po pandemii. 35-letni kolarz grupy Bora Hansgrohe spędził miesiąc w Kolumbii. - Jest inaczej niż w serialach - mówi w rozmowie z Interią.

Olgierd Kwiatkowski: Sezon kolarski będzie trwał tylko trzy miesiące. Czy da się go w takiej sytuacji rozsądnie zaplanować?

Maciej Bodnar: -Trzeba być w pełnej gotowości od pierwszego startu. Nie można okazywać słabości, trzeba się sprężyć maksymalnie przez ten krótki trzymiesięczny czas. Ale nawet w tym okresie musimy znaleźć moment, gdy będziemy w najwyższej formie. Ja będę szukał jej w październiku na Giro d'Italia. Zaczynam od udziału w Tour de Pologne, z czego się bardzo cieszę, potem będę miał zgrupowanie i być może start w Tour de France, ale najbardziej szykuję się właśnie na Giro.

Reklama

W jakiej roli pojedzie pan we włoskim wyścigu?

- Będę przede wszystkim pomagał Peterowi Saganowi na płaskich etapach. Peter poważnie traktuje start we Włoszech. Pojedzie w Giro pierwszy raz, zależy mu na dobrym występie. Ale na pewno na mojej pomocy skorzysta również Rafał Majka. Wytyczne drużyny będziemy poznawać na bieżąco. Każdego dnia pracuje się na tego, kto jest naszym liderem.

Będzie pan miał szansę, by się samemu wykazać i powalczyć kiedyś o zwycięstwo etapowe?

- Różnie bywa. Są kraksy, nieszczęśliwe wypadki. Nie można przewidzieć sytuacji na wyścigu. Ja się nastawiam na to, że jadę, by pomóc. Ktoś musi pomagać liderom. Taka jest moja rola. Scenariusze mogą być różne. Zdarzy się etap przejściowy, nie dla górali, nie dla sprinterów, tylko dla uciekinierów. Można się w taką akcję - świadomie lub nieświadomie - wplątać i skorzystać z okazji. Nie myślę o tym, ale wiem, że takie sytuacje się zdarzają.

Tak jak na 11. etapie Tour de France w 2017 roku z metą w Pau. Był pan wtedy o krok od zwycięstwa etapowego po samotnej ucieczce i przechytrzenia całego peletonu i sprinterów. Jeszcze żałuje pan tej niewykorzystanej szansy?

- Ostatnio oglądałem powtórkę tego etapu w telewizji. Wielka szkoda, że mi się nie udało. Gdybym w tym samym roku nie wygrał czasówki w Marsylii nie mógłbym tego odżałować. Wygrana na Stade Velodrome zrekompensowała mi porażkę w Pau. Tam było naprawdę blisko. Wystarczyło pięć sekund, żeby dojechać do mety i podnieść ręce do góry, a za sobą mieć sprinterów. Byłby wspaniały plakat na ścianę w domu.

Czy zawsze ucieczka na płaskich etapach jest skazana na niepowodzenie? Scenariusz etapów na wielkich tourach tak wygląda - ktoś ucieka i jest wchłaniany przez peleton kilka kilometrów albo kilkaset metrów przed metą.

- Sam jestem odpowiedzialny za kasowanie takich ucieczek i z reguły je kasuję. Wtedy, w 2017 roku nasza ucieczka też była skazana z góry skazana na porażkę. Ja czułem się wtedy świetnie, byłem w formie. Jechałem rozsądnie, starałem się oszczędzić jak najwięcej sił. Kalkulowałem, że jak zaatakuję na sam koniec to możliwe, że coś z tego wyjdzie, choć nie myślałem o zwycięstwie. Zbliżając się do mety patrzyłem na dane z pomiarów mocy, widziałem jaka jest prędkość, wiedziałem na co stać peleton i wszystko sobie w głowie obliczałem. Miałem cień szansy. Zabrakło dokładnie 250 metrów na etapie liczącym 203 km. Gdyby meta była ciut wcześniej... 

Jest pan specjalistą od jazdy indywidualnej na czas, sześciokrotnym mistrzem Polski w tej specjalności, był pan czwarty na mistrzostwach świata w 2016 roku. Czy w tym roku nastawia się na to, by we wrześniu w Szwajcarii powalczyć o medal?

- Mistrzostwa świata odbędą się zaraz po wyścigu Tirreno - Adriatico. Postaram się znaleźć trochę czasu, żeby właściwie przygotować się do tego startu. Zależy mi na mistrzostwach, ale nie wiem czego się spodziewać, bo sezon jest zupełnie inny niż wszystkie. Teraz czuję się dobrze. Co będzie jednak we wrześniu?

Wybiegając trochę w przyszłość. Igrzyska olimpijskie w Tokio, czy coś zmieniło się w pana nastawieniu do tej imprezy po jej przełożeniu na przyszły rok?

- O starcie w igrzyskach marzy każdy sportowiec. Dwa razy byłem na igrzyskach, chcę pojechać po raz kolejny. Wszystko zależy od tego, jak będę się czuł w przyszłym roku, jakie rezultaty będę miał na początku przyszłego  sezonu. To selekcjoner podejmie wtedy decyzję, kto pojedzie do Tokio. Nie należy mi się miejsce w kadrze za nazwisko.

Miał pan inne niż zazwyczaj przygotowania do sezonu. Prawie miesiąc spędził pan w Kolumbii. Skąd taki pomysł?

- Pojechaliśmy tam pierwszy raz na tak długie zgrupowanie. To jest baza przygotowań do sezonu Kolumbijczyków, a Kolumbijczycy świetnie radzą sobie w Europie. Żyją na wysokości i mają dzięki temu lepsze parametry fizyczne. Już dwa lata wcześniej byłem w Kolumbii z Peterem Saganem. Pojechaliśmy tam po wyścigu w Kalifornii zobaczyć jak to wygląda. To nas zainspirowało.

- Jest pod ogromnym wrażeniem. Wbrew temu, co widzimy w serialach Netfliksa, jest trochę inaczej, raczej bezpiecznie. Nie wszystko wygląda super, ale jeśli chodzi o klimat i o drogi, to jest idealne miejsce dla kolarzy. Byliśmy tam w lutym. Temperatura była wprost idealna - ponad 20 stopni, ale nigdy więcej niż 30. Zdarzają się pory deszczowe. Trafiliśmy na fajną pogodę. Mieliśmy idealne warunki do trenowania. Chodziło nam jednak przede wszystkim o to, by trenować na wysokościach. W Europie nie ma takiego miejsca, gdzie jest zarazem ciepło i wysoko. Są Sierra Nevada i Teneryfa, ale na Teneryfie teren jest bardzo ciężki, tu mieliśmy też dużo płaskiego.

Naprawdę nie baliście się o bezpieczeństwo?

- Trzeba wiedzieć gdzie można pójść, a gdzie się nie zapędzać, bo obcy nie są tam mile widziani. Ciężko pracowaliśmy, skupialiśmy się na treningu i tylko sporadycznie wychodziliśmy do restauracji, bo mieliśmy własnego kucharza, który gotował dla nas w hotelu. Na każdym treningu towarzyszył nam policjant.

Czyli jednak potrzebna była ochrona?

- Osoba, która organizowała zgrupowania, a uczestniczyło w nim czterech kolarzy, uznała, że tak będzie lepiej. Chodziło o to, żeby łatwiej było się nam poruszać, chodziło raczej o bezpieczeństwo w ruchu drogowym. Tam jest trochę wariacki ruch i policjant jadąc za nami ubezpieczał nas z tyłu. Wszystko było załatwione legalnie, zgodnie z procedurami. Jesteśmy profesjonalistami. 

Dziś okazuje się, że pana plan treningowy z początku sezonu, w tym świetne zgrupowanie w Kolumbii, poszło na marne, bo kalendarz zupełnie się zmienił?

- Miałem wszystko dokładnie przemyślane i zaplanowałem. Najpierw mieliśmy zgrupowanie z grupą Bora Hansgrohe na Majorce, potem sam zainwestowałem w obóz na Gran Canaria, pojechałem na wyścig do Argentyny i na miesiąc do Kolumbii. W lutym w Polsce było jeszcze zimno, to znów postanowiłem pojeździć na Gran Canaria. Chciałem jak najlepiej wejść w sezon. I zaczęły się problemy z Covidem.  Cały mój plan poszedł na marne. Muszę od nowa przygotowywać się do startów. Byliśmy teraz na zgrupowaniu w Austrii - w Soelden, pojadę jeszcze do Włoch i wracam do Polski na Tour de Pologne. Nie mogę się doczekać.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

#POMAGAMINTERIA

1 czerwca reprezentantka Polski w kolarstwie górskim Rita Malinkiewicz i jej koleżanka Katarzyna Konwa jechały na trening w ramach autorskiego projektu Rity dla pasjonatów kolarstwa #RittRide for all. Z niewyjaśnionych przyczyn w Wilkowicach koło Bielska-Białej wjechał w nie samochód jadący z naprzeciwka. Kasia przeszła wiele operacji, w tym zabieg zespolenia połamanego kręgosłupa i połamanej twarzoczaszki oraz częściową rekonstrukcję nosa i języka. Rita nadal pozostaje w śpiączce farmakologicznej, a jej obecny stan zdrowia jest bardzo ciężki. Potrzeba pieniędzy na ich leczenie i rehabilitację - dołącz do zbiórki. Sprawdź szczegóły >>>

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL