Reklama

Reklama

Kolarstwo. Fabio Jakobsen wrócił do peletonu. "Szczególne uczucie"

250 dni - dokładnie tyle trwała przerwa Fabio Jakobsena. Holender, który zaliczył bardzo poważny upadek podczas ubiegłorocznej edycji Tour de Pologne w niedzielę rozpoczął zmagania w Tour of Turkey - ośmioetapowej imprezie kategorii ProSeries. Na finiszu pierwszego etapu nie ukrywał, jak wiele to zdarzenie dla niego znaczyło.

Reklama

W wyniku upadku podczas sprintu na Alei Korfantego w Katowicach Jakobsen doznał licznych obrażeń głównie w obszarze twarzoczaszki. Obawy o to, czy przeżyje całe zdarzenie towarzyszyły kibicom przez pierwsze, nerwowe godziny. Zawodnik przez dwie doby przebywał w stanie śpiączki. Po wybudzeniu został przetransportowany do Holandii, gdzie jego leczenie było kontynuowane. Już w listopadzie, po trzech miesiącach od zdarzenia wrócił do jazdy na rowerze, stopniowo zwiększając obciążenia. 

Reklama

Wtedy na temat jego powrotu do ścigania wciąż wypowiadano się ostrożnie. Lekarz zespołu Deceuninck - Quick Step, Yvan Vanmol przyznawał, że ten być może stanie się wykonalny dopiero w okolicach sierpnia - dwanaście miesięcy po wypadku. Jakobsen zadziwiał jednak wszystkich - bloki treningowe przeplatał kolejnymi zabiegami rekonstrukcji twarzy (wszczepiano mu między innymi specjalne implanty, by uzupełnić ubytki w szczęce) i... walczył. Na tyle skutecznie, że już pod koniec 2020 roku pojawił się na obozie przygotowawczym drużyny, zadziwiając kolegów swoją dyspozycją.

Pytania o datę powrotu wciąż pozostawały jednak otwarte. Wykonalny stał się on w kwietniu - prawie cztery miesiące przed pierwotnie zakładanym scenariuszem, na trasie Tour of Turkey. Już sam fakt, że 24-latek został do tej imprezy zgłoszony, odbił się w świecie kolarstwa szerokim echem. On sam deklarował, że choć brakuje mu do optymalnej formy 10-15%, jest gotowy i jeżeli tylko będzie to możliwe - nie zamierza poprzestać wyłącznie na roli drugoplanowej. 

Fabio Jakobsen w niedzielę wrócił do rywalizacji

W niedzielę przejechał pierwszy etap zmagań w Turcji, podczas sprinterskiego odcinka pomagając w rozprowadzeniu Marka Cavendisha, ostatecznie czwartego na mecie. - Już kiedy rano dane mi było założyć koszulkę, poczułem się niezwykle. Kocham jeździć na rowerze i bardzo mi tego brakowało - mówił. Jak dodał, choć wcześniej przekonywał, że nie będzie odczuwać strachu, kilka razy serce zabiło mu mocniej. - Kiedy grupa w sekwencji zakrętów musiała gwałtownie hamować, trochę się bałem. Potem, kiedy przeszedłem na czoło peletonu było już jednak dużo lepiej - dodał.

Podczas etapu kamery telewizyjne wielokrotnie pokazywały Jakobsena, do którego nieustannie podjeżdżali kolejni kolarze, gratulując mu powrotu do stawki. - Gdy mówili mi że dobrze, że wróciłem i życzyli mi powodzenia, byłem naprawdę poruszony. Po etapie otrzymałem też wiele wiadomości - zdradził.

Jadąc w roli przybocznego wspomnianego już "Cavsa" Jakobsen ukończył etap na 147. pozycji, wjeżdżając po wykonanej pracy w głównej grupie. Miejsce na mecie tego dnia nie miało jednak większego znaczenia.

TC



Dowiedz się więcej na temat: Fabio Jakobsen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje