Reklama

Reklama

Kolarstwo. Fabio Jakobsen powraca. I już chce walczyć

Wciąż brakuje mu dziesięciu zębów, a obrażenia twarzoczaszki sprawiły, że osiem miesięcy od wypadku nadal nie może gryźć pokarmów. Mimo to wraca. I to z wielką wolą walki o zwycięstwa. Fabio Jakobsen, który podczas ubiegłorocznego Tour de Pologne zaliczył koszmarny wypadek, w niedzielę po raz pierwszy od tamtego momentu pojawi się w peletonie.

To, co wydarzyło się na ostatnich metrach etapu z metą w Katowicach pamięta doskonale każdy fan kolarstwa. Na słynącym z wielkich prędkości, prowadzącym lekko w dół finiszu po Alei Korfantego Dylan Groenewegen, walcząc o pozycję, zepchnął Jakobsena na barierki zabezpieczające. Ten, jadąc około 70 kilometrów na godzinę przebił się przez nie, koziołkował i uderzył w konstrukcję okalającą metę. 

Walka o życie

Przez niemal godzinę służby ratunkowe walczyły o życie zawodnika bezpośrednio na finiszu. Koledzy z drużyny, którzy udzielali mu pomocy swoje biało-niebieskie stroje mieli wręcz skąpane we krwi. Gdy już stan Jakobsena udało się ustabilizować na tyle, by możliwy był transport do szpitala, świat nasłuchiwał jakichkolwiek wieści. Te nie były optymistyczne: wprowadzono go w stan śpiączki farmakologicznej, który utrzymywano przez dwie doby. Lekarze mówili o poważnych obrażeniach, zwłaszcza w obrębie twarzoczaszki. Trwała walka o życie.

Tę ostatecznie udało się wygrać. Po zaledwie kilku dniach Jakobsen został przetransportowany do Holandii, gdzie jego leczenie było kontynuowane. Powrót do peletonu? O tym nikt nawet nie odważył się mówić. Priorytetem było to, by kolarz był w stanie normalnie funkcjonować. Po prostu, jako człowiek: chodzić, mówić, samodzielnie jeść. Na szczęście z dnia na dzień rokowania się poprawiały. W końcu, w listopadzie poczuł się na tyle dobrze, by wrócić na rower. Oczywiście, o pełnej sprawności wciąż nie mogło być mowy - dni treningowe przeplatane były kolejnymi zabiegami, których celem była odbudowa zniszczonej szczęki. 

Reklama

Przełom

Kolejny przełom nastąpił pod koniec roku, gdy Jakobsen pojawił się wraz z drużyną na obozie przygotowawczym. Koledzy chwalili jego dyspozycję i wolę walki, lecz konkretnych informacji wciąż brakowało, a i lekarz drużyny studził nastroje mówiąc, że powrót Fabio do peletonu może nastąpić najwcześniej za kilka miesięcy, a nawet - za rok. Na szczęście szybko okazało się, że to mocno przesadzona ostrożność. Szef Deceuninck - Quick Step, Patrick Lefevere poinformował, że 24-latka zobaczymy w akcji już na początku kwietnia, podczas Tour of Turkey.

Tuż przed startem wyścigu zawodnik spotkał się z mediami, podsumowując swój aktualny stan. Ten wciąż daleki jest od idealnego. - Przeszkadzają mi głównie dwie rzeczy. Po pierwsze, nie mogę gryźć, przez co wszystko, co mógłbym jeść na rowerze muszę łamać na małe kawałki. Muszę sobie też wcześniej nadrywać żele energetyczne, bo ustami ich nie otworzę. Kolejna sprawa to brak dziesięciu zębów, których jeszcze nie wstawiono - mówił. Jak dodał, potrzeba jeszcze nieco czasu, by odbudowana szczęka i implanty na to pozwoliły.

Powrót

Mimo tych niedogodności Jakobsen zaliczył dwumiesięczny okres przygotowawczy i pod względem czysto fizycznym nie powinien odstawać od innych zawodowców. Jak sam mówi, od czołówki powinno go dzielić 10-15 brakujących procent, które wypracować można jedynie poprzez starty. W Turcji jego podstawowym celem jest ukończenie ośmioetapowych zmagań, ewentualnie - pomoc delegowanym na wyścig jako liderzy Alvaro Hodegowi i Markowi Cavendishowi. Choć... pomimo koszmarnego wypadku i długiego leczenia, myśli już o wygrywaniu. Oczywiście, zdaje sobie sprawę, że zapewne będzie odstawać, ale jeżeli tylko pojawi się przed nim szansa na walkę o skalp - zamierza ją wykorzystać. 

- Możliwe, że moje nogi będą "puste" na dziesięć kilometrów od mety, albo że będzie brakować mi koncentracji. Ale jeżeli będę wystarczająco dobry, by powalczyć, zrobię to - zadeklarował.

Ośmioetapowy Tour of Turkey rozpoczyna się 11 kwietnia. W wyścigu mogła wystartować drużyna Mazowsze Serce Polski, która otrzymała zaproszenie w ostatniej chwili, w miejsce Vini Zabu, które na skutek dopingowych wpadek zawiesiło starty. Występ polskiej drużyny okazał się jednak niemożliwy ze względów logistycznych.

Tomasz Czernich


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL