Reklama

Reklama

Kolarstwo. Adrian Kucharek - najmłodszy w Europie

Był obiecującym kolarzem, który powoli wdzierał się do krajowej czołówki. Porzucił jednak rower i przez pewien czas… pracował nawet jako kierowcą Ubera. Ostatecznie z ukochanym sportem nigdy się jednak nie rozstał, a teraz zbiera pierwsze szlify jako dyrektor sportowy drużyny HRE Mazowsze Serce Polski, będąc jednym z najmłodszych w Europie na takiej funkcji. Losy Adriana Kucharka, bo o nim mowa, to naprawdę pasjonująca historia.

Wyjdźmy od podstaw: skąd w ogóle wziąłeś się w kolarskim świecie? 

To był 2009 rok, miałem 15 lat. Jechałem sobie na rowerze, zwyczajnie, w dresach. Zobaczyłem, że przejeżdża grupka zawodników, "doczepiłem" się do niej i utrzymałem tempo. Okazało się, że to byli kolarze pierwszego stowarzyszenia MTB na Mazowszu - Wertepowca Łochów. Zacząłem z nimi jeździć, początkowo kompletnie dla zabawy: maratony, inne imprezy... Rodzice kupili mi pierwszy, dobry rower, żebym mógł startować. Pod koniec roku wystartowałem w mistrzostwach Mazowsza i Podlasia, obie te imprezy wygrałem. Po tych sukcesach trafiłem do Tomaszowa Mazowieckiego i tam już ścigałem się z licencją u Trenera Zbigniewa Dziurdzia.

Reklama

Co było dalej?

Jako drugoroczny junior młodszy zacząłem się ścigać z licencją. Pojechałem na pierwszy wyścig eliminacyjny Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży, gdzie byłem mimo defektu czwarty, podczas Grand Prix MTB  w Bielawie wygrałem, jadąc na 12-kilogramowym rowerze. W całym cyklu byłem drugi. Dla mnie to było jak sen - w totalnie nowym sporcie notowałem takie wyniki. Potem przyszedł transfer do zawodowej drużyny Mróz-ActiveJet (2011). Pierwsze zagraniczne wjazdy, walizka ciuchów... to było coś, mimo, że startów nie było zbyt dużo. W kolejnych latach startowałem między innymi z zawodnikami, których teraz prowadzę na wyścigach, chociażby Piotrem Brożyną czy Pawłem Bernasem. Kiedy zostałem dyrektorem w Mazowszu, to jego się najbardziej obawiałem bo pamiętałem, jak wielkim jest profesjonalistą i chciałem aby wszystko było jak najlepiej zorganizowane. 

Z czasem stałeś się na krajowym podwórku naprawdę liczącym się kolarzem.

Doszedłem do naprawdę fajnego poziomu. Miałem taki rok, że walczyłem o medal Górskich Szosowych Mistrzostw Polski, byłem bardzo mocny w Pucharze Uzdrowisk Karpackich... byłem już zawodnikiem, który potrafił nawiązać walkę w Elicie. Niestety, po zakończeniu sezonu 2017 moja ówczesna grupa (Domin Sport) miała trochę problemów i finalnie nie została zarejestrowana w UCI Continental Teams (najniższy poziom zawodowy - przyp.red.), a ja w wieku 24 lat chciałem być już niezależny. 

Miałem jednak to szczęście, że wcześniej działałem co nieco na własną rękę i pozyskiwałem własnych sponsorów. Pomagało mi spore grono firm w regionie. Z jedną z nich udało mi się uzgodnić naprawdę kapitalny kontrakt, który pozwoliłby mi trenować na naprawdę wysokim, profesjonalnym wręcz poziomie. Wszystko było na ostatniej prostej, aż nagle... pojawiła się afera w Polskim Związku Kolarskim. Marka zmieniła front, oznajmiła, że "klimat wokół kolarstwa nie jest już ten sam" i wycofała się. A ja zostałem niemal na lodzie. Jeżeli dostajesz taką wiadomość w listopadzie - nic nie zrobisz.

Jak sobie z tym poradziłeś?

Nie było czasu na to, żeby się zastanawiać. Walizka, przeprowadzka do Warszawy i pierwsza "normalna" praca. Przez ponad dwa miesiące byłem kierowcą Ubera. Dobrze to wspominam, piękna przygoda. Można było poznać masę ciekawych  ludzi. Szybko odezwał się jednak do mnie Błażej Maresz z Warszawskiego Klubu Kolarskiego, który chciał, żebym zbudował sekcję szosową. Zgodziłem się, dostałem bardzo fajną grupę juniorów młodszych, a dodatkowo, po pewnym czasie zacząłem też pracę w sklepie rowerowym gdzie zajmowałem się sprzedażą i bardzo miło wspominam ten czas. 

Łączyłem to przez dwa lata, ale... było bardzo intensywnie. Od rana w sklepie, o 16:00 zmiana ciuchów i szybki przejazd rowerem na trening, w weekend zawody. Do tego prowadziłem kilku zawodników przygotowując plany treningowe. Przez całe tygodnie potrafiłem nie mieć ani jednego wolnego dnia. Nie miałem nawet czasu myśleć, żałować, że się nie ścigam.

Robota, którą wykonywałeś w WKK odbiła się jednak szerokim echem.

Mówiło się o tym, że zbudowałem naprawdę fajną grupę, a ja ciągle byłem tam, gdzie coś się w kolarskim świecie działo. Już we wrześniu 2019 roku, kiedy projekt grupy był w zasadzie w powijakach, Dariusz Banaszek pytał mnie, czy nie chciałbym spróbować swoich sił w roli dyrektora sportowego i przede wszystkim logistyka całego Projektu. W grudniu Pan Dariusz wrócił już z konkretami i decyzja mogła być tylko jedna. Takich szans się nie odrzuca. 

Szef ponoć od razu rzucił cię na głęboką wodę.

Początkowo plan był taki  że będę odpowiadać za całą logistykę, plany wyjazdów, bukowanie biletów lotniczych... Miałem być powoli wdrażany do nowej roli, uczyć się od kogoś bardziej doświadczonych. Tymczasem już w lutym usłyszałem: "Kuchar, polecisz na wyścigi do Turcji?". Przez trzy tygodnie zarządzałem drużyną na wyścigach. Ale dałem radę mimo, iż wcześniej podobne rzeczy robiłem jedynie na szczeblu juniorskim. To był świetny początek bo wygraliśmy pierwszy wyścig tego sezonu. 

Presja odpowiedzialności cię nie sparaliżowała?

Kiedy uświadomisz sobie, że wystarczy nawet kilka godzin później zarezerwować bilety, by ceny skoczyły o kilka tysięcy złotych wiesz, że margines błędu jest bardzo mały. Owszem, popełniam dużo błędów ale  uczę się każdego dnia. Szef jest dla mnie dużym wzorem i wsparciem i mam się od kogo uczyć dobrej organizacji. Najtrudniej zarządza się ekipą, kiedy równolegle jedzie ona w dwóch wyścigach. Przykład mamy chociażby teraz: my rywalizujemy w Tour de Hongrie, a pozostała część ekipy - we Francji. Pracy jest mnóstwo kiedy chcesz zapewnić wszystko dla dwóch składów. 

Wśród zawodników ekipy jest wielu twoich kolegów, z którymi ścigałeś się jeszcze jako aktywny kolarz. Nie bałeś się, że zwyczajnie nie będziesz mieć posłuchu?

Miałem takie myśli. Szybko jednak zobaczyli, że pracuję tak, jak sam chciałbym być traktowany jako zawodnik. Dostałem wielki kredyt zaufania i myślę, że polubili mnie w tej roli. Sporo czerpię też od nich. Darkowi Banaszkowi zależało też na tym, żeby funkcjonować zupełnie inaczej, niż wszystkie ekipy dotychczas. Chciał, żeby ekipa była możliwie jak najbardziej profesjonalna, oparta na nowych technologiach. W oparciu o doświadczenia chłopaków, którzy tworzyli zespół udało mi się to bardzo szybko wdrożyć.

Jesteś najmłodszym dyrektorem sportowym w całej Europie. Z twoich słów wynika, że jednak nie czujesz się w żaden sposób gorszy od tych bardziej doświadczonych.

Jan Brockhoff z Leopard jest o kilka miesięcy młodszy (śmiech) ale fakt że jest nas tylko dwóch z tego rocznika w peletonie aut technicznych. Stres przed ewentualną wpadką jest ciągle. Każdy błąd przelicza się na straty: u zawodników pojawia się nerwowość, a najmniejszy detal może zaważyć o triumfie w wyścigu. Sport może wyglądać jak zabawa, ale w rzeczywistości na szczeblu organizacyjnym daleko mu do tego, drużyna to przedsiębiorstwo. Bardzo dużo się dzieje. Na wyścigach takich jak ten, gdzie mamy wielu dyrektorów sportowych z całego świata staram się  podpatrywać, nawiązywać znajomości. To bardzo często się przydaje, bo pomagamy sobie nawzajem.



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje