Reklama

Reklama

Kolarstwo. 17 lat temu odszedł Marco Pantani

​Kolarstwo dało światu wiele wyrazistych postaci i jeszcze więcej takich, które wywoływać potrafiły gigantyczne kontrowersje. Tylko jeden zawodnik obie te składowe nie tylko posiadał, ale i doprowadził do prawdziwego ekstremum. Marco Pantani, który odszedł dokładnie 17 lat temu.

Ujęcie słowami tego, kim dla swoich rodaków - Włochów jest Pantani wydaje się być przedsięwzięciem karkołomnym. W Italii kręci się o nim filmy, śpiewa piosenki, stawia pomniki. Gdy niedawno okazało się, że z powodu bankructwa muzeum sponsora jednej z jego ówczesnych grup - Mercatone Uno - na aukcję wystawione zostały eksponaty z muzeum firmy, w tym - rowery Marco, w sprawę zaangażował się selekcjoner tamtejszej kadry, który zorganizował środki, wykupił sprzęt (za 60 tysięcy euro!) i przekazał go rodzinnej miejscowości zawodnika, Cesenatico. "Takie relikwie nie mogą trafić w przypadkowe ręce" - argumentował.

Reklama

"Pirat", bo taki nosił przydomek, był kolarzem wybitnym - i to nie ulega wątpliwości. Szczyt jego kariery to sezon 1998, w trakcie którego wygrał dwa najważniejsze wyścigi kalendarza - Giro d’Italia i Tour de France. Kilka miesięcy po tamtych sukcesach jego kariera załamała się, by już nigdy nie odzyskać dawnego blasku. Winny temu był podwyższony poziom hematokrytu, który wyszedł na jaw w trakcie badania, przeprowadzonego po 19. etapie Corsa Rosa 1999.

Z wynikiem tym Pantani nigdy się nie pogodził - niezmiennie powtarzał, że to niemożliwe. Nie chcieli w niego uwierzyć także kibice i szerokie grono ekspertów. Ba, nie wierzą do dziś. We Włoszech żywe są plotki, że zawodnika "wrobiła" mafia, która chciała w ten sposób zmanipulować wyścig i zarobić na zakładach bukmacherskich.

W znakomitej biografii Włocha autorstwa Matta Rendella można znaleźć stwierdzenie, że Marco "umarł" właśnie tamtego dnia - 5 czerwca 1999 roku, kiedy przeprowadzono badanie. Wszystko, co działo się w kolejnych latach miało być już tylko powolną agonią kolarza, zaszczutego przez media i nie radzącego sobie ze swoją gigantyczną sławą.

Choć kochany przez cały kraj, zmarł samotnie, w podrzędnym hotelu w Rimini, zaledwie 20 kilometrów od miejsca, w którym przyszedł na świat. Jego pogrzeb poruszył kraj, a w ceremonii uczestniczyły nieprzebrane tłumy. 

Niedługo później zaczął się prawdziwy kult Marco, który żywy pozostaje do dziś. "Sempre nei nostri cuori" - "Na zawsze w naszych sercach" - krzyczą Włochy, a z roku na rok ich głos przybiera tylko na sile.

TC 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje