Są momenty, które potrafią zmienić życie. Dla ciebie takim mogło być dziewięć dni rywalizacji w Tour de France. Jak sukces wpłynął na twoją rozpoznawalność?
Dominika Włodarczyk: Mieszkam w małej wiosce (Okalew niedaleko Wielunia - przyp.red.). Tutejsze media zawsze bardzo mnie "pompowały", ale wydaje mi się, że odkąd ludzie zobaczyli mnie na żywo w Eurosporcie zaczęto mnie zauważać jeszcze bardziej. Zaraz po powrocie, w sklepie zaczepił mnie jeden chłopak, dziś dwóch panów, którzy pracowali przy utrzymaniu drogi, we wsi podchodzą do mnie ludzie i robią sobie zdjęcia… Wcześniej takie sytuacje, by ktoś mnie zatrzymywał w trakcie treningu się nie zdarzały.
Domyślam się, że jesteś mocno zmęczona, ale to zmęczenie bardziej psychiczne czy fizyczne?
- Fizycznie wciąż czuję się średnio, bo w peletonie Tour de France krążył wirus i ja też miałam z nim niestety do czynienia. Wciąż mam stan podgorączkowy, trochę boli mnie gardło… Nigdy wcześniej też nie doprowadziłam swojego organizmu do takich limitów, więc na pewno moje ciało takie rzeczy odczuwa.
Mentalnie ściganie na tak wysokim poziomie było trudne. Cały czas miałam z tyłu głowy, że nie mogę nawet na moment zostać z tyłu i że z racji osłabienia naszej drużyny trudniej będzie mi liczyć na jakąkolwiek pomoc. Choć dziewczyny przez dziewięć dni wychodziły z siebie i robiły, co mogły, by niczego mi nie brakowało.
Dziewięć etapów i "dziewięć szans"
Wirus, o którym mówiłaś wykluczył z wyścigu wiele zawodniczek, między innymi twoją koleżankę z ekipy, Elisę Longo Borghini. Jak rozumiem, i ciebie nie oszczędził.
- Tak. Niestety wirus, oraz fakt, że w trakcie takiego wyścigu spożywa się ogromne ilości przetworzonego jedzenia robiły swoje. Na szczęście nie wymiotowałam. Wiedziałam, że nie mogę. Cały czas wmawiałam sobie, że muszę być zdrowa do niedzieli (dzień zakończenia wyścigu - przyp.red.), a potem już nic mnie nie obchodzi. Mogłam potem leżeć I umierać, ale do niedzieli musiałam być zdrowa.
Z jakim nastawieniem podeszłaś do tego wyścigu? Bezpośrednio przed nim wspominałaś, że dziewięć etapów to będzie dla ciebie "dziewięć szans". Chciałaś przede wszystkim wygrać jeden z nich, tak?
- Tak, razem z drużyną nastawialiśmy się na etapy.
I kiedy to się zmieniło? Po wycofaniu Longo Borghini, przed trzecim etapem?
- Tak naprawdę, w ogóle się to nie zmieniło. Każdego dnia startowałam z myślą, by wygrać etap. To był od początku do końca nasz plan, a klasyfikacja generalna… walcząc każdego dnia o wysokie miejsce automatycznie lądujesz w niej wysoko. Ja ciągle próbowałam, bywałam wysoko, ale wygrywać się nie udawało. Nawet do ostatniego dnia przystępowałam z nastawieniem, że spróbuję powalczyć o pierwszej miejsce
Czyli rozumiem, że w sobotę, na najtrudniejszym etapie z metą na Col de la Madeleine też chciałaś szukać swojej szansy?
- Akurat tutaj trzeba było być realistką. Nie sądziłam, że jestem w gronie najlepszych kolarek na świecie. Razem z dyrektorką sportową uznałyśmy jednak, że nigdy dotąd nie było i prędko już pewnie nie będzie okazji do tego, żeby na tak trudnym etapie sprawdzić moje ciało w takiej roli. No bo gdzie będę mogła jechać "na siebie", na tak długim podjeździe z innymi dziewczynami w top formie?
Wyszłyśmy z założenia, że mam po prostu jechać jak najdłużej z grupą faworytek klasyfikacji generalnej. Czy mi się to uda, czy nie - zobaczymy. No i koniec końców zaskoczyłam wszystkich (Włodarczyk finiszowała jako siódma - przyp.red.), ale wygrać się nie udało.
Nie uważałam, że jestem dziewczyną na duże góry. Dotąd za dużo też po nich nie jeździłam. W tym roku zmieniłam jednak trenera (jest nim Sylwester Szmyd, przed laty znakomity "góral" - przyp.red.). Kiedy zobaczył moje pliki i profile mocy, powiedział: "Dominika, Ty powinnaś coś takiego jeździć, masz do tego predyspozycje". Początkowo nie dowierzałam, ale jak widać - miał rację.

Uprzedziłaś moje kolejne pytanie, bo chciałem poruszyć kwestię zmian. To twój drugi sezon w ekipie World Team, najwyższego szczebla. Jak mocno różni się od premierowego?
- Przede wszystkim czuję się bardziej pewna siebie. Czuję się lepiej w ekipie i lepiej sama ze sobą. W końcu czuję, że jestem ważną częścią drużyny, że nie jestem w niej "w nagrodę". Wcześniej miewałam myśli, że nie powinno mnie tam być. Ale dojrzałam do tego, że na to wszystko zasłużyłam ciężką pracą, a moja pozycja jest ugruntowana.
Czyli można powiedzieć, że wyleczyłaś się z "syndromu oszusta", tak?
- Dokładnie.
A patrząc "na gorąco", tuż po zakończeniu Tour de France, co sądzisz o długości kobiecych zmagań? Dziewięć etapów to za mało, optimum, czy może wręcz za dużo?
- Ciężko powiedzieć. Z jednej strony, mężczyźni mają 21 etapów, 21 szans na wygraną, tyle samo okazji, by pokazać sponsorów, zaprezentować się w ucieczce… Teoretycznie jest im łatwiej zaistnieć, to wynika z matematyki i proporcji. U nas od pierwszego dnia było istne szaleństwo. Nigdy nie ścigałam się tak, jak przez pierwsze pięć etapów. To było jak pięć klasyków dzień po dniu. Każda ekipa walczyła o zwycięstwa.
Pamiętam, że w końcówce piątego etapu miałyśmy w końcu jakieś podjazdy. Mechanicy pytali mnie, jakie chcę dobrać przełożenia. Uznałam, że skoro będzie pod górkę to można dobrać trochę mniejsze. A tymczasem w pierwszej godzinie jazdy nasza średnia prędkość dobijała do 50 kilometrów na godzinę. Mówiłam sama do siebie, że to niesamowite. Za 60 kilometrów zaczynają się góry, a one jadą, jakby jutra miało nie być. Wszystko dlatego, że zawodniczek jest wiele, a szans tylko dziewięć.

- Wracając do sedna - nie wiem, czy byłabym w stanie przejechać po tym wszystkim jeszcze jeden etap. Nie wiem też, jak miałoby to wyglądać, gdyby wyścig trwał dwa tygodnie, a słyszałam, że może to zmierzać w tę stronę. W takim wypadku byłabym za tym, żeby etapy były krótsze, maksymalnie po 130 kilometrów, nie blisko 180, jak było w tym roku. Czasem mężczyźni miewają krótsze odcinki.
Z drugiej strony - widziałam komentarze mówiące, że póki co musimy się zadowolić tym, co mamy. Że na razie trzeba ugruntować pozycję Tour de France i dopiero później coś zmieniać, nie po zaledwie czterech edycjach.
A po takim wysiłku masz w ogóle ochotę, by śledzić kolarstwo, czy odpoczywa od niego również głowa?
- Siebie nieszczególnie chciałabym oglądać, widziałam z resztą jedną powtórkę i… średnio. Ale trwający Tour de Pologne z przyjemnością włączam i patrzę jak cierpią inni, a nie ja. Może jest to lekko niepokojące od strony mentalnej, ale nie ukrywam, trochę mi to satysfakcji sprawia (śmiech).
Dominika Włodarczyk gwiazdą Tour de Pologne kobiet
Skoro już przy cierpieniu jesteśmy - za kilka dni staniesz na starcie kobiecej edycji Tour de Pologne. Nie obawiasz się, że miałaś zbyt mało czasu na odpoczynek?
- Przerwa jest bardzo krótka, ekipa chyba trzykrotnie mnie pytała, czy jestem pewna startu w Polsce. A ja sama prosiłam, żeby uwzględnić ten start w moim kalendarzu. Wiadomo - na pewno nie będę liderką, bo muszę lekko odpocząć, ale dla mnie ten wyścig to okazja do tego, żeby chociażby zobaczyć się ze znajomymi. Poza mistrzostwami kraju to będzie mój pierwszy w tym roku start w Polsce. Fajne są te emocje, fajnie jest móc porozmawiać po polsku w hotelu, poczuć tę atmosferę. Tour de Pologne to też wyścig pierwszej kategorii, który buduje swoją pozycję. A ja uważam, że ja, jako dziewczyna która długo ścigała się w Polsce mam w obowiązku rozwijanie naszego kolarstwa. Po prostu, mam w sobie przeświadczenie, że fajnie byłoby wziąć udział.
Nie spodoba Ci się pewnie to stwierdzenie, ale jako czwarta zawodniczka Tour de France swoją obecnością dodasz prestiżu temu wyścigowi.
- Bardzo mi miło. Nie wiem, czy tak będzie, ale myślę że po prostu fajnie jest, gdy Polka pojawia się na narodowym wyścigu.
Jakie są Twoje plany na ostatnią część sezonu?
- Po Tour de Pologne pojadę na zgrupowanie wysokogórskie w Andorze. Potem czekają mnie z drużyną UAE Team - ADQ dwa wyścigi: GP Stuttart (ProSeries) I GP de Wallonie (1.1). Po nich przyjdzie czas na mistrzostwa Europy.
Planujesz wyjazd na mistrzostwa świata?
- W kalendarzu są bardzo blisko mistrzostw Europy. Już wcześniej zdecydowałam, że raczej je sobie odpuszczę. Trasa MŚ w Rwandzie jest jednak ciężka, dla mnie chyba odrobinę zbyt ciężka. Ta z ME zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Zobaczymy.













