Reklama

Reklama

Czesław Lang dla Interii: W pędzącej maszynie nagle wszystko się zatrzymało

- Doskonale pamiętam, kiedy odwiedziłem Ryszarda w szpitalu pierwszy raz po wypadku. Był wtedy niemal jak roślinka, to był szok dla nas wszystkich. Kiedy idzie się do chorego człowieka, nie za bardzo wiadomo, co powiedzieć, a on dodawał optymizmu. Mówił, zobaczysz, jeszcze pojeździmy razem na rowerze - mówił Czesław Lang, przyjaciel Ryszarda Szurkowskiego, wicemistrz olimpijski z 1980 roku w rozmowie z Interią.

W poniedziałek, nie tylko sportowy świat, obiegła bardzo smutna wiadomość. W wieku 75 lat zmarł Ryszard Szurkowski, najlepszy w historii polski kolarz, dwukrotny wicemistrz olimpijski, trzykrotny mistrz świata. Dziś w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie, rodzina, przyjaciele i cała sportowa rodzina żegnają jednego z najlepszych polskich sportowców XX wieku.

- Ryszard Szurkowski był dla mnie idolem. To właśnie dzięki niemu zacząłem uprawiać kolarstwo, obserwując go podczas Wyścigu Pokoju. Zainspirował mnie do kolarstwa. Bardzo żałuję, że w 2018 roku doszło do tego nieszczęsnego wypadku w Kolonii. Do tamtego momentu Ryszard był wzorem bardzo dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. W wieku 72 lat startował jeszcze w wyścigach i bardzo dobrze sobie w nich radził jako amator. Wypadek spowodował, że w pędzącej maszynie nagle wszystko się zatrzymało - mówi nam Czesław Lang.

Reklama

- Jego życie zmieniło się w czerwcu 2018 roku o 180 stopni. W czasie rehabilitacji walczył o to, żeby usiąść, walczył o każdy centymetr ruchu. To był jego kolejny ważny wyścig w życiu, tym razem o zdrowie. Rozmawiałem z nim nie raz i wtedy powiedział mi, że dla niego każdy dzień był tak ciężki jak etap do przejechania podczas wyścigu. W czasie choroby wspieraliśmy go, wierzyliśmy, że wyzdrowieje i że wróci jeszcze do jazdy na rowerze. Nawet żartowaliśmy, że kiedyś znowu razem pojeździmy - stwierdził.


Ryszard Szurkowski poinformował opinię publiczną o swoim wypadku dopiero pół roku od zdarzenia. Prowadzona była zbiórka na jego leczenie. Legenda polskiego sportu rehabilitowała się m.in. w ośrodku w Konstancinie-Jeziornie.

- Doskonale pamiętam, kiedy odwiedziłem go pierwszy raz po wypadku. Był wtedy niemal jak roślinka, to był szok dla nas wszystkich. Kiedy idzie się do chorego człowieka, nie za bardzo wiadomo, co powiedzieć, a wtedy on zawsze dodawał optymizmu, mówił, że wszystko będzie dobrze, był zawsze uśmiechnięty. Będę walczył, będę starał się rehabilitować. I mówił, zobaczysz, że jeszcze razem pojeździmy na rowerach. Do samego końca był optymistycznie nastawiony do życia, nie poddawał się, niesamowicie walczył - zaznaczył.

- Niestety, przez długie i ciężkie leczenie przyplątała się inna choroba, nowotwór. Niestety, z nim nie dał sobie już rady. Ta smutna wiadomość naprawdę mnie zaskoczyła. Ryszard Szurkowski na pewno na zawsze pozostanie w naszej pamięci. Będzie naszym przyjacielem i idolem sportu - mówi ze smutkiem w głosie Czesław Lang.

W 1973 roku Ryszard Szurkowski zdobył dwa złote medale podczas mistrzostw świata w Barcelonie, w jeździe indywidualnej ze startu wspólnego oraz w drużynie. Dwa lata później wraz z innymi naszymi reprezentantami sięgnął po złoto podczas mistrzostw świata w Yvoir w jeździe drużynowej. Podczas igrzysk olimpijskich w Monachium w 1972 roku i Montrealu w 1976 roku zdobył srebrne medale w drużynie. To tylko niektóre z jego największych sukcesów w karierze.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź!

- Zwłaszcza w latach siedemdziesiątych, kiedy w Polsce było szaro i buro, był komunizm i kiedy wielu rzeczy nie było wolno robić. Sport dawał wówczas możliwość pokazania naszej wartości, że my Polacy potrafimy więcej i że możemy rywalizować na równi z takimi nacjami jak Rosjanie, czy Niemcy. Ryszard w tamtych czasach właśnie to uosabiał.

- Współpracowałem z nim do samego końca przy Tour de Pologne i przy World Tour. Od wielu lat był ambasadorem Tour de Pologne dla amatorów. Zachęcał wielu ludzi do jazdy na rowerze. Sam potrafił dziennie jeździć po Warszawie więcej niż 20, czy nawet 40 kilometrów. Zdarzało mu się nawet pokonywać jednego dnia 120 kilometrów, i to w dobrej formie. Na zawsze pozostanie w naszej pamięci - zakończył Czesław Lang.

Rozmawiał Zbigniew Czyż


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy