Reklama

Reklama

Cezary Zamana: W Paryż-Roubaix jedzie się by przetrwać

W niedzielę 12 kwietnia po raz 113. zostanie rozegrany jeden z najsłynniejszych i najtrudniejszych ze względu na odcinki brukowe jednodniowych wyścigów kolarskich - Paryż-Roubaix. Do tej pory francuski klasyk ukończyło ośmiu Polaków. O specyfice wyścigu zwanego "Piekłem Północy" opowiada Cezary Zamana, który w latach dziewięćdziesiątych dwukrotnie dojechał do mety w Roubaix.

IAR: W 1993 roku był Pan w tym wyścigu 52., rok później 48. To nie są powalające miejsca, ale czy pamięta Pan ilu zawodników dojechało wtedy do mety?

Reklama

Cezary Zamana: - Byłem jakoś w końcu stawki, tak więc dojeżdżało jakichś sześćdziesięciu, siedemdziesięciu kolarzy. Pierwszy wyścig, w którym startowałem odbywał się przy pięknej pogodzie, z wiatrem, dzięki któremu na sekcje bruku wpadaliśmy z prędkością 50-60 km/h. W następnym roku był chyba jeden z najgorszych wyścigów ze względu na pogodę. Na starcie padał śnieg z deszczem i te 260 kilometrów w takich warunkach, po brukach, po błocie, bardziej przypominało wyścig przełajowy niż klasyczny szosowy. Tak więc miałem dwa różne doznania.

Za pierwszym razem, jako zawodnik grupy Subaru-Montgomery, miał Pan zdaje się lepszy rower?

- Tak, to była bardzo ciekawa historia. W tamtych czasach pojawiły się rowery górskie, które miały amortyzatory. To było zupełne novum. I tamte amerykańskie rowery to rzeczywiście był strzał w dziesiątkę jeśli chodzi o komfort jazdy. Po wyścigu czułem się jak po zwykłym klasyku. To świetnie działało, drgania były naprawdę dobrze amortyzowane i nie bolały stawy w palcach i kolanach. Natomiast rok później, gdy byłem już w hiszpańskiej drużynie Kelme, tego amortyzatora już nie było. I przez tydzień po wyścigu palce bolały mnie przy zgięciu, czułem, że jest jakiś opór, opuchlizna, która długo się utrzymywała.

W latach, w których Pan brał udział w Paryż-Roubaix do mety dojechało 69 ze 137 zawodników - to w roku 1993, a w 1994 - 48 ze 191. To połowa i jedna czwarta uczestników. Chyba nazwa "Piekło Północy" jest uprawniona?

- Tak, bo są wyścigi na których mniej zawodników dojeżdża do mety, natomiast w Paryż-Roubaix naprawdę walczy się o głównie o to żeby go ukończyć. Jest to wyścig legenda, owiany sławą i na tym wyścigu nie ma zmiłuj się. Każdy stając na starcie wie o tym, że tu będzie walka, że tu po prostu jedzie się by przetrwać. Trudno jest kalkulować. Po prostu jak najszybciej wjeżdża się w każdą sekcję brukową i trzeba ją przetrwać. A tych sekcji jest 26.

W sumie ponad 50 kilometrów bruku. Co kolarz odczuwa kiedy wjeżdża na tę nawierzchnię? Co się z nim dzieje?

- Na pierwszych sekcjach brukowych jest po prostu walka o jak najlepsze miejsce, o pozycję. I bardzo dużo szybkości. W zasadzie tych pierwszych odcinków się nie odczuwa, jest duża adrenalina. Natomiast z sekcji na sekcję jedzie się coraz ciężej. Te bruki na początku nie są takie trudne. Te trudniejsze sekcje zaczynają się w ostatniej jednej trzeciej wyścigu i przy zmęczeniu stają się coraz bardziej odczuwalne. Coraz trudniej utrzymać rower i jechać na nim prosto, gdzieś zaczyna zarzucać. Do tego dochodzi zmęczenie i bruki zaczynają się dłużyć. Pierwsze sekcje przelatuje się bardzo szybko, chwila i już ich nie ma. Natomiast na końcu każda z nich robi się coraz dłuższa. Wydaje się, że jedzie się je nie pięć, dziesięć minut, a dwadzieścia czy trzydzieści. I wydaje się, że wyścig trwa dwanaście czy trzynaście godzin. A tak naprawdę wszystko rozgrywa się w pięć i pół godziny. 

Czy to, że odcinki brukowe są podzielone na dużą liczbę, nazwijmy to, etapów pomaga kolarzom czy przeszkadza? Może lepiej przejechać ciągiem te 50 km?

- Przez to, że jest ten podział wyścig jest ciekawszy. Przy dłuższej jeździe po bruku peleton szybciej by się rozciągnął, ułożył i ściganie nie byłoby tak ciekawe. Może dla kolarzy nie jest to zbyt dobre ale dla kibiców na pewno. Jest co oglądać, naprawdę wiele się dzieje. Tu przypadkowi zawodnicy nie wygrywają. Tu trzeba dokładnie znać każdy z brukowych odcinków, nie tylko z mapy. Nie wystarczy przejechać je na treningu, liczy się doświadczenie z jazdy w poprzednich edycjach. Tu się nie zdarza, że przyjeżdża zawodnik i za pierwszym razem od razu wygrywa. Trzeba parę razy przecierpieć to Paryż-Roubaix, żeby je zrozumieć i wiedzieć w którym momencie, na którym odcinku odpowiednio się ustawić żeby albo zaatakować albo po prostu przetrwać.

Czy kolarze jakoś specjalnie przygotowują się do tego wyścigu, np. pod względem technicznym?

- W tej chwili są takie ramy, które nie potrzebują amortyzatorów, mają inną elastyczność. Nie są tak sztywne jak na typowych wyścigach kolarskich i amortyzują te drgania. Do tego opony. Normalne mają rozmiar 0,23 cala, a tutaj są używane większe, 0,27 cala. Przez to, że opona jest większa może mieć mniejsze ciśnienie, co dodatkowo amortyzuje. I także koła potrafią przenosić trochę drgań na siebie. To powoduje, że rower bardziej płynie po bruku, a nie trzęsie i zrzuca zawodnika. Tak więc to są zupełnie inne rowery niż te używane na wyścigach gdzie jest dobry asfalt.

Greg LeMond powiedział, że oddałby wszystko za wygranie Paryż-Roubaix. Czy rzeczywiście zwycięstwo w tym wyścigu jest tak wielkim splendorem dla kolarza?

- W tej chwili ten splendor dają szczególnie wielkie toury. Natomiast Paryż-Roubaix nie przypadkowo jest owiany legendą, tutaj zawodnicy muszą być wyjątkowo wszechstronni. Nie dziwię się LeMondowi. Ja też, choć już jest trochę za późno, chciałbym mieć takie marzenia żeby walczyć o wygraną. Ale dwa razy stałem na starcie tego wyścigu i wiedziałem wówczas, że ukończenie tego wyścigu jest czymś wielkim. Będę z tego dumny do końca życia i bardzo miło wspominam tamte czasy, mimo że to były niezwykle ciężkie wyścigi.

Rozmawiał Maciej Gaweł

Dowiedz się więcej na temat: Paryż-Roubaix | kolarstwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje