Reklama

Reklama

Bartosz Huzarski: Po co zabito legendę Armstronga?

​Jeden z czołowych polskich kolarzy Bartosz Huzarski idzie pod prąd powszechnej opinii, potępiającej Lance'a Armstronga za stosowanie dopingu, i zastanawia się, po co zabito legendę Amerykanina. Okoliczności afery uważa za niejednoznaczne.

Zawodnik niemieckiej ekipy NetApp obawia się przy tym, że głośna sprawa, zakończona niedawno dożywotnią dyskwalifikacją Armstronga i odebraniem mu siedmiu zwycięstw w Tour de France za lata 1999-2005, uderzy rykoszetem w całe kolarstwo.

- Armstrong poniósł konsekwencje tego, co działo się kilkanaście lat temu. Nie wiem, po co wracano do tej sprawy po tak długim czasie. Amerykanie zabili swoją legendę (ostatecznie pogrążył go raport Amerykańskiej Agencji Antydopingowej - PAP), nie tylko świetnego kolarza, ale człowieka, w którego wierzyli zwyczajni ludzie, któremu ufali chorzy na raka. On sam, zanim zaczął odnosić te wielkie sukcesy, był chory na raka - powiedział Huzarski.

Huzarski ma wątpliwości co do winy Armstronga.

- Podczas swojej kariery został on poddany kilkuset testom antydopingowym i nic nigdy nie wykryto. Ukarano go na podstawie zeznań jego byłych kolegów z grupy. Po co to komu było potrzebne? Nie wiem. Mówi się, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Być może właśnie tak jest - zaznaczył.

Dwukrotny najlepszy góral Tour de Pologne uważa, że afera Armstronga zaszkodzi całej dyscyplinie. Obawia się o przyszłość swojej grupy, tym bardziej, że NetApp to firma amerykańska, a sponsorzy z tego rynku zaczynają odwracać się od kolarstwa.

- Mam podpisany kontrakt z NetApp jeszcze na dwa najbliższe sezony. Nasz dyrektor sportowy powiedział mi, że na dziś jesteśmy bezpieczni, ale nigdy nie można być pewnym. Wpadka dopingowa kogoś z moich kolegów może oznaczać rozwiązanie ekipy. W nowym sezonie będziemy mieć w składzie dziesięciu młodych zawodników. Mam nadzieję, że nikt z nas nie będzie kombinować. Żyjemy z kolarstwa, utrzymujemy rodziny. Doping w naszej grupie byłby katastrofą - podkreślił.

Według Huzarskiego kolarstwo zrobiło bardzo dużo w walce ze stosowaniem środków dopingowych, więcej niż inne dyscypliny, a wynik jest taki, że ludzie widzą w kolarzach dopingowiczów.

- To niesprawiedliwe. Każdy z nas, jeżdżący w grupie pierwszej czy drugiej dywizji, ma paszport biologiczny z wpisanymi w nim danymi dotyczącymi różnych parametrów krwi. Codziennie, od godz. 6 rano do 23, jestem do dyspozycji kontrolerów, aby oddać do badań krew i mocz. Chyba nie ma takiej drugiej dyscypliny, gdzie tyle się robi, by zwalczyć doping. Przypomnę aferę Fuentesa (hiszpański lekarz, który zorganizował siatkę dopingową - PAP). Wśród jego klientów byli zawodnicy z różnych dyscyplin sportu. Ujawniono nazwiska tylko kolarzy. To mówi samo za siebie - zakończył Huzarski.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL