Reklama

Reklama

Andrzej Sypytkowski: Przyszłością kolarstwa mogą być kaski z poduszką powietrzną

Wypadek Fabio Jakobsena na finiszu etapu Tour de Pologne w Katowicach wywołał dyskusję o bezpieczeństwie w wyścigach kolarskich. Srebrny medalista olimpijski z Seulu Andrzej Sypytkowski uważa, że przyszłością tej dyscypliny sportu mogą być kaski z poduszką powietrzną.

Kolarz przed wypadkiem jest zabezpieczony przede wszystkim kaskiem. Pan pamięta czasy, gdy zawodowcy ścigali się w czapeczkach albo z gołymi głowami.

Reklama

Andrzej Sypytkowski: Kiedy byłem juniorem, a potem trochę starszym zawodnikiem, jeździliśmy obowiązkowo w kaskach i z zazdrością patrzyliśmy na zawodowców, którzy mogli ich nie zakładać. Sam jako zawodowiec też jeździłem bez kasku. Pamiętam, że przejechałem bez niego Giro d’Italia w 1994 roku. Później przyszedł rozum do głowy i zacząłem go zakładać. Teraz nawet na przejażdżkę zawsze jeżdżę w kasku.

Przepis zobowiązujący wszystkich do jazdy w kasku wprowadzono dopiero po wypadku Andrieja Kiwiliewa w wyścigu Paryż-Nicea w 2003 roku.

- Dobrze pamiętam to wydarzenie. Dwa miesiące później jechałem jako dyrektor sportowy grupy CCC Polsat w Giro d’Italia. Jedynym odstępstwem od reguły były górskie etapy, na których kolarze mogli zdjąć kask na końcowym podjeździe. Później zrezygnowano także i z tego wyjątku. Uważam, że kaski zdecydowanie poprawiły bezpieczeństwo. Osobiście znam kilku ludzi, kolarzy zawodowych i amatorów, którzy jeszcze żyją dzięki kaskowi.

Przed skutkami wypadku mają chronić barierki. W Katowicach, gdy uderzył w nie z ogromną siłą Jakobsen, fruwały w powietrzu.

- Przepisy mówią, że na ostatnich 200 metrach muszą być barierki bez wystających nóżek, zakryte na przykład reklamami, żeby kolarz nie mógł o nic zaczepić. Tour de Pologne jest jednym z najlepiej zabezpieczonych wyścigów i ten szczególnie chroniony odcinek jest jeszcze dłuższy. Uważam, że organizatorzy nie zawinili.

Wypadek był fatalnym zbiegiem okoliczności. Na Dylanie Groenewegenie, który zepchnął w barierki Jakobsena, wieszają teraz psy, ale ja myślę, że zajeżdżanie drogi, przepychanki są wpisane w życie kolarza. Myślę, że wszystko wydarzyło się poza świadomością Groenewegena, że jechał automatycznie. Oczywiście, powinien zostać ukarany, ale jak zaczniemy za każde zajechanie drogi chodzić do sądu - a słyszałem, że tak ma być w tym przypadku - to wydaje mi się przesadą. Ryzyko jest nieodłącznym elementem kolarstwa.

Czy wpływu na wypadek nie miał fakt, że kolarze z powodu koronawirusa nie ścigali się od kilku miesięcy?

- Nie sądzę. Na pewno byli naładowani energią, jeden i drugi nie chciał odpuścić. Oni są świetnie wyszkoleni technicznie. Cała sztuka sprintu polega na tym, że kolarze wchodzą w różne luki, jakie się pojawią. Sprinter musi mieć odwagę. Za moich czasów był taki Dżamolidin Abdużaparow, który na finiszu rzucał rowerem w lewo i w prawo. Nikt się do niego nie zbliżał, sędziowie byli do tego przyzwyczajeni, a także rywale, którzy zostawiali mu więcej miejsca. I nie było problemu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje