Reklama

Reklama

Właśnie dlatego Jacek Bednarz przestał być prezesem

Jacek ​Bednarz prowadził wojnę z "kibolami" i teraz przez to poleciała jego głowa, jako prezesa Wisły - tak powszechnie interpretowana jest dzisiejsza dymisja w krakowskim klubie. Czy tak jest w rzeczywistości?


W lutym, gdy z trybun przy Reymonta poleciały na murawę race, Jacek Bednarz wprowadził zasadę: zero tolerancji dla wybryków kibicowskich. Nawiązał współpracę z policją i wojewodą, dzięki czemu po derbach Wiśle zamknięto trybunę ultrasów, a nie cały stadion, jak pół roku wcześniej Cracovii. Stowarzyszenie SKWK ogłosiło bojkot klubu, trybuna zajmowana przez ultrasów zaczęła świecić pustkami.

Batalia o bezpieczny stadion, bez rzucania rac na murawę i wulgaryzmów była słuszna, choć nie zawsze prezes Bednarz prowadził ją w godnej jego funkcji formie (np. pokazywanie wała kibicom na meczu juniorów, czy niewyszukane epitety pod ich adresem, jakie wypowiadał na spotkaniach z dziennikarzami).

Reklama

Problem Bednarza, a razem z nim całej Wisły polegał na tym, że z protestem SKWK identyfikowali się nie tylko ultrasi, ale wielu mniej zagorzałych kibiców, którym nie spodobało się zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej. Za atak racami zablokowano karty wszystkich kibiców, którzy oglądali w restauracji "U Wiślaków" spotkanie z Ruchem (8 marca). Nawet tym, którzy z tym incydentem nie mieli nic wspólnego.

Na dodatek, Bednarz nie pomógł sam sobie. Ultrasów mieli zastąpić inni kibice, dotychczas rzadziej odwiedzający stadion i ci próbowali się mobilizować. Organizowali akcję "bojkotuj bojkot". Ostatecznie jednak wyszły z tego nici, bo zarządzany przez Bednarza klub wprowadził niewydolny system sprzedaży biletów. Wisła jako ostatnia zaczęła rozprowadzenie wejściówek, a przez internet, co dzisiaj powinno być normą, nie dało się kupić biletu na jej mecz do dzisiaj (dopiero po godz. 17 sprzedaż przez www ruszyła). Na dodatek system jest tak zawodny, że przed meczami tworzą się gigantyczne kolejki, fani wchodzą dopiero w drugiej połowie i mają tego serdecznie dosyć.

Na piątkowe starcie z Bełchatowem, po widowiskowej grze Wisły w Szczecinie, czy wcześniej w meczu z Lechią, przyszłyby pewnie tłumy, jednak system sprzedaży jest w stanie obsłużyć tylko tysiąc osób dziennie.

To wszystko spowodowało, że Wisła wpadała w coraz większe tarapaty finansowe. Tymczasem prezes Bednarz skutecznie redukował wydatki klubu, ale nie był w stanie powstrzymać spadku jego wpływów. Nie udało mu się doprowadzić do znalezienia dużego sponsora, który pomógłby w łataniu dziury budżetowej. A stare długi ciążyły, nic dziwnego, że pod względem braku płynności finansowe krakowianie byli w ogonie ligowej stawki.

Z pewnością polityka sportowa Bednarza obroniła się. Sprowadzenie za darmo, bez sumy odstępnego: Pawła Brożka, Macieja Sadloka, Macieja Jankowskiego, Michała Buchalika, Dariusza Dudki i przede wszystkim Semira Stilicia to dobre ruchy. W wypadku Stilicia i Dudki spore znaczenie miała osoba Franciszka Smudy, który potrafił scementować i świetnie poukładać wiślacką jedenastkę.

Dlatego postawienie sprawy w ten sposób: "Bednarz przegrał wojnę z ‘kibolami’" jest niesprawiedliwe. Gdyby Wisła - dzięki działaniom byłego już prezesa - faktycznie wychodziła na finansową prostą, miała chociaż po 10 tys. widzów na meczu, rosnące, a nie malejące wpływy, to nikomu by do głowy nie przyszło zwalnianie Jacka Bednarza.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL