Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (18 pkt.)
  • 2 .Śląsk Wrocław (17 pkt.)
  • 3 .Lechia Gdańsk (16 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (16 pkt.)
  • 5 .Zagłębie Lubin (15 pkt.)
  • 6 .Raków Częstochowa (14 pkt.)
  • 7 .Jagiellonia Białystok (12 pkt.)
  • 8 .Wisła Kraków (11 pkt.)

Wisła Kraków. Rafał Boguski podsumowuje grę dla "Białej Gwiazdy": Nie śniłem, że takie rzeczy uda mi się osiągnąć

- Tylko jednego się boję: że mogę się rozkleić - mówi Interii Rafał Boguski, który w perspektywie ma jeszcze do rozegrania mecz pożegnalny w barwach Wisły Kraków przeciwko renomowanemu zagranicznemu rywalowi. "Boguś" występował z białą gwiazdą na piersi przez 15 lat.

Justyna Krupa, Interia: Jaki był ten ostatni pana sezon w Wiśle? Odchodzi pan po piętnastu latach gry w barwach jednego klubu, przedzielonych tylko wypożyczeniem. To jednak ewenement we współczesnym futbolu.  

Rafał Boguski: - To był trudny sezon dla klubu, bo znów musieliśmy walczyć o utrzymanie w Ekstraklasie. Trochę zawirowań, nerwowości. Ale było też kilka miłych akcentów, jak ten mecz w Płocku, gdy udało mi się strzelić dwie bramki. Czy to ostatnie spotkanie z Piastem, gdy mogłem zagrać od pierwszej minuty, a nasza drużyna wygrała. I skończyła ostatecznie wyżej w tabeli od naszego rywala zza miedzy.

Reklama

O tym, że po tym sezonie pana piękna przygoda w Wiśle dobiegnie końca wiedział pan już od dawna, czy był jeszcze jakiś moment zawahania? A może jakieś rozmowy w tym temacie z działaczami?

- Nie, rozmów nie było. Po prostu dostałem informację od zarządu, w czasie spotkania, że kończymy współpracę. Był to ciężki moment, ale kiedyś musiał nadejść. Jestem i tak bardzo, bardzo zadowolony, że tyle czasu w takim klubie spędziłem. Wiele pięknych chwil przeżyłem. Choć były też oczywiście te słabsze. Ale 15 lat w jednym klubie, w dodatku w takim jak Wisła, to zaszczyt i przyjemność. Ja ze swojej strony życzę kibicom wiele radości z sukcesów Wisły.

Szatnia Wisły w pewnym sensie pustoszeje, odchodzą m.in. gracze, którzy występowali tu bardzo długo. Można powiedzieć, że zostawiacie Macieja Sadloka samego na posterunku. Choć na pewno Alan Uryga, który wraca do "Białej Gwiazdy" po latach, też będzie kandydatem na naturalnego lidera w szatni.

- Na pewno tak. To super sprawa, że Alan wraca na Reymonta. Będę chłopakom kibicował, by dobrze sobie poradzili i kolejny sezon skończyli dużo wyżej, niż my ten ostatni.

Ma pan już plan, co dalej? Łukasz Burliga idzie do Wieczystej, ale pan nie wyklucza chyba pozostania w Ekstraklasie? Gdyby Bruk-Bet Termalica Nieciecza rzeczywiście awansował, to byłaby ciekawa opcja, tym bardziej, że blisko domu.

- Chciałbym grać w jak najwyższej klasie rozgrywkowej, to jest priorytet. Ale otwarty jestem na wszelkie propozycje. Żadnych konkretów jeszcze nie miałem, jeśli chodzi o oferty. Sezon dobiegł końca tylko w Ekstraklasie, w niższych ligach jeszcze trwa. Uzbrajam się w cierpliwość. Najfajniej byłoby rzeczywiście grać jak najbliżej miejsca zamieszkania, to by było super. Ale życie piłkarza jest o tyle trudne, że czasem trzeba podjąć decyzję o wyprowadzce nieco dalej. Na ten moment niczego nie wykluczam.

Ten ostatni sezon, a zwłaszcza jego końcówka, był na pewno jednym z trudniejszych momentów w Wiśle, jakie pan tu przeżył. Ale bywały chyba jeszcze zdecydowanie trudniejsze, jak przełom 2018 i 2019 roku, gdy klub trafił w ręce Vanny Ly i spółki. Wtedy był pan bliski odejścia z klubu.

- Oczywiście, były trudniejsze momenty niż ten ostatni rok. Choć zwłaszcza jesienią byliśmy nisko w tabeli i nie zdobywaliśmy punktów. W przeszłości nastąpił jednak taki moment, gdy klubu w ogóle mogło nie być, mogło zabraknąć Wisły w Ekstraklasie. Wtedy było naprawdę dużo nerwów i niepewności.

Prasa rozpisywała się ostatnio o tym, jakie błędy w zarządzaniu drużyną Wisły popełnił były już trener Peter Hyballa. Miał m.in. obrazić pana w trakcie jednego z meczów, na co zareagować miał trener Kazimierz Kmiecik. Czy słowa Hyballi rzeczywiście pana uraziły?

- Tak naprawdę to już nie chciałbym rozmawiać o tej sytuacji. Szkoda nerwów, nie ma co się już tym emocjonować. Lepiej już zostawić tę sytuację w spokoju. Zmieniło się dużo rzeczy i może też nie ma co wracać do takich trochę bolesnych zdarzeń.

A jak reaguje pan na to, że część fanów Wisły była bardzo krytycznie nastawiona do postawy zespołu w ostatnich miesiącach? Pojawiały się głosy, że jesteście - jako zespół - "leniwi", że przyczyną kryzysu w Wiśle było to, że "nie chciało wam się ciężko trenować". Szybko część osób uznała, że wszystko jest winą piłkarzy...

- Najłatwiej powiedzieć, że piłkarze są leniwi i nie chcą trenować. Ale ja zapewniam, że wszyscy zawodnicy w kadrze Wisły wykonywali polecenia trenera Hyballi w stu procentach, nie marudzili. Akurat pod względem ambicji, walki i zaangażowania nikt nie może nam nic zarzucić.

Niektórzy porównywali trenera Hyballę do Joana Carrillo, argumentując, że Hiszpan też był niełatwy we współpracy. Osobiście uważam to porównanie za chybione, ale ciekawy jest kontrast między tymi dwoma zagranicznymi szkoleniowcami, jeśli chodzi o stosunek do pana osoby. U Carrillo grał pan regularnie, a on sam określił pana - już po odejściu z Wisły - "lustrem, w którym inni zawodnicy powinni się przeglądać", ze względu na profesjonalne podejście do treningów.

- Na pewno była różnica. Choć, żeby mieć jasność, trzeba byłoby zacytować też opinię trenera Hyballi. Mnie jest bardzo miło, że trener Carrillo tak się o mnie wypowiadał. Ja u każdego trenera na zajęciach dawałem z siebie wszystko i starałem się jak najbardziej profesjonalnie się zachowywać. Ostatnio u trenera Hyballi również. Myślę, że wszyscy mogą potwierdzić, że byłem w stu procentach skupiony na treningu. Nie chciałbym już może wracać do tych ciężkich momentów w ostatnich miesiącach. Każdy może sobie zdanie wyrobić. My, jako zawodnicy, też mamy swoje. Nie chcę nikogo specjalnie przekonywać, co do tego, jak naprawdę było, czy wyprowadzać ludzi z błędu. Mogę tylko zapewnić, że zachowywaliśmy się jak profesjonaliści.

Minęła 10. już rocznica zdobycia ostatniego tytułu przez Wisłę Kraków. Czy jako osoba, która od 15 lat funkcjonowała w tym klubie, jest pan w stanie powiedzieć, dlaczego od tamtego momentu wszystko w Wiśle pikowało w dół pod względem sportowym? Najłatwiej wskazać przyczyny ostatnich kryzysów, gdy klubem rządzili ludzie niepowołani. Ale patrzył pan na to kiedyś szerzej?

- Myślę, że aby walczyć o wyższe cele, potrzebny jest jednak ten pokaźny nakład finansowy i finansowa stabilizacja. Przykładem jest Legia, Lech, ale nawet ostatnio Raków Częstochowa. Oprócz tej sportowej strony, oni mają bardzo dobre zaplecze finansowe, z tego, co wiem. Od czasu, gdy Wisła popadła w tarapaty finansowe, siłą rzeczy nie może walczyć o najwyższe cele. Tu bym upatrywał przyczyny tego, że sukces sportowy jest dość odległy.

To dość niewesoła konstatacja dla kibiców, bo na razie nie ma widoków na rychłe odbudowanie finansów klubowych.

- Wydaje mi się jednak, że osoby, które zarządzają tym klubem powoli, krok po kroku odbudowują potęgę Wisły. Myślę, że mimo wszystko z optymizmem można patrzeć na przyszłość klubu, bo wiele dobrego się dzieje pod tym względem.

Erik Cikos, jeden z piłkarzy tamtej mistrzowskiej Wisły ostatnio wspominał, że mieliście za czasów Roberta Maaskanta fenomenalną atmosferę w zespole. Rzeczywiście to wtedy w szatni Wisły była topowa atmosfera, czy bywało jeszcze ciekawiej?

- Wcale nie musiało być sukcesów, czy mistrzostw Polski, byśmy mieli w szatni Wisły dobrą atmosferę. Przez te kilkanaście ostatnich lat nie pamiętam czegoś takiego, by była u nas w szatni zła energia. Może nie zawsze było tak, że całą drużyną wychodziliśmy na kolacje, czy spotkania, ale wystarczy spojrzeć na wywiady udzielane przez byłych wiślaków, nawet tych z zagranicy. Powtarzają, że takiej atmosfery w żadnym wcześniejszym klubie nie mieli.

Ale nie jest tak, że zawsze wszyscy pałali do siebie miłością. O panu też ludzie myślą w kategoriach "spokojny, wyważony". A czasem bywały spięcia, jak kiedyś z Osmanem Chavezem...

- Oczywiście, że tak. Tylko, że to nie były konflikty w szatni, tylko raczej minikonflikty na boisku. Zdarzały się takie momenty, że ktoś się poczuł źle potraktowany przez innego zawodnika i trzeba było sytuację wyjaśniać. Ja nie ukrywam, że miałem kilka takich "spin" z innymi piłkarzami. Niekoniecznie tylko z zagranicznymi, z Polakami też. Wymiana zdań, głośniejsze emocje, wyrzucenie z siebie tego, co ma się do innego zawodnika. Tak było też z Osmanem, później w szatni już normalnie porozmawialiśmy. Pamiętam sytuacje, gdy nawet z Arkiem Głowackim kilka razy "zaiskrzyło". On miał swoje racje, ja miałem swoje racje.

A zastanawiał się pan kiedyś, jak bardzo odmiennie potoczyłaby się pana kariera, gdyby nie feralny faul Ariela Borysiuka w 2009 roku? Skończyło się długotrwałą kontuzją i dalszymi problemami zdrowotnymi. Wcześniej były powołania do reprezentacji Polski itd. Po tym zdarzeniu nie było już łatwo do pewnych rzeczy wrócić.

- Zdecydowanie. Tyle że - jak kiedyś już wspominałem - to nie w stu procentach jest wina Ariela Borysiuka. To był pech, bo zraszacz do trawy był wówczas zasłonięty takim plastikowym elementem i na nim moja noga się zablokowała. Gdyby nie to, tamta sytuacja wyglądałaby pewnie inaczej. Ale niezbyt często wracam do tamtej kontuzji. Potoczyło się to tak, a nie inaczej. Nie mam żalu w sobie, że wyszło tak, jak wyszło. Jestem bardzo zadowolony z tego, co osiągnąłem. W ogóle nie marzyłem kiedyś, że będę mógł uczestniczyć w takich wydarzeniach, jak zdobycie mistrzostwa Polski z Wisłą czy gra w europejskich pucharach. Do tego doszła gra w reprezentacji Polski. Tak naprawdę nie śniłem, że takie rzeczy uda mi się osiągnąć.

Kazimierz Moskal przyznał kiedyś, że jest pan takim piłkarzem, którego nie w pełni kibice doceniają. Jest rzeczywiście frakcja kibiców, która utyskiwała na pana występy w Wiśle dość regularnie, żartując nawet, że ma pan "teczki" i haki na trenerów, skoro w tym pierwszym składzie się pan pojawiał. Jak pan podchodził do takiej internetowej "szydery"?

- Najzwyczajniej nie jestem świadomy, co się na co dzień dzieje w internecie. Ludzie mi czasem coś mówią, pokazują. Ale ja im tłumaczę, że nie chcę, by mi opowiadali, co się na mój temat pisze. Niezależnie od tego czy to są dobre, czy złe opinie. Ja staram się wykonywać swoją pracę na boisku najlepiej, jak potrafię, a czy to się komuś podoba, czy nie, to na to nie mam już wpływu. Sam wiem, kiedy zaliczam dobre momenty w meczu, a kiedy słabe. Choć ten mem ze mną i z napisem "...the best in the world" z reklamy Carlsberga kojarzę, dostawałem wiadomości z tym na telefon. To jest miłe.

Były jeszcze hasła o szarej eminencji szatni - "Don Bogusione". To na swój sposób też jest komplement.

- Tak, ale tu już w ruch idą skojarzenia mafijne, a ja nigdy nie miałem do czynienia z szemranymi rzeczami!

Mówiliśmy o Moskalu, Carrillo.  Ale trenerów, z którymi przyszło panu w karierze współpracować była masa. Kto był dla pana takim prawdziwym mentorem, któremu wiele zawdzięcza?

- Jednego nazwiska nie mogę wskazać, bo bardzo wiele nauczyłem się od licznych trenerów, z którymi miałem szansę pracować. Poczynając od mojego pierwszego trenera, jeszcze w juniorach, Macieja Ruszczyka. Na pewno też ważny był trener Jerzy Engel junior, który zmienił mi myślenie z amatorskiego na profesjonalne. Później był trener Orest Lenczyk, który dał mi szansę w Ekstraklasie. Trener Maciej Skorża - bardzo dobrze przygotowany pod względem taktycznym, a jednocześnie potrafiący przygotować świetnie zespół fizycznie. Następnie trener Moskal, z którym współpracowałem, gdy był najpierw asystentem, a potem pierwszym trenerem. Jego warsztat jest naprawdę super, kładzie bardzo duży nacisk na grę piłką, a jego zespoły grają fajnie dla oka. Z kolei trener Franciszek Smuda tak naprawdę przywrócił mnie do sportu, bo wcześniej miałem wiele urazów i absencji. A dzięki treningom u Smudy moje dolegliwości zelżały. Ważna była też współpraca z trenerami z zagranicy, takimi, jak Robert Maaskant, wspomniany Joan Carrillo czy Kiko Ramirez. Pokazali, jak ciekawie może wyglądać trening, jak dobrze można przygotować drużynę pod względem fizycznym. Wreszcie, ostatnio był jeszcze trener Maciej Stolarczyk, który wprowadził powiew świeżości do drużyny. Myślę, że w jego pierwszym sezonie nasza gra była miła dla oka, było dużo goli, fajne akcje. Miałem więc to szczęście, że trafiałem na wielu fachowców. I to takich różnorodnych, od których wiele mogłem czerpać.

Wisła wyszła z inicjatywą zorganizowania meczu towarzyskiego, który m.in. dla pana miałby być meczem pożegnalnym, z kibicami na trybunach. Są domniemania, że rywalem mogłaby być Borussia Dortmund.

- Bardzo się ucieszyłem, gdy zakomunikowano mi, że jest szansa, by odbył się mecz z markową drużyną przy udziale kibiców. Tylko jednego się boję: że mogę się rozkleić. Łatwiej jest się żegnać, gdy są puste trybuny, bez dopingu, a znacznie trudniej pod względem psychicznym, gdy fani będą w tym uczestniczyć.

A jak się ma wasz rodzinny biznes restauracyjny, czyli Koku Sushi? Pandemia koronawirusa pokrzyżowała wam nieco szyki, podobnie, jak innym restauratorom? Przechodziłam ostatnio przez ul. Świętokrzyską w Krakowie i dostrzegłam, że waszej restauracji nie ma już w tej lokalizacji.

- Po pierwsze, to przede wszystkim żona Alicja prowadzi ten biznes i trzyma stery w rękach. Ja dość rzadko się tam pojawiam. Przenieśliśmy się do innego lokalu. Dlatego zniknęliśmy z poprzedniej lokalizacji. Natomiast rzeczywiście jest to ciężki okres dla restauratorów. Kosztowało to wszystko żonę wiele nerwów. Mamy nadzieję, że po tej akcji szczepień będzie stopniowo coraz większe luzowanie obostrzeń i trochę to wszystko wróci do normalności. Mamy co prawda możliwość dowozu oraz odbioru osobistego dań na wynos. Ale jednak inaczej jest, gdy można przyjść do lokalu, usiąść, wypić lampkę wina czy jakieś piwko.

Pamiętam, jak w poprzedniej lokalizacji w waszej restauracji często stołowali się młodzi piłkarze Wisły. Jakieś rabaty pan dawał?

- To prawda, wielu chłopaków z drużyny zasmakowało w naszych daniach. Teraz po prostu często zamawiają sushi do domu. 

Rozmawiała: Justyna Krupa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje