Reklama

Reklama

Wisła Kraków. Manuel Junco: Transfery? Priorytetem jest polski rynek

Co różni Juergena Kloppa od innych dobrych trenerów, na ile zmieniła się polska piłka klubowa i czy dopuści do transferu Krzysztof Mączyńskiego - te i inne kwestie porusza w rozmowie z Interią nowy wiceprezes Wisły Kraków Manuel Junco.

Ekstraklasa - sprawdź wyniki, terminarz, tabelę

Sięgając po obytego w wielkim piłkarskim świecie fachowca, jakim jest Junco, Wisła Kraków usiłuje zoptymalizować zarządzanie pionem sportowym, a w dalszej perspektywie wyjść z kryzysu finansowego. Ostatnie pięć meczów pokazuje, że ten sportowy Dariuszowi Wdowczykowi i jego podopiecznym udało się zażegnać znacznie szybciej, niż się na to zanosiło.

Manuel Junco to Hiszpan, który od lat mieszka w Polsce. Prywatnie kibic Realu Madryt. W przeszłości pracował dla Wisły Kraków, Liverpoolu i Columbus Crew. Pełnił różne funkcje, był m.in. marketingowcem i skautem. Niedawno został wiceprezesem Wisły ds. sportowych. Jego żoną jest Polka, z którą ma dwoje dzieci.

Interia: Przez ostatnie trzy lata pracował pan w Columbus Crew z amerykańskiej ligi MLS. Jak się pan tam znalazł i na czym polegały pańskie obowiązki?

Reklama

Manuel Junco: - Akurat kończyłem pracę w Liverpoolu i zadzwonił do mnie Gregg Berhalter. To trener Columbus Crew, były reprezentant USA. Jako piłkarz grał na pozycji środkowego obrońcy w wielu europejskich klubach. To szkoleniowiec o otwartej mentalności. Chciał budować klub w oparciu o europejskie wzorce. Ludzie, którzy przyszli wraz z nim, to głównie Europejczycy, a nawet jeśli byli to Amerykanie, to z doświadczeniem na Starym Kontynencie. Gdy Berhalter opowiadał mi o planach budowy zespołu, pomyślałem, że to ciekawy pomysł. Można myśleć, że byłem tam cały czas, ale to nieprawda. Głównie podróżowałem, mnóstwo czasu spędziłem za granicą.

W Ameryce Południowej?

- Teoretycznie miałem odpowiadać za Europę. W praktyce jednak okazało się, że podróżowałem po całym świecie.

Spotkał pan w Columbus Crew Roberta Warzychę, który był tam piłkarzem, a potem trenerem?

-  Nie, ale poznałem Federico Higuaina, brata słynnego Gonzala z Juventusu. To właśnie Warzycha ściągnął go do Columbus. I później każdy, kto rozmawiał z Higuainem, słyszał odpowiedź: "sprowadził mnie tu trener Warzycha, któremu jestem bardzo wdzięczny". Osobiście jednak Polaka nie poznałem.

Gdy przez ostatnie lata przyglądał się pan polskiej piłce klubowej z innej perspektywy, to co pan zauważył? Zmieniła się od tego czasu, gdy pracował pan w Wiśle?

- To wielka zmiana. Gdy jesteś w środku tego wszystkiego, nie masz pojęcia, jak szybko wszystko się zmienia. Postęp jest niewyobrażalny. I nie chodzi tylko o piękne stadiony, infrastrukturę i organizację, ale też poziom sportowy. Teraz trudniej gra się przeciwko polskim drużynom, które są twarde i zdecydowane.

Przyglądał się pan temu z daleka, ale w Polsce też pan przecież bywał.

- Część tego czasu spędziłem tutaj, w Krakowie. Od trzech-czterech lat mogłem jednak przyglądać się temu z boku. Miałem więc taką możliwość. Pod każdym względem liga się rozwinęła. Zmiana jest bardzo widoczna.

Gdy ostatnio pracował pan w Wiśle, zespół ten walczył o awans do Ligi Mistrzów. Od tego czasu wiele się zmieniło, bo "Biała Gwiazda" zajmuje ostatnie miejsce w tabeli.

- Trudno porównywać obie sytuacje. W każdym okresie pojawiają się pewne problemy. Nie możemy jednak patrzeć w przeszłość, liczy się tylko przyszłość. Musimy znaleźć rozwiązania, które pchną ten klub do przodu. Wisła ma piękną historię, ale stawiamy na rozwój.

Był pan zadowolony po meczu Wisły w Poznaniu?

- Byłem dumny z chłopaków, bo Lech to bardzo dobry zespół. Byłem zadowolony z reakcji drużyny po stracie gola. Graliśmy lepiej do tego momentu, a bramka dla Lecha padła trochę nieszczęśliwie. Wisła jednak wróciła do gry.

Ma pan doskonałe rozeznanie co do rynku transferowego w Ameryce Południowej. W Ekstraklasie obowiązują limity obcokrajowców. Mimo wszystko sprowadzi pan piłkarzy bez obywatelstwa Unii Europejskiej?

- Chyba jednak więcej wiem o piłkarzach z Europy. Szczerze? Nie chcę szukać piłkarzy zagranicznych, skoro mamy w Polsce wielu świetnych graczy. Priorytetem jest obserwacja rynku transferowego w Polsce. Bardzo ważna w piłce jest identyfikacja piłkarza z klubem. Chcemy obserwować tak wielu polskich graczy, jak to tylko możliwe. Limity obcokrajowców nie są dla nas żadnym problemem, bo to nie jest kierunek, w którym chcemy podążać. Polska to bardzo duży kraj. Z Krakowa do Szczecina jest taki sam dystans jak z Krakowa do... Belgradu. Pomiędzy miastami są wielkie dystanse. Nie będzie to wszystko łatwe, ale powinniśmy znaleźć tutaj piłkarzy.


Ma pan do tego odpowiednich ludzi?

- W tej chwili naszym skautem jest Marcin Kuźba. Szukamy dla niego wsparcia.

Ilu osób?

- Liczby nie są dla mnie ważne, ważniejsza jest jakość. Chcemy stworzyć system preselekcji, a do tego potrzebujemy odpowiednich ludzi. Możemy mieć 10 pracowników, ale co z tego, skoro nie będą mieli kompetencji. Wolę mieć jednego, czy dwóch ludzi z dobrym okiem do wypatrzenia zawodnika, niż 10, którzy tego nie potrafią.

Rozmawiał pan z trenerem Wdowczykiem o tym, na jakie pozycje potrzebne są wzmocnienia?

- Przede wszystkim musimy dać spory kredyt zaufania obecnym piłkarzom. Tym bardziej, że oni naprawdę wykonują dobrą pracę, więc zasługują na wsparcie z naszej strony. Generalnie filozofia klubu jest taka: najlepiej jest nie robić transferów, ale w razie potrzeby należy być na nie przygotowanym. Z drugiej strony, transfery powinny być dokonane w jednym celu: by zwiększyć rywalizację o miejsce w składzie.

By mieć dwóch zawodników na jedną pozycję?

- Tak by było najlepiej. Zdrowa rywalizacja wpływa na podniesienie poziomu. Dlatego zamierzamy do tego doprowadzić i nie dlatego, że nie ufamy zawodnikom, których mamy, tylko dla podniesienia rywalizacji.

Macie pieniądze na 23 piłkarzy?

- Wiadomo, że prędzej czy później wszystko sprowadza się do budżetu. Mamy świadomość tego, że nie stać nas na rozrzutność, przeinwestowanie. Musimy się restrykcyjnie trzymać budżetu. Dlatego musimy dokonywać inteligentnych ruchów i jak najlepiej wykorzystywać potencjał, jaki mamy w klubie.

Najbardziej wartościowym piłkarzem Wisły jest pewnie Krzysztof Mączyński. Zamierzacie go sprzedać w najbliższym, bądź kolejnym oknie transferowym?

- Chcę porozmawiać zarówno z nim, jak i każdym innym zawodnikiem z osobna. Krzysztof jest wspaniałym zawodnikiem, wykonuje świetną robotę, jestem szczęśliwy, że mamy go w składzie. Postaram się z nim spotkać jak najszybciej i przekażę mu między innymi to, że jest znakomitym piłkarzem i wykonuje świetną robotę dla Wisły.

Co zamierza pan zmienić w strukturze klubu?

- Chciałbym dać perspektywy rozwoju, awansu ludziom tu pracującym. Piłkarzom i młodym trenerom. Każdy z nich ma marzenia, które chciałby zrealizować. Chciałbym je urzeczywistnić. Mówiąc przykładowo: trenera zespołu do lat 19 przesunąć do sztabu pierwszej drużyny, jako asystenta, a szkoleniowca U-17 do drużyny U-19.

- Zwłaszcza w momentach kryzysowych takie okazje powinno się dawać ludziom. Być może dziś nie mamy tylu pieniędzy, co w przeszłości, ale poprzez ten system awansów możemy zbudować naszą kulturę i dać ludziom szansę rozwoju, postępu.

- Każdy mówi: "nie mamy drużyny rezerw". Decyzja o jej likwidacji zapadła przed mym przybyciem do Wisły. OK, decyzja zapadła, nie patrzmy za siebie. Zróbmy ucieczkę do przodu i stwórzmy dobre, bezpośrednie połączenie między drużyną do lat 19 a pierwszym zespołem! U nas piłkarze z U-19 powinni być bardziej zmotywowani niż gdzie indziej, bo są znacznie bliżej pierwszego zespołu niż w innych klubach.

Oglądał pan już grę zespołu U-19?

- Tak.

Kto rokuje największe nadzieje?

- O tym chciałbym porozmawiać najpierw z trenerem tej drużyny, Mariuszem Jopem.

Śledzi pan to, co się dzieje w klubach, w których pan pracował?

- Jasne, zawsze. W tej pracy przywiązujesz się emocjonalnie, to nie jest jak praca w banku, przy całym szacunku dla wszystkich ich pracowników. Nawet gdy mnie nie było w Wiśle przez te 10 lat, zawsze przyglądałem się temu, co u niej słychać. Zachowujesz kontakt z fanami, którzy są świetni.

Był pan szczęśliwy, gdy Liverpool zatrudnił Juergena Kloppa?

- Tak, to był dobry ruch. Juergen Klopp to bardzo inteligentny trener. Sposób, w jaki prowadził Borussię Dortmund, by skutecznie rywalizować z Bayernem był świetny. Nawiązanie walki z takim gigantem nie jest łatwe, a on niewiarygodnie odmienił Borussię, w każdym aspekcie.

- Zazwyczaj dobry trener to człowiek, który jest dobry w kontaktach z mediami, właścicielem i zawodnikami. Nadzwyczaj dobry trener to fachowiec, który powoduje, że wszyscy jego piłkarze z dnia na dzień stają się lepsi. Takich jest niewielu na świecie, a Klopp jest jednym z nich.

- Także od Kuby Błaszczykowskiego wiem, że Klopp to świetny fachowiec. Kuba ma o nim jak najlepsza opinię.

Co jest pańskim największym osiągnięciem w pracy skauta?

- Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Praca w pionie sportowym jest zespołowa i taka jest prawda. Nie ma w niej sukcesów indywidualnych. Najpierw filtrujesz całą ligę, oglądasz masę materiałów wideo, następnie wybierasz kilku godnych uwagi zawodników. Dzieje się tak dlatego, że źródła finansowe nawet najbogatszych klubów są ograniczone. Nawet krezusi szukają zawodników o ściśle określonych predyspozycjach, a nie większej grupy do selekcji. Na dodatek masz ograniczoną liczbę weekendów do obejrzenia meczów i siłą rzeczy gdy jesteś w jednym miejscu, nie możesz być w innym.

Co się dzieje po wyselekcjonowaniu graczy z danej ligi?

- Jeden skaut jedzie, ogląda go, a gdy mu się zawodnik naprawdę podoba, tego samego piłkarza obserwuje kolejny skaut, by potwierdzić opinię tego pierwszego. Analizuje się plusy i minusy, warunki finansowe, dopasowuje je do klubowego budżetu. Jeśli wszystko się zgadza, na koniec piłkarz może ci powiedzieć: "Nie jestem zainteresowany grą w twoim klubie" i wszystko bierze w łeb (śmiech). Na szczęście zdarza się też inaczej, gdy transfer zostaje dopięty.

Z pana udziałem kogo udało się sprowadzić np. do Liverpoolu?

- Dla Liverpoolu obserwowałem piłkarzy z Europy Środkowo-Wschodniej. Udało się doprowadzić do transferu Martina Szkrtela.

- Dla Columbus Crew udało mi się wypatrzyć stopera Giancarlo Gonzaleza z reprezentacji Kostaryki. Wypatrzyliśmy go w norweskiej Valerendze Oslo, a w Columbus wypromował się do tego stopnia, że wzięło go Palermo (za 3,8 mln euro - przyp. red.).

Jak pan sobie radzi z odpowiedzialnością, jaka się wiąże z funkcją wiceprezesa klubu?

- W przeszłości nie miałem na wizytówce wiceprezes, ani dyrektor sportowy, ale wykonywałem obowiązki właściwe dla tych funkcji.

W Columbus?

- To zdarzało się nawet tu, w Wiśle. W okresie, gdy nie mieliśmy dyrektora sportowego przejmowałem jego rolę tymczasowo. Oczywiście funkcja wiceprezesa jest dla mnie czymś nowym.

Rozmawiali: Michał Białoński i Łukasz Szpyrka

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy