Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (41 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (37 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (35 pkt.)
  • 4 .Radomiak (35 pkt.)
  • 5 .Lechia Gdańsk (33 pkt.)
  • 6 .Wisła Płock (29 pkt.)
  • 7 .Górnik Zabrze (28 pkt.)
  • 8 .Stal Mielec (28 pkt.)

Wisła Kraków. Lukas Klemenz: Muszę brać więcej na swoje barki

- Kiedy nie gram w podstawowej jedenastce, od razu rozmawiam o tym z rodziną i znajomymi: że może bym coś zmienił, poszedł do innego klubu. W Wiśle nauczyłem się cierpliwości i spokoju - opowiada w drugiej części wywiadu z Interią Lukas Klemenz, obrońca Wisły Kraków.

Pierwsza część wywiadu z Lukasem Klemenzem

Damian Gołąb, Interia: Kiedy podpisałeś kontrakt z Wisłą, podkreślałeś, że przychodzisz tutaj po naukę. Czego nauczyłeś się przez pierwsze pół roku?

Lukas Klemenz: Przede wszystkim cierpliwości. Mój początek w Wiśle był podobny do startu w Jagiellonii Białystok - za dużo nie grałem. Czasami wchodziłem z ławki rezerwowych na środek pomocy, czasami nie pojawiałem się na boisku. Ale koniec końców praca przyniosła efekty i zacząłem grać. Wydawało mi się, że naprawdę idzie to w dobrym kierunku. Szkoda, że dla mnie ta ostatnia runda tak szybko się skończyła. Mam jednak nadzieję, że w przyszłym sezonie pokażę, na co mnie stać.

Reklama

Wcześniej z cierpliwością były problemy?

- Musiałem się jej nauczyć. Wydaje mi się, że to przychodzi z wiekiem. Jestem strasznie niecierpliwy. Kiedy nie gram w podstawowej jedenastce, od razu rozmawiam o tym z rodziną i znajomymi: że może bym coś zmienił, poszedł do innego klubu, może do niższej ligi. Tylko po to, by grać. A tak naprawdę w takich sytuacjach trzeba pracować, czekać na szansę i potem ją wykorzystać. W Jagiellonii cierpliwości mi brakowało, już na przełomie września i października szukałem nowych rozwiązań na zimę.

Szybko.

- Tak, a to był dopiero początek mojej przygody z tym klubem. W dodatku podpisałem tam przecież czteroletni kontrakt. Wydaje mi się, że kiedy już dostałem szansę w Jagiellonii, to jej nie wykorzystałem. Moje mecze były średnie albo po prostu słabe. Nie na tyle dobre, by trener zastanowił się, czy nie dać mi następnej szansy. Może te spotkania wypadły tak właśnie z powodu mojego sposobu myślenia? Tutaj nauczyłem się spokoju.

Zimą cieszyłeś się, że w sztabie Wisły są trenerzy, którzy byli obrońcami - Maciej Stolarczyk i Mariusz Jop. To faktycznie pomaga w rozwoju?

- Tak, to widać na zajęciach. Np. w czwartek mieliśmy trening taktyczny i trener Jop podchodził do każdego z obrońców, podpowiadał, pytał, jak my to widzimy. To bardzo pomaga. Do tego jest jeszcze trener Sobolewski, który też grał z tyłu, choć bardziej w pomocy.

Rozegrałeś wiosną 10 meczów, ale tylko kilka w podstawowym składzie, na środku obrony. Mimo to piłkarze obok ciebie często się zmieniali - grałeś z: Marcinem Wasilewskim, Maciejem Sadlokiem, Danielem Hoyo-Kowalskim. To dodatkowa trudność?

- Trudność może nie, ale każdy z nich ma inny sposób gry. "Wasyl" jest liderem zespołu, wszystko ustawia od tyłu. Maciek jest raczej spokojny na boisku, choć potrafi też krzyknąć, ustawić. Z każdym z nich rozmawiałem przed meczem, pytałem, jak zbiegać, jak się ustawiać. Starałem się dopasować do stylu gry partnera z obrony. Z kolei kiedy występowałem z Danielem, odpowiedzialność spadała na moje barki, bo jestem starszy. Gdy gram z nim, rola lidera przechodzi na mnie. Wtedy muszę korygować zachowania jego i reszty zespołu. Z każdym da się jednak złapać wspólny język.

A może to czas na większą odpowiedzialność? Niedługo 24. urodziny, a meczów w Ekstraklasie rozegrałeś 27. To niepełny sezon.

- Jest w tym dużo racji. Zresztą, ja lubię czuć na sobie odpowiedzialność. Lubię, kiedy trener mówi mi przed meczem: "Lukas, odpowiadasz za linię obrony". Wtedy wiem, że każdy popełniony błąd defensywy obciąża moje konto. Wydaje mi się, że kiedy grałem z Danielem, moje mecze wyglądały dobrze. Muszę zacząć brać więcej na swoje barki.

W którymś z poprzednich klubów byłeś już szefem obrony?

- Tak było na pewno w rundzie wiosennej mojego pobytu w Olimpii Grudziądz [sezon 2016/2017 - przyp. red.]. Poczułem, że to jest to. Wystarczył niecały rok w klubie i dostałem opaskę kapitana. A przecież ja w szatni za dużo się nie odzywam, staram się pokazywać przede wszystkim na boisku. Chłopcy to docenili i naturalnie przejąłem opaskę. Dobrze czułem się też wiosną ubiegłego roku w GKS-ie Katowice, gdy trenował nas Jacek Paszulewicz.

Gra w Wiśle to twoje trzecie podejście do Ekstraklasy po Koronie Kielce i Jagiellonii. Nareszcie czujesz się w pełni gotowy?

- Tak. Po raz pierwszy pracuję z drużyną Ekstraklasy od początku okresu przygotowawczego, jestem w pełnym cyklu treningowym. W poprzednich klubach tak nie było, w Jagiellonii dojechałem na obóz, który skończył się dwa dni później. To było trochę szarpane. Cieszę się, że teraz od początku jestem z drużyną. Czuję się lepiej i fizycznie, i psychicznie.

Hoyo-Kowalski, w wieku 15 lat, zadebiutował w Ekstraklasie. Co ty robiłeś w tym wieku?

- Grałem już w seniorach, w trzecioligowej Odrze Opole. Nie ma nawet porównania z Ekstraklasą. Widać jednak, że Daniel świetnie poradził sobie z presją i odpowiedzialnością, bo na tej pozycji nie można popełniać zbyt dużo błędów. Nabiera doświadczenia, a ma od kogo się uczyć. Zwłaszcza od "Wasyla".

Trener Stolarczyk daje wam przed sezonem duży wycisk? Niektóre treningi trwają ponad dwie godziny.

- Trenujemy bardzo ciężko. Trenerzy mierzą jednak skalę naszego zmęczenia i widzą, że potrzebny będzie odpoczynek. Na razie nogi są ciężkie, kiedy gramy co trzy dni, ruchy są spowolnione. A nasi sparingowi przeciwnicy rozpoczęli okres przygotowawczy nieco później.

Latem klub sprowadził ci konkurenta, Rafała Janickiego. Odbierasz to jako brak zaufania?

- Absolutnie nie. W każdym zespole musi być konkurencja, najlepsze zespoły też kupują nowych piłkarzy. Niedawno do Realu Madryt przeszedł Luka Jović i nie wydaje mi się, by Karim Benzema odebrał to jako brak zaufania ze strony prezesa czy trenera. To naturalna kolej rzeczy. Wszyscy stoperzy, którzy byli już w klubie, muszą udowodnić, że są lepsi od Rafała. Okres przygotowawczy jest po to, by jeden drugiego naciskał. Wszyscy jesteśmy dorosłymi ludźmi, nikt nie będzie się na nikogo obrażał. Będzie grał lepszy.

Wisła po letnich zmianach będzie silniejsza niż wiosną?

- Myślę, że tak. Plusem jest to, że transfery zostały przeprowadzone jeszcze przed początkiem okresu przygotowawczego. Niektóre zespoły jeszcze dobierają zawodników. A nowi koledzy zdążyli nas już poznać, byliśmy razem na obozie. Wiemy, kogo na co stać. Oby to zaprocentowało w lidze.

W tym sezonie w życie wchodzi przepis o obowiązkowym młodzieżowcu w Ekstraklasie. Jak oceniasz ten pomysł?

- Dobrze. Wisła chyba nie musi szukać młodzieżowców na rynku, mamy już takich, którzy występowali w poprzednim sezonie. Są: Kamil Wojtkowski, Patryk Plewka, Daniel Morys, Marcin Grabowski, Dawid Szot, Daniel Hoyo-Kowalski, wrócił do nas Kacper Chorążka... Jeżeli dostaną szansę, nie powinni się spalić, bo już wiedzą, z czym to się je, jaka jest presja i stres przed meczem w Ekstraklasie. Nie musimy szukać młodzieżowców na siłę.

Rozmawiał Damian Gołąb

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama