Reklama

Reklama

  • 1 .Górnik Zabrze (12 pkt.)
  • 2 .Raków Częstochowa (9 pkt.)
  • 3 .Śląsk Wrocław (7 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (7 pkt.)
  • 5 .Zagłębie Lubin (7 pkt.)
  • 6 .Legia Warszawa (6 pkt.)
  • 7 .Lechia Gdańsk (6 pkt.)
  • 8 .Wisła Płock (5 pkt.)

Wisła Kraków - Legia. Marcin Jałocha: Te słowa Mączyńskiego były niepotrzebne

- Krzysiek Mączyński po części sam jest sobie winien. Niepotrzebnie mówił o swoim przywiązaniu do Wisły i o tym, że nigdy nie zagra w Legii. Wiem, że na trybunach będzie w niedzielę gorąco, ale liczę na to, iż kibice nie przekroczą pewnych granic - mówi w rozmowie z Interią Marcin Jałocha, były piłkarz Wisły i Legii.

Zapraszamy na relację na żywo z meczu Wisła Kraków - Legia Warszawa!

Reklama

Relację można również śledzić na urządzeniach mobilnych

Krzysztof Oliwa, Interia: Wszystkie bilety na mecz Wisła Kraków - Legia Warszawa są już wyprzedane. Czy pod Wawelem czuć już atmosferę niedzielnego szlagieru LOTTO Ekstraklasy?

Marcin Jałocha (były piłkarz Wisły i Legii): - Jeszcze nie za bardzo, choć faktycznie kibice trochę oszaleli na punkcie tego meczu. Fajnie, że stadion będzie pełen, klub trochę zarobi pieniędzy. Ale osobiście żałuję, że zabraknie fanów Legii (kibice z Warszawy mają zakaz wyjazdowy - przyp. red.), bo to zawsze lepiej wpływa na widowisko.

Legia jest aż takim magnesem? Czy lepsza frekwencja to rezultat niezłej gry Wisły w tym sezonie i dobrego meczu w poprzedniej kolejce we Wrocławiu?

- Jedno i drugie. Gdyby niedzielny mecz był z Koroną, Jagiellonią czy Lechią to pewnie nie byłoby takiego pospolitego ruszenia. Rzadko na stadion przy Reymonta przychodzi ponad 20 tysięcy kibiców. Na pewno swoje robi też to, że kibice chcą "przywitać" jednego  z piłkarzy Legii.

Ma pan na myśli Krzysztofa Mączyńskiego, który latem zamienił Kraków na Warszawę. Da sobie radę z tak dużą presją trybun?

- Uważam, że tak. Rozmawiałem z nim w czasie, gdy zmieniał Wisłę na Legię. Na pewno nie był zadowolony z całej otoczki, która towarzyszyła temu transferowi. Kibice w Krakowie mają do niego pretensje, ale po części sam jest sobie winien. Niepotrzebnie mówił kilka miesięcy wcześniej, że na pewno nie zagra w Legii. Osobiście życzyłbym sobie, żeby wypadł na Reymonta bardzo dobrze i zagrał co najmniej tak jak w poprzednim spotkaniu kadry z Czarnogórą.

Inny wychowanek Wisły Łukasz Surma, który do Legii trafił przez grę w Ruchu, też w Krakowie miał mocno pod górkę. Do dziś w pamięci kibiców jest transparent z podobizną Surmy i napisem - "Poszukiwany żywy lub martwy".

- Dla Mączyńskiego kibice na pewno przygotują coś specjalnego, ale chciałbym, żeby było to bardziej śmieszne niż przerażające. Można się nie lubić, ale jakieś granice muszą zostać zachowane.

O presji trybun przy Reymonta przekonał się kiedyś bardzo mocno Emilian Dolha. W pierwszym meczu, którym grał w barwach Lecha w Krakowie puścił aż cztery gole i został zmieniony w przerwie.

- Tutaj raczej tak nie będzie, bo Krzysiek gra w innej strefie boiska. Dolha jako bramkarz miał wtedy faktycznie podwójnie ciężko, bo jeszcze bronił, mając za plecami "Sektor X", gdzie zasiadają najbardziej fanatyczni kibice. Mączyński występuje w środku pomocy, więc ciężko spodziewać się, że zawali jakąś akcję, po której padnie gol dla Wisły. Ale może gdy będzie pod bramką krakowian to noga mu zadrżeć.

Jest pan jednym z nielicznych piłkarzy, którzy występowali w Wiśle i Legii. Jak to się stało, że pana przenosi spod Wawelu do stolicy przebiegły praktycznie bezboleśnie?

- Inne były czasy. Nikt nie miał Facebooka ani Twittera (śmiech), w ogóle praktycznie nie było dostępu do internetu czy telefonów. Moje odejście przyjęto ze zrozumieniem, bo Wisła naprawdę potrzebowała wtedy tych pieniędzy. Myślę, że gdyby nie wypowiedź Mączyńskiego, że na pewno nie zagra w Legii, kibice z większym zrozumieniem podeszliby do jego transferu. Mączyński był pożytecznym piłkarzem, bardzo solidnym, miał odpowiednie umiejętności, ale nie gwarantował goli czy zwycięstw. Trzeba też pamiętać, że Wisła sama zgodziła się go sprzedać do Legii. Krakowianie mogli przecież zablokować transfer, bo Mączyński miał jeszcze ważny kontrakt. Ale pieniądze z jego transferu były potrzebne klubowi. Do tego innych ofert brakowało. A sam piłkarz też liczył na większy kontrakt i możliwość gry w europejskich pucharach. Choć akurat w tym drugim aspekcie mocno się przejechał, bo Legia szybko odpadła zarówno z eliminacji Ligi Mistrzów jak i Ligi Europy.

Jeszcze niedawno mówiło się, że gdy polski klub awansuje do Ligi Mistrzów, to szybko odskoczy od reszty ligowych drużyn na lata świetlne. Dlaczego tak się nie stało w przypadku Legii?

- Moim zdaniem zdecydowała sprzedaż Vadisa Odjidji-Ofoe. To było klasyczne strzelenie sobie samobója. Szefowie Legii powinni porozmawiać z nim, dać podwyżkę i w następnym sezonie pozwolić odejść za darmo. W efekcie zarobili na nim 2 miliony euro, a w samej Lidze Mistrzów zarobiliby dziesięć razy tyle. Borussia Dortmund nie sprzedała Roberta Lewandowskiego, wiedząc, że niedługo odejdzie, bo był dla nich niezbędny. Taki ruch się opłacił, bo BVB zarobiło krocie w Champions League. W Legii wyszli z innego założenia, choć dla mnie to było absurdalne posunięcie. Ale życzę legionistom, żeby szybko wyszli na prostą, bo ich silna Legia jest potrzeba polskiej piłce. Gołym okiem widać jednak, że coś tam poszło nie tak.

W Warszawie jest już nowy trener. Wychwalany pod niebiosa Jacek Magiera został zwolniony, a zastąpił go Romeo Jozak, szkoleniowiec bez żadnego doświadczenia w pracy z seniorami.

- Też byłem zdziwiony takim obrotem spraw. Patrząc szerzej na Ekstraklasę, pierwszą czy drugą ligę, to gołym okiem widać, że za łatwo dostają szansę trenerzy z zagranicy. Zresztą w Wiśle jest podobnie, bo przecież trenerem jest Kiko Ramirez, który wcześniej pracował w III lidze hiszpańskiej. Za bardzo psioczymy na naszych szkoleniowców. W przypadku polskich trenerów karuzela jest niesamowita. Szczerze wątpię, że gdyby np. Nenad Bjelica miał polski paszport, to utrzymałby pracę pomimo przegrania Pucharu Polski i słabego występu w europejskich pucharach. Nie umniejszam nikomu umiejętności, ale przecież nie przychodzą do nas szkoleniowcy z najwyższej półki tylko średniacy. Tak samo zresztą jest z ogromną liczbą obcokrajowców. Wracając do Jozaka to uważam, że nie ma drugiego kraju, żeby dyrektor sportowy akademii z drugiego końca Europy z dnia na dzień obejmował najlepszą drużynę danej ligi ostatnich lat.

Jozak miał też delikatnie mówiąc średni początek w Legii. Mowa tutaj nie tylko o wynikach, ale także o jego wypowiedziach. Po przegranej z Lechem powiedział na konferencji prasowej, że jego piłkarze grali jak panienki.

- On trenował do tej pory tylko młodzieżowców. Gdyby powiedział takie słowa juniorom, to faktycznie mogłyby one wpłynąć na dobry grunt. Młodzi piłkarze szybko zorientowaliby się, że zostani skarceni i muszą wziąć się w garść, jeśli marzy im się zawodowe uprawianie futbolu. Tutaj jednak ma do czynienia z profesjonalistami, reprezentantami krajów. To niedopuszczalne.

Niedopuszczalne było też zachowanie kibiców po spotkaniu z Lechem i reakcja samej Legii. Zawodnicy zostali pobici, a wszyscy przeszli nad tym do porządku dziennego.

- To na pewno siedzi i będzie siedzieć piłkarzom w głowie, choć nie sądzę, żeby obawiali, iż w razie porażki w Krakowie, fani znów "powitają" ich w ten sam sposób jak po przegranej w Poznaniu. Gołym okiem widać, że coś poszło nie tak w przygotowaniach drużyny. Legioniści bardzo słabo biegają. Rzucało się to w oczy zwłaszcza w występach w eliminacjach Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej. Taktycznie wygląda to nieźle, ale brakuje dynamiki. Jeśli Jozakowi uda się przywrócić im świeżość, to Legia dość szybko wróci do formy.

Niektórzy mają już dość. Dominik Nagy, który miał być jednym z liderów Legii, jasno powiedział, że chce odejść. Za karę został odesłany do rezerw.

- To młody zawodnik. Pierwszy raz występuje zagranicą. Trener powinien z nim porozmawiać. Szkoleniowiec musi wyczuć, kiedy jest moment na rozmowę, kiedy na ostrzejszy trening i kiedy na zesłanie do rezerw. Ten ostatni scenariusz to najłatwiejsza droga, choć wcale nie najlepsza. Być może podziała to na Nagy’ego jak terapia szokowa. To bardzo dobry młody piłkarz, sezon jest długi i będzie potrzebny Legii.

Kto jest faworytem niedzielnego meczu?

- Dla mnie jest to Wisła, ale Legię stać na to, żeby wygrać przy Reymonta. Wydaje mi się, że wynik "zakręci" się około remisu, a kto strzeli jako pierwszy gola ten wygra.

Wisła nie potrafiła pokonać bramkarza Legii w meczach u siebie od 2013 roku...

- Ale teraz ma Carlitosa (śmiech). Z zaciągu zagranicznych piłkarzy, których większość okazuje się być przeciętna, on zdecydowanie się wyróżnia. Widać, że ma w sobie to coś. Rzuca się w oczy smykałką do strzelenia goli, ma niezłe uderzenie z obu nóg, do tego drybling i balans ciałem. Pozostałych piłkarzy przerasta o klasę. Jeśli miałbym podpowiedzieć legionistom, jak go zatrzymać to na pewno trzeba być bardzo uważnym w kryciu. Nie można zostawić mu za dużo swobody, bo potrafi zrobić świetny balans ciałem i praktycznie z miejsca zyskać przewagę nad obrońcą.

Do tej pory strzelił już dziewięć bramek. Czy Wiśle uda się go zatrzymać?

- To na pewno będzie spore wyzwanie. Jeśli zostanie w Krakowie przynajmniej do czerwca, to działaczom należeć się będą brawa. Gdy utrzyma strzelecką formę, to oferty z pewnością się pojawią. Być może do klubu wpłynie też taka nie do odrzucenia...

Byleby tylko nie z Legii, bo przy Reymonta stracą kolejnego idola!

- Nie ma na to szans (śmiech). Warszawianom koło nosa przeszły gigantyczne pieniądze za strat europejskich pucharach. Nie sądzę, aby było ich stać na niego.

Rozmawiał Krzysztof Oliwa

Wyniki, terminarz i tabela Ekstraklasy

Dowiedz się więcej na temat: Wisła Kraków | Legia Warszawa | Krzysztof Mączyński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje