Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (18 pkt.)
  • 2 .Śląsk Wrocław (14 pkt.)
  • 3 .Pogoń Szczecin (13 pkt.)
  • 4 .Lechia Gdańsk (13 pkt.)
  • 5 .Zagłębie Lubin (12 pkt.)
  • 6 .Raków Częstochowa (11 pkt.)
  • 7 .Wisła Kraków (11 pkt.)
  • 8 .Wisła Płock (10 pkt.)

Wisła Kraków. Kosowski: Byliśmy pokoleniem utracjuszy

- Znam ludzi czerpiących wzorce z postaci wykreowanych w telewizji. Takich, którzy ładnie opowiadają, ale nie do końca są prawdziwi. Ja opieram się na własnych przeżyciach. Jeśli czegoś się nauczyłem, to na własnych porażkach, a było takich kilka i to dość poważnych - powiedział nam Kamil Kosowski w drugiej części wywiadu "Jasna strona Białej Gwiazdy".

Michał Białoński, Interia: Twoje pokolenie piłkarzy urodzonych w latach 1975-1980 mogło chyba więcej osiągnąć?

Kamil Kosowski, były piłkarz Wisły i reprezentacji Polski: Jak patrzę z perspektywy, to dochodzę do wniosku, że jesteśmy trochę pokoleniem utracjuszy. W reprezentacji młodzieżowej mieliśmy skład niezły: Maciek Terlecki, Marcin Szulik, Marcin Baszczyński, Arek Głowacki, Arek Radomski, Kubik, który w Belgii trochę pograł. Nasze potencjały były znacznie większe niż to, co osiągnęliśmy. Przecież w młodzieżówce ogrywaliśmy Anglików. Byliśmy jednak generacją trochę jednak mało profesjonalną, gdzieś to się rozbiło. Tomek Dawidowski, Grzegorz Król - znamy te historie. Nie wbiliśmy się w dobry czas.

Reklama

Wywiadem dla kolorowego magazynu, gdzie zdradziłeś, że z kolegami w Wiśle nie stroniliście od alkoholu, wzbudziłeś sporą sensację.

- Na pewno nie zalewaliśmy się w trupa, ale czasy były mocno rozrywkowe. Być może dlatego, że na boisku było dobrze i wiedzieliśmy, że i tak wygramy?

Gdybyśmy mieli porównywać nasze prowadzenie się, pilnowanie przez menedżerów, dietetyków do tego, jakie ma dzisiejsza młodzież, to jest inny świat. Teraz w wieku 16 lat piłkarz wie jak jeść, jak spać, stara się poznać co najmniej jeden obcy język. Tylko nie zawsze potrafi grać w piłkę. Gdyby porównać poziomy sportowe obecnego pokolenia do tego naszego, to jednak dzisiejsza młodzież odbiega. Złotym środkiem byłoby kolejne pokolenie utalentowane piłkarsko jak nasze roczniki 1976-1980, byle się wychowało i na chwilę w zostało w Polsce, pomogło wybić się naszym klubom.

Ty, Maciek Żurawski, Maciek Stolarczyk i Marcin Baszczyński słynęliście z oryginalnych ubiorów, niczym kreatorzy mody. Długie, czarne płaszcze skórzane, twoje czarne bmw i Eminem na cały regulator - to był wasz styl.

- Gdy patrzę na zdjęcia z tamtych czasów, to naprawdę jest "grubo". Zwłaszcza "Stolar", ale później wszystkich przebił Radek Majdan. Jest kupa śmiechu. Ja przeszedłem przez wszystkie kolory tęczy, a skończyłem na szarościach, czerniach i bieli. Dobre jest to w tym wszystkim, że to było autentyczne. Moje niepowodzenia i powodzenia, moje własne doświadczenia.

Znam ludzi czerpiących wzorce z postaci wykreowanych w telewizji. Takich, którzy ładnie opowiadają, ale nie do końca są prawdziwi. Ja opieram się na własnych przeżyciach, Jeśli czegoś się nauczyłem, to na własnych porażkach, a było takich kilka i to dość poważnych. Wydaje mi się, że jeżeli zbierać doświadczenia, to na swoich błędach, choć i uczyć się na potknięciach innych.

Nie myślałeś, aby realizować się jako kreator mody, jak to robi producent własnej marki garniturów Grzegorz Krychowiak?

- Grzegorz ma dobry styl. Wyniósł go z Francji. Pamiętam grającego tam Jacka Bąka. Przyjeżdżał na zgrupowania w niezłych "tematach". By działać w tej branży trzeba mieć pieniążki i dobrego krawca. Nazwisko, od którego ludzie kupią.

Moją pasją jest wędkarstwo spinningowe, w tej dziedzinie mam się czym pochwalić.

Ta pasja połączyła was z Mirkiem Klose, który dobrze cię wspomina w swej biografii.

- Mirek odziedziczył talent po tacie. Poznałem go, gdy miał mocną pozycję, status gwiazdy w FC Kaiserslautern. Cieszył się, gdy przyszedłem do klubu, oglądał mecze Wisły w europejskich pucharach. Ale nie wiem czy ja sobie tego za bardzo do głowy nie wziąłem, bo koniecznie chciałem, żeby strzelał bramki po moich podaniach. I te zagrania były albo za długie, albo za krótkie. Jak sobie teraz przypomnę, naprawdę łatwe piłki do zagrania, a czasami je psułem. Mircio był bardzo pomocny w wejściu do zespołu, po polsku mówił też Lokvenc. Z drugiej strony, nie rozwijało to we mnie chęci do nauki języka. Szatnia była jak wieża Babel. Kilkanaście narodowości: Grek, Czech, Bułgar, Chato z Kamerunu, Fin, Chorwat. Niesamowita mieszanka.

Z Mirkiem spotykaliśmy się, mieliśmy wspólnych znajomych. Mirek wrócił do Niemiec, ale jest "na Bayerach". Po przejściu do Monachium postawił dom i tam mieszkają z Sylwią i dziećmi. Mieliśmy fajny czas, jeździł po naukę łowienia ryb. Było dobre miejsce niedaleko jego wioski. Stary kamieniołom. Z ciekawostek powiem, że ostatnio, sprzątając garaż, znalazłem klucz do tego kamieniołomu. Wysłałem zdjęcie do Mircia, z zapytaniem, czy wie co to jest. Od razu, po minucie, odpowiedział w języku polskim pisanym, z jednym małym błędem, że to jest klucz od "haszba", gdzie razem spędzaliśmy czas, wędkując.

Twoje kontakty z prezesem Cupiałem były chyba zbyt rzadkie. Rozmawialiście raz podczas klubowej wigilii i gdy próbowałeś wyjaśnić, że grasz bez kontraktu, od razu pojawili się aniołowie stróżowie z zarządu. Jak prezes reagował na twoje słowa?

- Dochodziły do prezesa troszeczkę zniekształcone przez kogoś, kto miał to przekazać. Nie chcę nikogo oskarżać, natomiast patrząc na to, jak toczyły się nasze losy, moje i moich kolegów, którzy musieli odejść z Wisły, bo nie dogadywali się co do kontraktów, a później na ich miejscu oglądaliśmy na boisku piłkarzy, którzy przychodzili z zagranicy, nie zawsze piłkarzy lepszych, a zarabiających co najmniej dwa razy więcej, to mogliśmy się czuć pokrzywdzeni albo niedowartościowani.

My kochaliśmy Wisłę i już nie mówię tylko o grze w piłce, jej herb dla nas wszystkich coś znaczył i znaczy do dziś. Jak patrzę na nasze losy, przebiegi karier, na to czy prezes lub jego otoczenie pozwalali nam się rozwijać, czy wręcz przeciwnie - nie pozwalali się nam rozwijać, bo wiemy, że świetne propozycje mieli "Franek", "Żuraw", Kalu Uche, i "Szymek", właściwie wszyscy mieliśmy świetne oferty, a jednak gdzieś po drodze tematy tych transferów upadały. Nie szło za tym wzmocnienie klubu.

Tak myślę, że gdybyś dziś porozmawiał z prezesem Cupiałem i zapytał: "Prezesie, czy nie warto by do tych stu ‘baniek’ dołożyć jeszcze pięć i zatrzymać tych chłopaków jeszcze na rok", to wydaje mi się, że tutaj nie byłoby żadnego problemu i prezes, patrząc na przebieg tych wszystkich lat, doszedłby sam do wniosku, że ta drużyna powinno zostać utrzymana, a nawet wzmocniona i atakować Ligę Mistrzów.

10 grudnia 2002 r. i legendarny rewanż z Schalke. Nie jechaliście tam w roli faworyta. Kilka dni wcześniej Schalke zagrało ciężki mecz z dogrywką, przeciw Werderowi, w Pucharze Niemiec i niewiele wskazywało na to, że będziecie w stanie powalić Niemców w tak imponującym stylu.

- Przypominam sobie ten czas. Nie wiem czy tego meczu z Werderem nie oglądaliśmy, ja na nim usnąłem. Faworyt, strzelili gola na wyjeździe, nie przegrali, więc pozostała formalność. Któryś z dziennikarzy pytał mnie o ten mecz z Werderem. Powiedziałem, że Schalke jest nudne i ja usnąłem na tym meczu. Stąd się wzięło oburzenie w szeregach Schalke i oburzenie ówczesnego menedżera pana Asauera: "Ktoś tam z Krakowa mówi takie rzeczy o Schalke?!" . Ale rewanż potwierdzał to, że jeżeli ktoś nam pozwolił grać, to my to potrafiliśmy wykorzystać.

Grało się wyśmienicie: piękny stadion, boisko, jak pamiętam, nie było perfekcyjnie przygotowane, ale przyjemnie było ogrywać piłkarzy z dużo mocniejszej ligi niż polska, zarabiający niebotyczne kwoty. My się cieszyliśmy piłką, zresztą to było widać na boisku, wystarczy spojrzeć na naszą radość po zdobyciu bramki. O to w tym wszystkim chodzi, to są momenty, które zatrzymujesz sobie na całe życie.



Gdy w 89. minucie ustaliłeś wynik na 1-4, to cała Arena auf Schalke była w szoku.

- Chyba już po golu na 1-3 większość ludzi wyszła. Przy tej na 1-4 80 procent roboty wykonał "Szymek". Na sukces w tym meczu pracował zresztą cały zespół. Pojechaliśmy tam trochę przestraszeni, ale przy pierwszej okazji Żuraw strzelił na 0-1, wyrównał Tomek Hajto. Angelo Hugues dostał gola pod ręką, na bliższy słupek. Nie wiedzieliśmy co będzie, ale stały fragment gry dał nam drugiego gola.

Kalu Uche zawisł w powietrzu.

- To mi powtarzał właśnie w Kaiserslautern trener Gerets: "Ustaw piłkę i podaj tak jak do Uche w meczu z Schalke". To była moja rola w Kaiserslautern, tylko że FCK nie przypominało w żadnym aspekcie Wisły Kraków. Jakby na to nie patrzyć, z całym szacunkiem dla wszystkich, którzy tam byli. Ani nie był to kolektyw, ani zespół, który się świetnie rozumiał, nie grzeszył też polotem i fantazją. My to wszystko mieliśmy w Wiśle.

Wymień trzy najlepsze mecze w Wiśle. Ten rewanż z Schalke i które jeszcze?

- Mecz z Parmą był lepszy w moim wykonaniu i nie chodzi mi tylko o strzeloną bramkę, bo tu pomogła murawa. Perfekcyjnego meczu nie zagrałem. Strzeliłem najlepszą bramkę w Lidze Mistrzów w meczu z Porto. Szkoda tylko, że na rozgrzewce - to taki akcent humorystyczny. Nie pamiętam meczu, w którym czułem się spełniony. Ktoś ostatnio przysłał mi akcję z meczu, jaki w Jaworznie graliśmy przeciw Szczakowiance. Fajny atak: wziąłem piłkę na szesnastce, Żuraw zakończył go bramką. Musiałbyś zrobić sondę, żeby kibice wybrali mój najlepszy mecz w karierze.

Porozmawiajmy trochę o "Kosie"-biznesmenie. Pączkarnia bardzo zajmuje ci głowę? Skąd pomysł na nią?

- Na początku była bardzo duża niewiadoma. Mam kumpla, który rozkręcił taki biznes, on podrzucił mi pomysł. Gdy powiedziałem o tym żonie Roksanie, to ona się złapała za głowę. Faktycznie można się zdziwić: "Były piłkarz chce sprzedawać pączki?". Rzeczywiście, pomysł dość karkołomny, głównie ze względu na lokalizację. Te najlepsze były już zajęte. W deszczowy dzień miałem jechać z synami do Kędzierzyna-Koźla, by zwiedzić ryneczek, ale było wstrętnie, deszczowo, więc wybraliśmy się do Bielska-Białej. Syn Antek mówi: "Tata, ja znajdę ten lokal". Pobiegł przodem, wszedł na ulicę i mówi: "Jest!". W zasadzie nie dowierzałem, że coś takiego może się zdarzyć. W Bielsku, na głównym deptaku był lokal, po banku. Przekształciliśmy go i było otwarcie. Konkurencja też była.

Ale wykosiliście ją, jak na "Kosę" przystało?

- To podobnie jak na boisku: jakość się po prostu obroni, plus ciężka praca, bo trzeba było się tego nauczyć. Ja się lubię uczyć. Nie jestem z tych, co mają, albo udają, że mają nie wiadomo co na kontach i mogą leżeć do góry brzuchem. Przede wszystkim nie potrafię leżeć do góry brzuchem. Chciałem pracować w jakimś klubie, ale moje oczekiwania rozjechały się z rzeczywistością. Nie było zainteresowanych. Być może ze względu na mój charakter i to, że nie oszczędzam języka, mówię prawdę. Na dziś mamy dwa punkty: Katowice i Bielsko. Poza tym budujemy domy. Jest co robić. Synowie dorastają. Jak pytałeś wcześniej o trenerkę, ja nie widzę opcji, żeby nie być przy nich.

Różne pasje i atrakcje są w życiu, ale rodzina najważniejsza?

- Tak mi się wydaje, że w dzisiejszych czasach dla dzieci najważniejsze są nie pieniądze, nie zabawki, ale czas rodzica. Kiedy się je wspólnie lody i ogląda film w telewizji.

Czego życzysz kibicom Wisły na 2020 rok?

- Nie życzę im widowiskowych zwycięstw po 4-0, bo to bywa złudne. Wolałbym, żeby Wisła grała jak Inter za Jose Mourinho. Remisowała i wygrywała po jeden zerko. By na końcu wszyscy mogli to utrzymanie świętować w Ekstraklasie. Zobacz, jakie czasy nastały. Teraz kibice będą świętować ewentualne utrzymanie, a jeszcze nie tak dawno Rynek Główny zapełniał się fanami do granic możliwości, po mistrzostwach.

Posłuchaj "Jasnej strony Białej Gwiazdy" z "Kosą":


Rozmawiał: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama