Wisła Kraków. Do walki o mistrzostwo Polski brakuje niewiele

W meczu z Legią Wisła pokazała niedowiarkom, że gdyby jej sytuacja finansowa uległa normalizacji, to śmiało mogłaby zostać mistrzem Polski. Nie brakuje jej wiele – regularnych wypłat i minimalnie szerszej ławki.

Im mocniej wieje im wiatr w oczy, tym lepiej prezentuje się "Biała Gwiazda". Występy ekipy Macieja Stolarczyka są odwrotnie proporcjonalne do kondycji finansowej klubu.

Reklama

Na kilka dni przed wyjazdem do Warszawy mogli się ucieszyć: na kontra wpłynęły wypłaty. Za pierwszą połowę czerwca. Nikomu do głowy jednak nie przyjdzie, by złożyć pisemne ponaglenie o zapłatę, czy wniosek o rozwiązanie kontraktu z winy pracodawcy.

- Dla mnie najważniejsze, że mamy dobrą atmosferę, chcę zostać dalej w Wiśle - podkreśla na każdym kroku choćby Zdenek Ondraszek, którego umowa wygasa z końcem roku.

Wielkie powroty do meczu w meczach z Lechem i Lechią nie były wypadkiem przy pracy. Stają się regułą. W Warszawie krakowianie również przegrywali 0-2, nie istnieli w I połowie, by w mgnieniu oka odwrócić losy rywalizacji i omal nie wygrać.

- Trener wpoił nam zasadę, że my mamy robić swoje bez względu na to, czy rywal po drodze nie strzeli nam kilku goli - zdradzał Ondraszek.

 - Kto wypowiedział to najważniejsze zdanie w szatni przed drugą połowę? Kierowca - Maciej Stolarczyk, choć ciąży na nim spora presja imponuje luzem i dystansem do siebie.

Symbolicznym obrazkiem był ten, gdy trener Wisły o mały włos nie chwycił się za łby z Ricardem Sa Pinto z Legii. Sędzia techniczny Krzysztof Jakubik stworzył naturalną ścianę odgradzającą krewkich trenerów, ale nawet to by nie pomogło, gdyby w gorącej chwili Stolarczyka nie odciągnęli Radosław Sobolewski i Mariusz Jop. Tak właśnie działa sztab - praca zespołowa: wspólnie przygotowujemy zespół, wydostajemy się z opresji. Swoją drogą, czy ci, którzy pamiętają z boiska raptownego "Sobola" pomyśleliby, że w 2018 roku będzie działał uspokajająco na pierwszego trenera.

Zespół szkoleniowy to nie tylko starzy znajomi z boiska: Stolarczyk, Jop i Sobolewski. Nie można zapominać o nestorze Kazimierzu Kmieciku, który czuwa nad formą napastników i o Arturze Łaciaku, odpowiadającym za bramkarzy.

Ci ludzie doprowadzają do tego, że w hicie kolejki nie widzieliśmy różnicy między zespołem zbudowanym za grube miliony, trenowanym przez klasowego, sowicie opłacanego fachowca z zagranicy a tym z klubu ledwie wiążącego koniec z końcem, pod wodzą trenera z akademii w Białej Podlaskiej, a jeśli już ją dostrzegaliśmy, to na korzyść kopciuszka.

Z pewnością Wisła potrzebuje nie tylko stabilizacji finansowej, ale też kilku mądrych ruchów kadrowych. Po wypożyczeniu Patryka Małeckiego do Spartaka Trnawa jedynym rasowym skrzydłowym pozostaje Martin Kosztal, na drugiej stronie operuje Rafał Boguski, który większość kariery spędził w ataku, bądź na środku pomocy. Na odkurzenie liczy zapewne Jakub Bartosz. Nie lepiej jest z napastnikami: Zdenek Ondraszek się zaciął, jego kontrakt wygasa za dwa miesiące, Marko Kolar nie tylko jeszcze nie odpalił, to jeszcze złapał uraz, a Paweł Brożek w wieku 35 lat nadaje się świetnie do roli dżokera, ale nie do tyrania przez 90 minut.

Komfort dwóch wartościowych zawodników na jedno miejsce "Biała Gwiazda" ma z pewnością na bramce. Michał Buchalik jest w życiowej formie, ale jest zmuszony czekać na szansę, bo Mateusz Lis robi postępy, imponuje refleksem i rokuje, że wkrótce klub odzyska zainwestowane na zakupienie bramkarza 500 tys. zł.

Dyrektorowi sportowemu Arkadiuszowi Głowackiemu nie trzeba tych potrzeb kadrowych tłumaczyć. On zna je na pamięć. Ale z próżnego to nawet Salomon, a w tym wypadku "Głowa" nie naleje.



Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Zdenek Ondraszek | Wisła Kraków | Maciej Stolarczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje