Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (24 pkt.)
  • 2 .Lechia Gdańsk (22 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (21 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (19 pkt.)
  • 5 .Śląsk Wrocław (17 pkt.)
  • 6 .Cracovia (16 pkt.)
  • 7 .Jagiellonia Białystok (16 pkt.)
  • 8 .Stal Mielec (15 pkt.)

Wisła Kraków. Bisztyga: Wóz albo przewóz "Białej Gwiazdy"

- Teraz jest wóz albo przewóz. Albo piłkarska Wisła zostanie uratowana na dobre, albo padnie. Niestety, cały czas mam wrażenie, że ktoś jest zainteresowany jej upadkiem. Niech mnie wyprowadzą z tego przekonania i zamiast rzucać kłody pod nogi ratownikom, zaczną pomagać. Ja zakładam, że z trenerem Skowronkiem Wisła się utrzyma. Muszą jednak zapaść decyzje właścicielskie, ale nie na zasadzie: "Utrzymaliście się, to teraz wypad, bo my mamy jednak inny pomysł na prowadzenie spółki". To jest najgorsze, co się może wydarzyć! - alarmuje w rozmowie z Interią Stanisław Bisztyga były członek RN Wisły SA i długoletni członek Rady TS Wisła.

Michał Białoński, Interia: Żywo interesuje się pan bieżącymi problemami Wisły. Jaka jest pańska diagnoza wojny w wiślackiej rodzinie, braku porozumienia między Towarzystwem Sportowym a Spółką Akcyjną? Jak ten konflikt wygląda okiem długoletniego członka Rady TS Wisła?

Stanisław Bisztyga, były członek Rady Nadzorczej Wisły SA, wieloletni członek Rady TS Wisła: - Zacznę od tego, że w miniony czwartek miałem przyjemność uczestniczyć w fantastycznym spotkaniu Klubu Biznesu działającego przy spółce. Wzięło w nim udział około stu osób, atmosfera była fantastyczna. Pracownicy Wisły profesjonalnie przekazali, co chcą robić, podziękowali sponsorom i przyjaciołom. Zobaczyłem wielki entuzjazm. Zarówno po stronie młodych pracowników klubu, z panem Tomkiem Czwartkiewiczem na czele, jak i członków Klubu Biznesu. Pan Czwartkiewicz wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Ujmujące było też to, że w spotkaniu wzięło udział około 50 firm. Jeżeli nie da się mieć jednego Cupiała, czy Filipiaka, to trzeba mieć większą paletę sponsorów i przyjaciół. Teraz trzeba wszystko robić, żeby ich dopieszczać, podkreślać ich pomoc.

Reklama

Rozmawiałem z przedstawicielami niektórych firm. Czuli się bardzo wyróżnieni. Reprezentują różne dziedziny życia - od branży IT aż do firm budowlanych. Pełen przekrój z Małopolski i nie tylko. Był np. producent zegarków z Gdyni, który wpadł na ciekawy pomysł wypuszczenia limitowanej serii z herbem Wisły. Zamówiłem sobie egzemplarz z numerem "51", bo mój rok urodzenia to 1951.

W jakiej cenie Wisła sprzedawała te zegarki?

- Pierwszy, z numerem "23" (Pawła Brożka - przyp. red.) poszedł za pięć tysięcy złotych. Następne zegarki - "16" za 21 tys., a "1" został sprzedany za 17 tys. zł. Seria na razie jest limitowana, będzie tylko 114 zegarków, gdyż tyle lat ma Wisła. Podpowiedziałem producentowi, żeby później wyprodukował taki gadżet za 500-1000 zł, by ludzie mogli kupować jako np. prezent komunijny. Każdy kibic chciałby mieć taki zegarek, niekoniecznie z kolekcjonerskiej serii, byle z logotypem Wisły. Ja nabyłem sobie z numerem "51", bo jak kiedyś nie będę pamiętał, kiedy się urodziłem, to spojrzę na zegarek (śmiech).

Potencjału kibiców Wisły zgromadzonych w Klubie Biznesu nie wolno zmarnować. Na spotkaniu był Janusz Kozioł (pełnomocnik prezydenta Krakowa ds. sportu), z czego się bardzo ucieszyłem. Umówiłem się z nim zresztą na rozmowę. Mówię: "Janusz, tego nie można zmarnować, to trzeba wspierać".

Miasto jednak nie chce wesprzeć ratowników Wisły w takim stopniu, jak deklarowało to wobec Vanny Ly.

- Ja uważam, że jeżeli trójka gości: Błaszczykowski, Królewski i Jażdżyński będzie się trzymała razem, to jestem spokojny o przyszłość Wisły. Natomiast mam wrażenie, że pojawia się próba wsadzenia pomiędzy nich jakiegoś klina i to byłoby bardzo złe! Oni powinni działać razem, wespół z ich prezesem Obidzińskim. Powinni być wspierani.

Jeśli chodzi o Towarzystwo Sportowe, to zaniepokoiły mnie dwie rzeczy. Pierwsza, to brak opłatka wigilijnego, podczas którego finansowałem od lat nagrodę im. Jana Janowskiego. Trochę mi jest przykro, że zakończyła się przygoda z tą nagrodą. Dostawał ją albo dżudoka, albo gimnastyczka, czy bokser Andrzej Wawrzyk. Zwróciłem uwagę na brak spotkania opłatkowego prezesowi TS Rafałowi Wisłockiemu, podczas turnieju o Złotą Rękawicę Wisły.

I jaka była jego reakcja?

- Najpierw mi mówił, że jest problem ze znalezieniem terminów i inne tego typu rzeczy, zupełnie "z czapy". Ja im mówiłem, że jeżeli mają problem, to te cztery tys. zł bym przeznaczył nie na nagrodę, tylko na opłatek. Jego brak to jest zły znak.

Po drugie, mam takie wrażenie, że do Towarzystwa weszli ludzie, którzy bardziej chcą siebie zbudować na TS-ie niż coś do niego wniosą. Pomijam trenerów poszczególnych dyscyplin, którzy są znakomici, ale trener nic nie przyniesie do Wisły w sensie finansowym. On raczej bardzo chętnie by wziął na swoją sekcję i to jest zrozumiałe. Natomiast są w zarządzie TS ludzie, ich nazwisk nie wymienię, co do których miałem nadzieję, że coś przyniosą, znajdą jakiegoś sponsora, wymyślą dofinansowanie, a tutaj nic! Zobaczymy, może się jeszcze rozkręcą i coś wniosą, bo tak rozumiem aktywność osób zasiadających w zarządzie. Sam kiedyś byłem prezesem małych klubów - Dalin Myślenice i Zwierzyniecki, więc wiem jakie są oczekiwania od sterników. W klubach opartych na działalności społecznej tak samo wszystkie oczy są zwrócone na zarząd i prezesa, żeby coś do klubu przyniósł, załatwił, a nie tylko otwierał, fetował.

Czasem odnoszę wrażenie, że tych gości z Towarzystwa cieszy tylko to, że dzięki swej działalności załatwią sobie bilet na Lożę Prezydencką i koleżków sobie tam zaproszą. Ludzie, to nie tędy droga! Mam nadzieję, że zarząd TS-u otrzeźwieje i jakaś refleksja dla niego przyjdzie, bo ten rok pokazał, że Wisła SA zmierza we właściwym kierunku.

Jak rozmawiałem z Kubą Błaszczykowskim na opłatku Wisły SA, bo skoro nie zorganizowało spotkania przedświątecznego TS, to spółka go zrobiła i właśnie wtedy miałem przyjemność przeprowadzenia długiej rozmowy z Kubą, to zrobił on na mnie dobre wrażenie.

Co pan się dowiedział po tej rozmowie?

- Jakim cudem Kuba ma znaleźć poważnego sponsora, skoro ma umowę na prowadzenie interesów Wisły tylko na rok?! Jeśli wszystko zostanie ustabilizowane, to ratownicy znajdą sponsorów. I tak poczynili ogromy krok do przodu w porównaniu do tego, co było rok temu. Jest profesjonalna ekipa ludzi w Wiśle SA. Młodych ludzi, to jest fantastyczne. I z drugiej strony jest niemała ekipa sponsorów, która się zorganizowała. Wszystkich ich łączy Wisełka.

Tak samo Towarzystwo poczyniło dobry ruch podpisując umowę na 30 lat z panem Zbigniewem Gowinem i Bartłomiejem Gibałą. Raz, że potężne nazwiska, a dwa, mimo młodego wieku, goście już osiągnęli niemały sukces w biznesie. To świetny ruch, kibicuję im absolutnie. Być może TS znajdzie jeszcze sponsorów do koszykówki, natomiast piłka nożna musi żyć swoim życiem.

Jako jedyna powstała w 1906 roku.

- To nie jest tak, że jest jajko i kura. 1906 r. to piłka, a dopiero później powstały inne sekcje, więc prawo do herbu i nazwy bezwzględnie należy się również spółce. Tłumaczę kolegom z TS-u, że trzeba zrobić wszystko, aby najpierw spółka akcyjna stanęła na nogi. Jeżeli już do tego dojdzie, to ona nie zapomni  o Towarzystwie i pomoże innym sekcjom.

Prezes Wisłocki domaga się miejsca w radzie nadzorczej spółki dla przedstawiciela TS-u.

- OK, jak najbardziej, ale niech najpierw wszystkie sprawy zostaną uregulowane. Na razie nie jest nic załatwione, więc po co ten przedstawiciel TS-u w Radzie Nadzorczej spółki? Żeby następował przekaz informacji? To bez sensu! Oczywiście mówimy o społecznym członkostwie w radzie, jakie ja pełniłem za czasów pana Cupiała. Uważam, że musi nastąpić refleksja. Cały czas boję się jednego scenariusza...

Jakiego?

- Gdy patrzyłem na setkę ludzi z Klubu Biznesu Wisły SA, to nie sądzę, by którykolwiek z nich miał powiązania ze światkiem kibolskim. Im to jest do niczego niepotrzebne, mają swoje produkcje, swoją wizję. Odnoszę natomiast wrażenie, że w dalszym ciągu kibice mają swe macki w TS-ie. Jeżeli naprawdę gramy czysto, to trzeba uregulować wszystkie problemy na linii spółka - TS. Piłka musi stanąć na nogi i odzyskać stabilizację, a Towarzystwo musi żyć swoim życiem. Kiedyś pan Filipiak walnął pięścią w stół i powiedział: "Wykładam kasę, ale przejmuję piłkę Cracovii wraz z jej tradycją i historią". To było mądre. Tymczasem w wypadku Wisły ktoś nie dopilnował nazwy i praw do znaku firmowego, z tego bierze się kłopot. Można go rozwiązać, ale trzeba rozmawiać, a nie przekrzykiwać się.

Najgorszy scenariusz, który również trzeba brać pod uwagę, to bankructwo Wisły i czwarta liga. I wtedy, po pierwsze, nie będzie ratowników, bo nikt nie wyłoży swojej kasy, a po drugie, dojdzie do powrotu kiboli, znowu będą rządzić klubem.

Czyli scenariusz Zawiszy Bydgoszcz.

- Albo Widzewa Łódź.

TS wstrzymuje się od udzielenia praw do nazwy i herbu spółce, w obawie o zarzut niegospodarności, ale spółka proponuje zapłatę w barterze ponad milion złotych, by wejść w ten sposób w posiadanie 50 procent praw do nazwy i herbu. Wydaje się to być sensownym rozwiązaniem?

- Nie znam szczegółów negocjacji. Musi być silny nacisk stowarzyszenia Wisła Socios, środowiska prawdziwych kibiców na decydentów w Towarzystwie. Trzeba się puknąć w głowę i zastanowić czy lepiej mieć spółkę kierowaną przez obecne trio, czy nie mieć nic. Problemem jest jeszcze nieściągalny dług. Z tego co wiem, Tele-Fonika chce z niego zrezygnować. Żeby się nagle nie okazało, że Towarzystwo będzie chciało wystawić rachunek Wiśle SA, a jej już nie będzie, bo zbankrutuje.

Bardzo mnie to niepokoi, że ratownikom powierzono zarządzaniem piłką tylko na rok. Nie wierzę absolutnie w ani jedno słowo uzasadnienia, że to danie sobie czasu i szansy. To jest gra na zwłokę, obliczona na robicie tria i szukanie innego wariantu, bez warszawiaków (prezes Piotr Obidziński jest ze stolicy - przyp. red.), bez Błaszczykowskiego, a może z nim, tyle że w nowym układzie. Szukanie wariantu zastępczego nie wyjdzie nikomu na dobre.

A jeśli ci, którzy teraz inwestują w Wieczystą zechcą się zaangażować w Wisłę, to nie stoi nic na przeszkodzie, tylko jako uzupełnienie, czwarty do brydża.

Chodzi o Wojciecha Kwietnia, który sondował przejęcie Wisły zanim nadjechał Vanna Ly.

- Ależ zdecydowanie! Aż się prosi! Trzeba ich wszystkich zachęcać! Wieczystą bardzo lubię, Andrzej Iwan (dyrektor sportowy Wieczystej - przyp. red.)  to mój wielki przyjaciel, tylko żeby nie skończyło się tak jak z Groclinem czy Kolejarzem Stróże. Dopóki jest fajnie, bo jest kapitał, to idzie dobrze, ale nagle przestanie się powodzić, bo np. w biznesie się coś wydarzy. To jest wielki szyld: 1906 - Wisła Kraków. Tak jak Cracovia jest wielkim szyldem. Maleńczuk o Cracovii śpiewa: "Kochałem cię w okręgówce i w pierwszej lidze też". My Wisłę też kochaliśmy po spadku i będziemy ją kochać. Tylko wolałbym ją widzieć w Ekstraklasie. Atmosfera na trybunach jest fantastyczna, Skowronek to świetny trener, bardzo ciepło przyjęty, nawet entuzjastycznie. Czy ci sami ludzie z Klubu Biznesu będą chcieli zainwestować, gdy będzie inny zarząd, inny trener, inni decydenci w sportowej spółce? Nie! Przecież ci inwestorzy to są goście, których wymyślili ci, którzy teraz rządzą spółką! Jażdżyński, Królewski, Obidziński. Zresztą niektórzy spośród biznesmenów sami mi się do tego przyznali. To jest wielki kapitał, którego absolutnie nie można zmarnować.

Miasto też musi parę mądrych ruchów wykonać. Sądzę, że teraz będzie się łatwiej rozmawiało. Cały czas ze strony magistratu słyszałem: "Najpierw niech pokażą, co zrobili, a później będziemy rozmawiać". No to pokazali, więc pora na konkretne rozmowy. Nie za pośrednictwem mediów, bo to do niczego nie doprowadzi, tylko bezpośrednio.

Trzeba przyznać, że jak na tak niepewny los spółki, przez brak porozumienia z TS-em, ratownikom udało się poważnie wzmocnić zespół. Sprowadzili zimą aż pięciu piłkarzy.

  - A te transfery nie wzięły się z powietrza, tylko zgromadzono na nie niemałe środki. I to wszystko jest lege artis, na ludzkich warunkach. Samo by się to nie zrobiło, a Towarzystwo nie miałoby żadnych szans na transfery, dlatego najwyższa pora, aby się porozumieć. Do niedawna była taka sytuacja, w której mrówka dźwigała słonia, bo Towarzystwo próbowało prowadzić piłkarską spółkę i wiemy, jak to się skończyło.

Podkreślam - teraz jest wóz albo przewóz. Albo piłkarska Wisła zostanie uratowana na dobre, albo padnie. Niestety, cały czas mam wrażenie, że ktoś jest zainteresowany jej upadkiem. Niech mnie wyprowadzą z tego przekonania i zamiast rzucać kłody pod nogi ratownikom, zaczną pomagać. Ja zakładam, że z trenerem Skowronkiem Wisła się utrzyma. Muszą jednak zapaść decyzje właścicielskie, ale nie na zasadzie: "Utrzymaliście się, to teraz wypad, bo my mamy jednak inny pomysł na prowadzenie spółki". To jest najgorsze, co się może wydarzyć!

Piłkarzom kibicujemy, bo piłka była zawsze. Ona jest jak religia. Łączy wszystkich: czerwonych, zielonych, żółtych, białych. Na mecze przychodzą ci z SLD, PSL, PZPR, PO, PiS - wszystkie formacje są na trybunach. Na trybunach łączy ich piłka, Wisła, a nie polityka. Wszyscy się cieszą tak samo, jesteśmy wielką wiślacką rodziną.

Jak pan się zaraził Wisłą Kraków?

- Na jej mecze zacząłem chodzić oczywiście jeszcze na starym stadionie, w latach 70. XX wieku, gdy każdy mecz Wisełki przyciągał 30 tys. kibiców.

Dziś taka frekwencja jest nie do pomyślenia w całej lidze!

- Później, gdy pracowałem jako asystent na krakowskiej AWF uczyłem ś.p. Stasia Goneta, braci Szymanowskich. Dzięki znajomości z nimi dostawałem bilety na porządne sektory i z takich fetowałem mistrzostwo Polski w 1978 r. Znajomości z tamtego okresu pozostały do tej pory: Kapka, Kmiecik, Kusto, Nawałka, Iwan. Skład z tamtego okresu mogę wyrecytować w środku nocy, aczkolwiek Kawulę też pamiętam. Z Sarnatami - Ryszardem i Arturem przyjaźnimy się do dzisiaj, organizują świetne spotkania opłatkowe w Hotelu Europejskim.

Najbardziej pamiętam drugoligowe derby, których gospodarzem była Wisła. Trochę się spóźniłem, stanąłem z boku i szybko się zorientowałem, że jestem wśród kibiców Cracovii. Podchodzą do mnie dwa "byczki" i mówią: "Co ty k... jesteś? Kapuś? Drzyj się!". I musiałem krzyczeć z nimi: "’Kali, ch....!". Nagonka była na Grześka Kaliciaka.

Drugi epizod. Chciałem być elegancki. Derby na stadionie Wisły, podczas których wyrywali krzesełka plastikowe. Byłem mocno spóźniony, bo stałem w kolejce po bilety. Miałem trąbkę, szalik i czapeczkę w barwach Wisły. Widzę, że na trybunie od strony Błoń jest mało ludzi, roi się za to od policji, więc wchodzę tam. Podchodzi do mnie duży gość i mówi: "Ściągaj ch... tę szmatę". Policjant mówi na to: "Panie, gdzie się pan pcha? To jest wejście dla kibiców Cracovii. My pana nie obronimy". Takie miałem przygody w czasach, gdy piłkarze spotykali się w jednym miejscu z kibicami na wspólnym piwie. Teraz to nie do pomyślenia, bo każdy mówi innym językiem.

W okresie świetności Wisły, pod rządami Bogusława Cupiała, zasiadał pan w Radzie Nadzorczej.

- To były inne czasy, piłkarze zarabiali wtedy już naprawdę solidnie. Gdy podjeżdżałem pod stadion, to mi było wstyd parkować tam moim opelkiem. Dlatego stawałem zawsze dalej. Za czasów Heńka Kasperczaka i trochę późniejszych piłkarze podjeżdżali takimi autami, że aż strach! Nieśmiało zapytałem Zdzisia Kapki: "Ilu piłkarzy jest po studiach?". On tak na mnie spojrzał i odparł: "Co ty mówisz o studiach! Zapytaj, ilu ma maturę". Niestety, nie wszyscy się uczyli, tak jak to robili: Henio Maculewicz, czy Szymanowscy, Adamczyk, Gonet. Jeśli nie studiowali, to próbowali zdobyć jakieś zawody. Bez wykształcenia, po karierze zaczyna się dramat, gdy rodzi się pytanie: "Co dalej?". Chłopaki rozpędzają się w życiu i nie zawsze potrafią się zatrzymać. Do władzy, pieniędzy, pięknych kobiet, splendoru, sukcesów trzeba dorosnąć. Tymczasem goście idą w alkohol albo hazard, albo jedno i drugie, i później mamy ludzkie dramaty. Dlatego dobrze, że powstała przy PZPN-ie fundacja, która pomaga w przejściu na drugą stronę rzeki. Sam się kiedyś do niej dorzuciłem. Niektórzy spośród byłych słynnych piłkarzy są w dramatycznej sytuacji.


Rozmawiał: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje