Reklama

Reklama

To nie tak, że tonący "Kosy" się chwyta

Aż trudno się przyzwyczaić do tego, że najlepszy polski klub XXI wieku - Wisła Kraków wypadł z grona ligowych potentatów. W kontekście krakowian nie mówi się już o walce o puchary, mistrzostwo Polski, a raczej o przetrwanie finansowych kłopotów.

Aż trudno się przyzwyczaić do tego, że najlepszy polski klub XXI wieku - Wisła Kraków wypadł z grona ligowych potentatów. W kontekście krakowian nie mówi się już o walce o puchary, mistrzostwo Polski, a raczej o przetrwanie finansowych kłopotów.



Silnej "Białej Gwiazdy" brakuje nawet jej największym konkurentom. - Dysponująca niemałym potencjałem Wisła gdzieś się zaplątała na dole tabeli - mówił z niekłamaną troską trener Legii Jan Urban, poproszony o podsumowanie rundy jesiennej.

Przy Reymonta jest tak cienko, że klub jest zmuszony sprzedawać kogo się da (a da się już niewielu),  nawet poniżej jego realnej wartości - jak to na bessie bywa. Maor Melikson jest wart około dwóch milionów euro, ale po tym, co pokazała jesienią cała Wisła, udało się za niego zyskać tylko 950 tys. euro.

Reklama

Całe szczęście, są też dobre wiadomości dla fanów Wisły. Jest nią z pewnością powrót Kamila Kosowskiego. Ktoś może skomentować, że tonąca (w długach) Wisła brzytwy ("Kosy") się chwyta. Ale fakty są takie, że Kamil największe chwile chwały przeżywał w "Białej Gwieździe" i przy Reymonta jest jego miejsce. W wieku 36 lat pewnie nie będzie  motorem napędowym większości akcji przez pełne 90 minut, lecz "Kosa" jest i zawsze był dobrym duchem w szatni, a takie osoby z dobrym charakterem szczególnie są potrzebne w chwilach ciężkich, jakie właśnie przeżywa Wisła.

Po okresie 15 lat tłustych, na wiślaków spadły te chude. Przypadek "Kosy" dowodzi, że bieda uczy pokory. "Przykro mi, ale nie mamy dla Kamila Kosowskiego żadnej oferty" - ówczesny dyrektor sportowy Wisły Jacek Bednarz tymi słowy pięć lat temu ogłosił werdykt, jaki zapadł w gabinecie właściciela klubu Bogusława Cupiała. Teraz wiceprezes Bednarz z ochotą zatrudnia 36-latka Kamila i nie robi błędu.

Pięć lat temu "Kosa" miał podpaść szefowi wypowiedzią o tym, że to, co zarabia, starcza mu zaledwie na pampersy dla dziecka. Oliwy do ognia miała dolać krótka rozmowa Kamila z prezesem podczas klubowej wigilii.

Czy "Kosa" nie miał podstaw do takich słów? Zarabiał 7 tys. zł miesięcznie i to jeszcze pod warunkiem, że rada nadzorcza wypłaciła mu sto procent premii. Prezes Cupiał nie lubi jednak, gdy ktoś zbyt otwarcie dopomina się o swoje.

Efekt był taki, że w styczniu 2008 roku przy Reymonta postawiono szlaban na "Kosę", choć ten jesienią był liderem świetnie grającego zespołu. Chciał zarabiać 100 tys. euro, ale klub wolał pozyskać Wojciecha Łobodzińskiego z trzykrotnie większymi poborami, a także odpryskiem afery korupcyjnej, jaka się za "Łobo" przyplątała z Lubina.

Przystając na zatrudnienie "Kosy" prezes Cupiał posypał głowę popiołem, gdyż ma świadomość, iż odbudowa atmosfery w klubie to jedyna droga wyjścia z kłopotów, jeśli ta zakładająca potężne nakłady na transfery nie wchodzi w rachubę.

Prezesowi Cupiałowi i Wiśle całej życzyć wypada wytrwałości i konsekwencji. Głównie dzięki tym atrybutom Górnik Zabrze z wiślakiem Adamem Nawałką za sterami radzą sobie o wiele lepiej w ciężkich czasach, choć wpływy i budżet mają znacznie mniejsze niż "Biała Gwiazda". Finansowo Górnik mocarstwem nie jest już od dawna, a jednak dzięki wyławianiu i rozwijaniu talentów sportowo stoi dziś wyżej niż Wisła. Sęk w tym, że Nawałka pracuje w Zabrzu od trzech lat i nikt go nie zwalniał nawet w chwilach kryzysów. Przy Reymonta w tym okresie mieliśmy sześć zmian trenerskich, a gdyby klub był w lepszej kondycji finansowej, w grudniu doszłoby do siódmej.

Autor: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL