Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (27 pkt.)
  • 2 .Raków Częstochowa (24 pkt.)
  • 3 .Lechia Gdańsk (23 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (22 pkt.)
  • 5 .Śląsk Wrocław (20 pkt.)
  • 6 .Piast Gliwice (17 pkt.)
  • 7 .Cracovia (17 pkt.)
  • 8 .Radomiak (16 pkt.)

Franek. Prawdziwa historia "Łowcy Bramek" - recenzja książki

Szczerość, przyjaźń i inteligencja - te trzy piękne cechy sprawiły, że wywiad-rzeka Piotra Wołosika z Tomaszem Frankowskim stał się lekturą pasjonującą, którą skonsumujecie w dwa-trzy wieczory. Dla fanów Wisły to wręcz książka obowiązkowa.

Recenzja ta jest efektem porządków świątecznych. Winien ją byłem "Wołosowi", jak i "Frankowi" już dawno, postanowiłem więc odrobić zaległości.

Tomasz Frankowski, którego znam od 1999 r., to jeden z najbardziej błyskotliwych i jednocześnie świetnych polskich piłkarzy minionych 21 lat. Wywiady z nim, a przeprowadziłem ich dziesiątki, zawsze były przyjemnością. Wzorowa polszczyzna "Franka", sposób przekazu myśli, powodowały, że na dyktafonie miałeś gotowy materiał, który nie wymagał przeróbki. Red. Wołosik to z kolei autor z lekkim piórem, dobrym smakiem i niespotykanym poczuciem humoru, co w połączeniu z faktem, że z Frankowskim przyjaźni się od lat wczesnoszkolnych, czyni z "Prawdziwej historii ‘Łowcy Bramek’" hit na rynku książek sportowych w Polsce.

Reklama

Chcieli kupić remis. Awantura w basenie

Ta przyjaźń i porozumienie autora z bohaterem dały piorunujący efekt.

"Franek" nie boi się na przykład mówić o jedynej próbie ustawienia meczu z Amicą, z 23 maja 2001 r., jaką rozważało kilku piłkarzy Wisły. Warto nakreślić tło, którego nie ma w książce: ówczesny właściciel klubu Bogusław Cupiał nie chciał nawet słyszeć o matactwach. Gdy na początku jego inwestycji w klub Zdzisław Kapka przyszedł z wnioskiem o budżet na sędziów, jaki w drugiej połowie lat 90. XX wieku miał każdy szanujący się klub, Cupiał wyrzucił go z drzwiami. "Nie po to wydaję tyle na piłkarzy i tyle im płacę, by kupować jeszcze sędziów" - wprowadził prostą zasadę.

Przed meczem z Amicą Wronki, w 28. kolejce sezonu 2000/2001 jeden z piłkarzy "Białej Gwiazdy" wymyślił kupienie remisu.

- Sprawnie sobie przeliczył, że skoro mamy premię za mistrzostwo trzy miliony do podziału, to lepiej odżałować 200-300 tys. zł i dać piłkarzom Amiki za remis, który dawał nam mistrzostwo - wspomina Frankowski i ujawnia, że rozmowa została przeprowadzona w klubowym basenie-jacuzzi.

Intrygę przerwał bramkarz Maciej Szczęsny: "Trzeba być pierd...., żeby się bawić w takie rzeczy". Frankowski go poparł. Autor korupcyjnej intrygi odważył się skontaktować z wronczanami. Amica wygrała 2-1 po golu w ostatnich sekundach Maxwella Kalu. Próbę nieskutecznego ustawienia meczu opisał ś.p. Janusz Atlas i afera na całą Polskę była gotowa.

Nawałka zatrzymał autokar

Zresztą o próbie kupienia remisu dowiedział się jeszcze w drodze do Wronek ówczesny trener wiślaków Adam Nawałka. Na stacji w Radomsku zatrzymał klubowy autokar i ofuknął piłkarzy: "Co, wy kur..., coś załatwiacie?".

Nawałka wziął do spowiedzi najstarszego na pokładzie piłkarza - Ryszarda Czerwca.

- Nic trenerze, była luźna rozmowa. Nie ma tematu - padła odpowiedź.

Ostatecznie wiślacy nie potrzebowali mataczenia, by zapewnić sobie tytuł. W następnej kolejce, przy Łazienkowskiej, rozprawili się z Legią 2-1, a po meczu trener Nawałka dostał od pseudokibica warszawian cegłówką w głowę. Mimo początkowego oszołomienia (po ciosie leżał na ziemi) cieszył się z tytułu.

Z opowieści Tomka można wywnioskować, w jaki sposób Cupiał zbudował potęgę.

- Dobry system premiowania: za wygrane mecze piłkarze mieli do podziału po 200 tys. zł, ale za porażkę taką kwotę wpłacali do kasy klubu. Efekt był piorunujący: w rozgrywkach 1998/1999 prowadzona przez Franza Smudę ekipa znokautowała konkurencją. 23 mecze wygrała, tylko trzy przegrała, osiągnęła mistrzostwo Polski z 17-punktową przewagą nad wicemistrzem - Widzewem.

Co usłyszał Cupiał w telewizji?

- Piłkarze mieli rekordowe jak na Polskę kontrakty, na poziomie 60-80 tys. zł miesięcznie, ale gdy obniżyli swe loty, trafiali do zespołu rezerw, w którym zarobki wynosiły już jedynie 1500 zł.

Frankowski zdradza też Wołosikowi, że trzeci powrót Franza do Wisły to zasługa samych piłkarzy, którzy go do tego namawiali. "Franek" nie wierzył, że misja się powiedzie, więc założył się z kolegami, a na szali postawił swoje włosy. Gdy już do podpisania kontraktu ze Smudą doszło, w rolę fryzjerów wcielili się Kamil Kosowski i Mirosław Szymkowiak.  

Nietuzinkowa jest także opowieść o kulisach zwolnienia z Wisły trenera Wojciech Łazarka, po porażce z Ruchem Radzionków 1-4.

- Jeśli ktoś nie wiedział, jak wygląda futbol-totalne dno, to mógł wtedy zobaczyć. Miarka się przebrała. Cupiał usłyszał w telewizji, jak w trakcie tego meczu Łazarek krzyczy: "Przejdźcie do działań obronnych!". Zwolnił Łazarka - wspomina Frankowski.

Nauczka od Basałaja

Po meczu z Pogonią Szczecin, rozgrywanym w upale, "Franek" głośno utyskiwał na wybór pory meczu.

"Piłkarzyk Frankowski nie ma prawa krytykować Canal+ za ustalanie godzin meczów , bo w Anglii grają o g. 12 i nie narzekają" - zgromił go na łamach "Przeglądu Sportowego" ówczesny szef C+ Janusz Basałaj.

- Początkowo byłem wściekły za te słowa, ale ochłonąłem i przyznałem mu rację. Zacząłem trzymać się zasady: "Grać, nie narzekać" - zwierza się Wołosikowi "Franek".

Jak to z tą atmosferą podczas Euro 2012 było

Frankowski zdradza też sporo kulisów z przygotowań do Euro 2012, gdzie u trenera Smudy odpowiadał za przygotowanie napastników. Zresztą fucha w kadrze stanie się później podłożem niesnasek między "Frankiem"-napastnikiem Jagiellonii a jej szkoleniowcem Tomaszem Hajtą.

Wołosik pyta bohatera książki o atmosferę w kadrze, która w opinii sporej części mediów była wręcz fatalna.

- Franz swoim dowcipem starał się wszystkich łączyć. Czuliśmy, że mamy zespół. W wolnych chwilach piłkarze schodzili po dziewięciu-dziesięciu do holu, siadali przy stoliku, śmiali się, żartowali. Był "Wasyl", Dudka, "Grosik", była grupa "Lewego" ze Szczęsnym. Kuba próbował czuć się liderem i trzymać wszystko w ryzach - relacjonuje Tomasz.

Skonfrontowany ze słowami Roberta Lewandowskiego, który narzekał na "niedowład sztabu szkoleniowego" w przerwie meczu Polska - Grecja na ME, skontrował w swym stylu:

- Byliśmy w tej samej szatni i dokładnie pamiętam burzę mózgów, zaś hałas był taki jak na stołecznym bazarze Różyckiego w czasach jego rozkwitu. Dopiero po dwóch-trzech minutach Franz uciszył towarzystwo i podjął suwerenne decyzje - odsłania alkowę kadry Frankowski.

Cała prawda o Teneryfie

"Franek" jest szczery do bólu. Spodobała mi się jego reakcja na przytoczenie słów Kazika Staszewskiego, który jako stały bywalec Teneryfy obserwował jego występy w II lidze hiszpańskiej. "Żal dupę ściska, patrząc na to, co dziś prezentuje Tomasz Frankowski" - ocenił Kazik.

- Wcale się nie dziwię. Nie było się na co obrażać, bo sam wiedziałem, co prezentuję. Wyglądało to, jakby mój pobyt był odcinaniem kuponów - biczuje się w książce "Franek".

Co ciekawe, za kadencji trenerskiej Artura Płatka o pozyskanie Frankowskiego starała się Cracovia, którą kilka razy skrzywdził bramkami w derbach Krakowa.

Dwie poprzeczki, czyli riposta snajpera

Spore fragmenty "Franek. Prawdziwa historia ‘Łowcy Bramek’" nie spodobają się Michałowi Probierzowi. Bohater pozycji nie tylko zdradza, dlaczego Probierz nie poradził sobie z szatnią Wisły, ale też tak opisuje początek konfliktu z tym szkoleniowcem w Jagiellonii:

- Michał miał takie wstawki.... Nie krytykował małolatów, za bardzo się ich nie czepiał, choć to najłatwiejsze. Często uderzał w tego najlepszego, najmocniejszego, żeby pokazać, że nie ma w drużynie świętych krów - wspomina były snajper.

Gdy Probierz wyprosił go z treningu za spóźnienie, z nudów Frankowski pobił rekord w kapkowaniu - podbił piłkę trzy tysiące razy i pewnie osiągnąłby jeszcze lepszy wynik, gdyby nie zacinający w oczy śnieg.

Frankowski szczegółowo relacjonuje odprawę, na której na poważnie zaiskrzyło między nim a Probierzem, po czym trener dążył do pozbycia się napastnika.

Probierz krytykował Frankowskiego za zbyt małe zaangażowanie w grę, niewychodzenie do piłki. "Franek" zwrócił uwagę na fakt, że dwa razy trafił w poprzeczkę.

- Gdyby piłka poszła pięć centymetrów niżej byłoby 2-0 i bohater Frankowski, a trener klepałby mnie po plecach - odparł Probierzowi Frankowski, dodając jeszcze coś o tym, że się trener czepia.

Konstruktywna krytyka "Grosika"

Frankowski wali też prawdę między oczy Kamilowi Grosickiemu, dla którego był i jest mentorem. Nie mógł przeboleć pozaboiskowych wyskoków "TurboGrosika", które spowalniały jego rozwój.

- Był młody, krnąbrny jak w tym cytacie. Dwa-trzy razy zapomniał przyjść na trening, bo Piotrowska w Łodzi mu zaszumiała, albo inne dyskoteki w północnej czy południowej Polsce. A jeszcze "Jaga" wzięła Wahana Geworgjana - podobną duszę - kręci głową "Franek".

Sam zawsze profesjonalnie podchodził do piłki, poświęcał jej wszystko, by tylko błyszczeć w każdym meczu, więc inny stosunek do obowiązków raził go bardzo.

- Ten jego pierwiastek wariactwa był dla mnie nie do przyjęcia. W sobotni wieczór diabeł w niego wstępował i siedział do poniedziałkowego ranka. A chciałem, żeby Kamil nie stracił tego piłkarskiego daru, talentu, który dostał od niebios - argumentuje Frankowski.

Red. Wołosik kończy swe dzieło rozdziałem "Na marginesie", w którym umieścił krótkie, często zabawne historyjki z życia snajpera. Uderzająca jest chociażby szczodrość producentów filmu "Vinci", który epizod Frankowskiego, Szymkowiaka i Macieja Żurawskiego wycenili na całe ... 200 zł. Szokująca jest opowieść o Kalu Uche i jego kolegach z Afryki, którzy w krakowskim mieszkaniu, z zerwanych płytek parkietowych mieli rozpalić ognisko, celem ugotowania na nim strawy. Choćby dla tych historyjek warto posiadać tę książkę.

Michał Białoński

Franek. Prawdziwa historia "Łowcy Bramek"

Autor: Piotr Wołosik

Cena: 39 zł



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje