Reklama

Reklama

Dziesięć grzechów Wisły Kraków, które zaprowadziły ją na skraj przepaści

Po bezbramkowym remisie z Jagiellonią Białystok Wisła Kraków jest już tylko o krok od spadku z Ekstraklasy. Co sprawiło, że krakowski klub - utytułowany, z tak znakomitą historią - znalazł się na takim zakręcie? Przeanalizowaliśmy sportowe grzechy "Białej Gwiazdy", które zostały popełnione w ostatnim czasie. Powstała lista dziesięciu - w większości ciężkich - przewinień.

Wisła Kraków w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy popełniła szereg błędów, które to "grzechy" teraz mogą kosztować zespół spadek z Ekstraklasy. Jakie były najważniejsze z nich?

 1.  Nieodpasowanie pomysłu na zespół do możliwości i czasu.

Wisła postanowiła w tym sezonie postawić na coś w rodzaju sportowego szpagatu: z jednej strony chciała grać ofensywnie, ładną dla oka "krakowską piłkę", a z drugiej - mocno postawić na rozwój młodych. W tym celu zatrudniono Słowaka Adriana Gulę. Zarówno jedna misja, jak i druga są rzeczami niełatwymi do przeprowadzenia z powodzeniem w warunkach Ekstraklasy, a co dopiero gdy wciela się w życie oba te pomysły na drużynę naraz. Co więcej, działacze Wisły uznali, że idealnym momentem na taki projekt jest sezon, w którym z ligi spadają trzy drużyny. Od początku wyglądało to na plan bardzo ryzykowny, żeby nie rzec: niewykonalny. W dodatku Wisła nie zapewniła do jego realizacji odpowiednich narzędzi - piłkarzy z naprawdę dużą jakością.

Reklama

2.  Nieumiejętność zapewnienia drużynie nominalnego, solidnego napastnika.

O tym, że jest to konieczność i że drużyna potrzebuje pozyskania nawet dwóch takich piłkarzy było wiadomo na długo przed startem sezonu. Tymczasem z uporem godnym lepszej sprawy ściagano piłkarzy ofensywnych, którzy nie byli typowymi "dziewiątkami". Najpierw latem przyszedł Jan Kliment, o którym już teraz wiadomo, że nie jest typową "dziewiątką", nie potrafi odpowiednio się zastawiać, a także - jak to się określa w sztabie Wisły - nie potrafi radzić sobie w tłoku, ścisku w polu karnym. Momentami robił zresztą nawet za skrzydłowego. Do kompletu ściągnięto Dora Hugiego, który był przedstawiany jako ten, który może grać również w napadzie. Skończyło się na tym, że niemal nigdy go tam nie wystawiano w barwach Wisły, grywał głównie na skrzydle, bo tam najwyraźniej jest najbardziej przydatny.

Podsumowanie kolejki PKO Bank Polski Ekstraklasa w każdy poniedziałek o 20:00 - zapraszają: Staszewski, Peszko i goście!

Zamiast naprawić ten błąd zimą, znowu przekombinowano. Sprowadzono wprawdzie ciekawego piłkarza, jakim jest Luis Fernandez, ale znów nie była to typowa "dziewiątka", tylko gracz ostatnio występujący  często w roli podwieszonego  napastnika lub na "dziesiątce". I to tam najczęściej grywał w Wiśle (zanim jeszcze okazało się, że ma też inklinacje do sportów walki, co poskutkowało zawieszeniem na cztery mecze). Owszem, sprowadzono Zdenka Ondraska, ale od początku było jasne, że bardziej do roli "Atmosfericia", niż do bicia strzeleckich rekordów. Na domiar złego z kadry zespołu ostatecznie zniknął na wiosnę Felicio Brown Forbes, więc gracz, który przecież jeszcze rok wcześniej ciągnął napad Wisły. Nawet wtedy, gdy pozyskanie napastnika z prawdziwego zdarzenia stało się już koniecznością absolutnie palącą, skończyło się znowu na ściągnięciu gracza o zupełnie innej charakterystyce: Elvisa Manu. Dlaczego tak skomplikowano prostą - wydawało się - misję? Trudno jednoznacznie powiedzieć, ale jest to jeden z kluczowych błędów popełnionych w tym sezonie.

Wisła Kraków. Lawina błędów transferowych

3. Sprzedaż dwóch kluczowych graczy, w dodatku obu z linii pomocy.

Od początku było jasne, że to potwornie ryzykowny ruch. Pytanie, czy było to wystarczająco jasne dla decydentów w klubie. Czy rozumieli, że pozbywając się za jednym zamachem Yawa Yeboaha i Aschrafa El Mahdiouiego drastycznie zwiększają ryzyko spadku z ligi? To byli dwaj kluczowi piłkarze drugiej linii. Yeboah - przy wszystkich swoich ograniczeniach - był motorem napędowym ofensywy, a El Mahdioui - cichym reżyserem gry Wisły. Sprzedaż jednego byłaby trudna do przetrawienia dla drużyny, ale dwóch naraz - to był przepotężny cios. Czy klub naprawdę nie mógł wstrzymać się z transferem choć jednego z nich? Czy naprawdę były to sytuacje, gdy klub nie miał ruchu? Można wątpić, zawsze jest jakieś pole manewru. Nie ma już w tym momencie wątpliwości, że pod względem finansowym nie opłacało się ich sprzedawać, mimo okrągłej sumy za te transfery. Po prostu: koszty coraz bardziej prawdopodobnego spadku z ligi będą większe, niż zyski z tych ruchów w zimie.  Pod względem sportowym było to podcinanie gałęzi, na której klub siedział. Oczywiście, można było mówić: gałąź podcinamy, ale znajdziemy dla tych graczy znakomitych następców i natychmiast zneutralizujemy te braki, chwytając się błyskawicznie innej gałęzi. Tylko co się okazało? Następcami zostali piłkarze, którzy absolutnie nie wnieśli do gry nawet jednej trzeciej tego, co dawali El Mahdioui z Yeboahem.

4. Zastąpienie jednego z nich Enisem Fazlagiciem, w dodatku za potężne pieniądze. Kibice patrząc na wątpliwej jakości poczynania Macedończyka na wiosnę żartują, że to "ćwierć piłkarza za pół miliona". Nie chcąc się już pastwić nad grą 22-latka trzeba jednak jasno powiedzieć, że jego ściągnięcie za takie pieniądze i w takim momencie było fatalnym błędem. Gdyby ten sam Fazlagić został sprowadzony w  mniej newralgicznym momencie za jakąś rozsądną kwotę, to może można byłoby próbować spokojnie szlifować tego gracza i przerobić w przyszłości na w miarę solidnego ligowca. Natomiast Wisła potrzebowała pomocnika z dużą jakością na "już", aby móc zastąpić absolutnie kluczową postać drugiej linii, Aschrafa El Mahdiouiego. Fazlagić ani nie potrafi dobrze regulować tempa gry, ani nie błyszczy w odbiorze, ani w asekuracji, czasem zapomina o wsparciu utrzymującym. Miewa też braki techniczne. Generalnie musi się cały czas uczyć, a tu potrzebny był zawodnik, który od razu wniesie solidną porcję jakości na arcyważnej pozycji. Odpowiedzialność za ten fatalny ruch transferowy spada w dużej mierze na Adriana Gulę, o którym sam Fazlagić mówił, że odegrał dużą rolę w jego sprowadzeniu. Ktoś jednak Guli pozwolił na to, by dokonać akurat takiej kontrowersyjnej operacji - ktoś wyłożył na to pieniądze. Drugi raz nabrano się na ten sam "bajer" co w przypadku Nikoli Kuveljicia.

Wisła Kraków. Projekt sportowy, który okazał się "niewypałem"

5. Pobłażanie zawodnikom i zbyt cieplarniana atmosfera.

Dziennikarze od wielu miesięcy z ust trenera i działaczy ze zdumieniem słyszeli teorie, jak to piłkarze Wisły są poddani zbyt dużej presji, zestresowani, a mityczna presja pęta im nogi. Gracze "Białej Gwiazdy" w tym sezonie - zamiast wysłuchania paru słów trudnej prawdy pod swoim adresem po porażkach - byli zamykani pod kloszem. Presja mediów zbyt uciążliwa nie była, bo zamknięto strefę mieszaną, w której przeprowadzano wywiady po meczach. Do bazy w Myślenicach z przyczyn pandemicznych też już media prawie nie zaglądały. W tych bezstresowych warunkach piłkarze funkcjonowali też po najbardziej kompromitujących porażkach. Jeden z ludzi dobrze znających klub zwrócił nam niedawno uwagę, jak łatwo drużynie Wisły przyszło "prześliźnięcie się" po pogromach w Poznaniu czy ze Śląskiem Wrocław u siebie (0-5). Swego czasu, gdy drużyna Macieja Stolarczyka przegrała kompromitująco w Warszawie 0-7, to w klubie atmosfera zrobiła się tak gęsta, że można było siekierę w powietrzu zawiesić. Jean Carlos Silva po tamtej porażce mówił obrazowo, że "zespół sięgnął dna". Tymczasem drużyna Adriana Guli jesienią zaliczyła aż dwie bardzo podobne kompromitacje, a żadnego mentalnego trzęsienia ziemi w klubie nie było. Ot, wszystko toczyło się dalej swoim rytmem. Jaki piłkarze dostali w ten sposób sygnał?

6.  Zbyt mocno przestawiona "wajcha" w stronę stawiania na graczy młodych. I to niezależnie od ich narodowości. Ten problem zauważono w drugiej części sezonu, ale było już najwyraźniej za późno na korektę. Wiedząc, że nadchodzi sezon, w którym spadać będą aż trzy zespoły zaryzykowano budowę drużyny w dużej mierze w oparciu o graczy poniżej 24. roku życia. Choć wielu dziennikarzy wskazywało na potrzebę pozyskania na skrzydło i prawą obronę zawodników gwarantujących jakość "na już", w klubie odpowiadano: chcemy stawiać na młodych. Czyli m.in. Dawida Szota, Mateusza Młyńskiego, Piotra Starzyńskiego. Jak się okazało, ten pierwszy na ten moment nie jest w stanie udźwignąć regularnej gry w Ekstraklasie, ten drugi wciąż szuka optymalnej formy, a trzeci - przeeksploatowany przez Petera Hyballę - przez cały sezon miał problemy z przygotowaniem fizycznym, co przyznawali szkoleniowcy. Do tego doszedł jeszcze 22-letni Enis Fazlagić w środku pola, który też nie potrafił unieść odpowiedzialności, jaka na niego spadła.

Problem - w większości przypadków - nie tkwił oczywiście w tym, że tacy młodzi gracze pojawili się w kadrze zespołu. To dobrze, że daje się im szansę. Ale trzeba to robić z głową, tak by mieli się od kogo uczyć, by nie rzucano na ich barki zbyt dużej odpowiedzialności, której nie są w stanie jeszcze udźwignąć.

7. Uleganie kaprysom trenerów w kwestiach kadrowych wbrew interesowi klubu. W ten sposób w ostatnich dwóch sezonach Wisłę opuściło już kilku graczy, którzy dobrze radzą sobie teraz w innych zespołach, a mogli przecież pomóc krakowianom w walce o utrzymanie. Wszystkich łączy to, że to nie działacze czy dyrektor sportowy chcieli się ich koniecznie pozbyć, a trenerzy, którzy uparli się ich skreślić, mimo niekoniecznie przekonujących argumentów. Najpierw Peter Hyballa hurtem dokonał takich skreśleń, przez co z klubu pozbyto się m.in. sprowadzonego zaledwie moment wcześniej Dawida Abramowicza (teraz Radomiak), czy potem Jeana Carlosa Silvy (obecnie walcząca o mistrzostwo Pogoń Szczecin). Kiedy Hyballę zastąpił Adrian Gula zapowiadano wyciągnięcie wniosków, ale znów pozwolono Słowakowi na to, by najpierw totalnie odstawił, a potem z powodu konfliktu ze szkoleniowcem wyrzucił z zespołu (na wypożyczenie) obrońcę Adiego Mehremicia. A przecież bywały mecze, gdy kolejny stoper był naprawdę zespołowi potrzebny. Po to właśnie w klubie powinien być ktoś pilnujący twardą ręką długofalowej wizji, by nie dostosowywać się potulnie do każdego kaprysu personalnego - często swoją drogą wymienianych - szkoleniowców.

8. Zbudowano zespół niemal pozbawiony liderów charakterologicznych. Wiedząc, że drużynę stosunkowo niedawno opuściły wieloletnie filary szatni - wcześniej m.in. Paweł Brożek, potem Rafał Boguski - nie zadbano latem o to, by do zespołu ściągnąć zawodników mentalnie nawiązujących do czasów "Drużyny z charakterem". Zawodnicy, których w dużej liczbie zatrudniono mieli w wielu przypadkach wspólną cechę: kompletnie nie nadawali się do roli liderów mentalnych na boisku i poza nim. Jedni z powodu młodego wieku, inni - osobowości. W zespole Wisły na palcach jednej ręki można było policzyć ostatnio doświadczonych graczy, którzy potrafiliby choć do pewnego stopnia taką rolę odgrywać. Zimą próbowano to korygować, ale bardzo nieśmiało, bo tylko zakontraktowaniem Zdenka Ondraska.

9.   Nie dotrzymano słowa. Tomasz Pasieczny, były już dyrektor sportowy Wisły, jesienią w rozmowie z Interią zapowiadał, że zimą należy spodziewać się nie uzupełnień składu, a wzmocnień. Podkreślał to bardzo mocno. Efekt? Jedynymi graczami ściągniętymi zimą, których z czystym sumieniem można określić jako wzmocnienie, byli Joseph Colley i Marko Poletanović. Przy czym ten drugi pojawił się za późno. Giorgiego Citaiszwiliego trudno liczyć, bo ten zjawił się - jak kometa - jedynie przelotem, na kilka ostatnich spotkań. Natomiast po co dołączyli do kadry Wisły tacy piłkarze, jak Sebastian Ring czy Momo Cisse, to chyba nawet sami działacze Wisły nie wiedzą. Typowi gracze ściągnięci "na sztukę", żeby odhaczyć, że na daną pozycję ktokolwiek przyszedł. Pożytku z nich nie było niemal żadnego.

10.   Szukanie "kwadratowych jaj". W wiślackiej polityce transferowej długo próbowano stosować autorskie, czasem egzotyczne i ekscentryczne pomysły, zamiast od czasu do czasu spróbować jednak sięgnąć po to, co jest stosunkowo łatwo osiągalne i bliskie. W poprzednim roku sprowadzano do drużyny graczy z tak wielu lig - nawet z ligi kazachskiej - że można było stracić w tym rachubę. Na solidnych ekstraklasowych wyrobników kręcono nosem. Na sam koniec okazało się, że więcej było pożytku z etatowego ligowca Marko Poletanovicia niż z trzech Mawutorów czy Fazlagiciów razem wziętych. Czasem lepiej rozejrzeć się na poważnie wokół, przetrzebić dobrze ligowe podwórko, niż na siłę próbować zainteresować wszystkich wynalazkiem z drugiego końca świata. 

Czytaj także: Jerzy Brzęczek: Sytuacja Wisły jest bardzo trudna

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama