Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (41 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (37 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (35 pkt.)
  • 4 .Radomiak (35 pkt.)
  • 5 .Lechia Gdańsk (33 pkt.)
  • 6 .Wisła Płock (29 pkt.)
  • 7 .Górnik Zabrze (28 pkt.)
  • 8 .Stal Mielec (28 pkt.)

Dariusz Wdowczyk: Mourinho w naszych butach nie uszedłby kilometra

- Mam świadomość tego, że gdyby Wisła należała jeszcze do prezesa Cupiała, to pewnie by mnie już w klubie nie było. Tak jak nie ma Janka Urbana w Lechu, i to w momencie, gdy drużyna zaczęła wygrywać, nie tracąc bramek. Z takim podejściem do trenerów, bez nakładów finansowych nie uda nam się zbudować wielkiej piłki klubowej. Gdyby Jose Mourinho wskoczył w nasze „buty”, nie wiem czy uszedłby kilometr – mówi Interii trener Wisły Dariusz Wdowczyk.

Interia: Zanim PZPN powierzył reprezentację Polski Adamowi Nawałce, pan był kandydatem numer jeden na stanowisko selekcjonera, w mediach zrobiło się nawet o tym głośno. Jak pan to odbierał?

Dariusz Wdowczyk, trener Wisły Kraków: - Marzeniem każdego trenera w Polsce jest prowadzenie reprezentacji Polski. Mnie nie było to jednak dane, trudno. Odkąd objął ją Adam Nawałka, to kibicuję naszej kadrze całym sercem.

Tak po ludzku zazdrości pan Nawałce, że to on wypłynął z kadrą na szersze wody?

- Zazdrość czy zawiść - nigdy w życiu się nimi nie kierowałem. Podobnie jest i w tym przypadku.

Reklama

Po Pogoni Szczecin długo pan czekał na nową pracę.  Nie myślał pan o zmianie zawodu?

- Komentowałem parę spotkań w TVP,  miałem też propozycje z innych klubów Ekstraklasy i z I ligi, ale z różnych względów je odrzucałem.

Aż tu nagle zadzwoniła Wisła.

- Tak, dokładnie Zdzisław Kapka, później Tadeusz Czerwiński. Pierwsze rozmowy były sondażowe, padały pytania, czy byłbym zainteresowany. Nic zobowiązującego, jak to pierwsza rozmowa.

- Miesiąc później znowu dostałem telefon z pytaniem, czy jestem nadal zainteresowany. Miałem kilka godzin na spakowanie się, wsiadłem w pociąg i po dwóch godzinach byłem już w Krakowie. Wszystkie szczegóły omówiliśmy w pięć minut. Wisła to klub z tradycjami, historią. Klub, przeciw któremu wielokrotnie grałem i nad którym trzeba się chociaż przez chwilę zastanowić. Ja znałem swoją odpowiedź od początku - projekt "Wisła Kraków" spodobał mi się i powiedziałem "tak“.

Skąd pana wiara w to, że kibicom i Towarzystwu Sportowemu Wisła uda się uratować klub? Ma pan jakieś logiczne przesłanki, czy po prostu czuje pan ulgę, że skończyła się szopka z panem Meresińskim?

- Nie wiem, jak to wszystko się zakończy, ale po panu Meresińskim przychodzą ludzie, którzy od dawna są związani z Wisłą i temu klubowi kibicują, zależy im na tym, aby Wisła wróciła do czasów świetności. Wisła ma swoje problemy. Gdzie byśmy nie dotknęli, jakiegokolwiek tematu, one się pojawiają, ale u mnie rodzi się optymizm, gdy widzę ludzi, którzy chcą to zmienić. Oni mają olbrzymi kredyt zaufania. Czy im się uda ta zmiana, nie wiem. Wierzę, że tak będzie. Zawodnicy też.

- Wisła od pięciu lat nie gra w europejskich pucharach, ani nie robi transferów takich, które mogłyby być transferami na lata. Frankowski, Żurawski to już jest przeszłość, piękna historia. Ludzie chcieliby, żeby to była codzienność klubu. Niestety, pewien okres został tu za czasów pana Cupiała - mówiąc delikatnie - przespany. Wtedy, gdy Wisła była na topie.

W jakim sensie przespany? W takim, że klub nie dbał o solidne szkolenie młodzieży?

- Możemy mówić o bazie, ale mnie chodzi o ludzi, którzy w momencie, gdy gra się dobrze, gdy błyszczy się w

pucharach, chcą w klub zainwestować. Jeżeli otworzy sobie pan program meczowy klubu zachodniego, nie mówię o potęgach, ale o średniakach, to firm wspierających są dziesiątki. Ci ludzie nie dają po milion euro, tylko po dziesięć, sto tysięcy, ale jest ich wielu.

Ziarnko do ziarnka i zbiera się miarka.

- Dokładnie. Nie wierzę, że w Krakowie i okolicach nie znalazłyby się firmy, które chciałyby w Wisłę inwestować. Być może teraz uda się takie znaleźć. Kiedy ostatnio trafił do Wisły dobry, kreatywny zawodnik? Można wymienić Wolskiego i Stilicia, ale ich już w Wiśle nie ma.

Za korupcję w Koronie Kielce odpokutował pan, ale w wywiadzie telewizyjnym zaskoczyło mnie, że nie odciął się pan od korupcji, tylko tłumaczył to ambicją i zasadami gry, jakie wówczas panowały w polskiej piłce. Można było odnieść wrażenie, że przy kolejnej okazji postąpiłby pan tak samo.

- Ja zrobiłbym to samo? Wielokrotnie o tym mówiłem. Nigdy w życiu bym nie chciał przechodzić przez to, co przechodziłem i nie zrobiłbym tego, co miało miejsce. To jest dla mnie oczywiste.

Jak pan wspomina transfer z Legii do Celticu? Klub otrzymał za pana 400 tys. funtów, jak na 1989 rok to morze pieniędzy.

- Jak to wspominam? Ja już tego nie pamiętam (śmiech). To była szansa. Wielu zawodników z mojego pokolenia, czy wcześniejszego chciało wyjechać na Zachód i tam rozwijać swoją karierę. Tak się to ładnie tłumaczyło, ale w gruncie rzeczy jechaliśmy tam zarabiać “lepsze“ pieniądze. Idąc do Celticu, co mecz musiałem udowodnić 45-60 tys. kibiców, że jestem dobrym zawodnikiem. I to nie poprzez opowieści, że grałem w reprezentacji Polski, tylko musiałem to udowodnić na boisku. I robiłem to. Można się skontaktować z dziennikarzami ze Szkocji, czy z Anglii, gdzie grałem w Readnig, by sprawdzić, jaką zostawiłem po sobie opinię.

- W życiu piłkarskim zawsze stawiałem sobie takie cele: zagrać w reprezentacji - najpierw juniorskiej, a później młodzieżowej, olimpijskiej i seniorskiej. Celem było zabranie rodziny nad ciepłe morze. Ważnym celem było zagranie przy jupiterach, a w końcu to, aby wyjechać za granicę.

Przepaść była duża między Szkocją a polską piłką, która miała wtedy ubogie stadiony?

- Cały biznes piłkarski inaczej tam funkcjonował, bardziej profesjonalnie i przede wszystkim życie było lepsze, spokojniejsze. Zachód nie był nam obcy, bo jeździliśmy grać tam mecze, ale co innego zobaczyć miasto przez dwa dni, a co innego mieszkać tam przez kilka lat.

- Trasę Katowicką znaliśmy na pamięć i wszystkie miejscowości, po jakich podróżowaliśmy grając w lidze, ale Zachód to była realizacja marzeń.

Największa różnica, poza wyglądem miast?

- Wszystko w Szkocji, Anglii działo się wolniej niż w Polsce, na wszystko jest czas, nie ma pośpiechu, czy chaosu. Do dzisiaj wspominam święta Bożego Narodzenia, które spędzaliśmy w Glasgow. Ja generalnie za nimi nie przepadam. Są wprawdzie urocze, ale ich przygotowanie to jest dla mnie makabra: gonitwa po sklepach, porządki, prezenty itd. W Szkocji, czy Anglii wszystko to dzieje się zdecydowanie wolniej. Ja nie odczuwałem tam stresu, wewnętrznego podniecenia faktem zbliżających się świąt. Odwiedzała nas podczas nich rodzina, wspomnienia mam bardzo miłe.

- Język, to następna sprawa, która daje olbrzymi komfort, poruszając się po Europie. Przed wyjazdem znałem angielski, ale to była jego polska wersja. Tam można się było tego języka solidnie nauczyć, korzystałem z lekcji. Język daje swobodę i pewność siebie. Moim dzieciom do dziś, a i mnie przydaje się w kontaktach w szatni z zawodnikami, którzy nie mówią po polsku.

- Dzięki lepszym zarobkom w Szkocji mogłem wraz z rodziną zwiedzić kawał świata. To jest coś, czego mi i moim bliskim nikt nie odbierze . To była cudowna inwestycja.

Czego pana nauczyła piłka?

- Dyscypliny, kultury. Miałem wspaniałego trenera w Gwardii Warszawa - Adama Brzozowskiego, który był trenerem i nauczycielem w jednym. "Dzień dobry", "przepraszam", "dziękuję", ubrania poukładane w kostkę - on mnie tego wszystkiego nauczył przy okazji trenowania piłki. Taki reżim pozostał mi do dziś,  służy mi na co dzień. Wszystko mam poukładane, nie lubię chaosu.

- Z piłki wyniosłem wiele znajomości, przyjaźni, które trwają do dziś. Przyjaźnimy się chociażby z rodziną Clarków. Odwiedzamy się, oni są u nas bywalcami podczas ważniejszych uroczystości rodzinnych.

Tommy Burns ochrzcił pana w Celticu jako "Shuggy". Z czego to się wzięło?

Na pierwszej konferencji w Cetlicu, jeśli mnie pamięć nie myli, zostałem tak nazwany, ponieważ "Wdowczyk" trudno im było wypowiedzieć. Byłem  "Dopciak", "Dopcik", więc ochrzcili mnie "Shuggy" i tak zostało.

Kilka lat w Celticu i Gwardii spędził pan z Dariuszem Dziekanowskim. Ci, którzy go dobrze pamiętają, twierdzą, że miał talent większy od Bońka i Laty, ale go nie rozwinął w pełni. Dlaczego?

- Jakby mnie zapytano, z jakim piłkarzem najbardziej zaawansowanym technicznie grałem w życiu, to byłby to Darek Dziekanowski. Darek nie był szybkim zawodnikiem, ale balans ciałem, drybling miał naprawdę niesamowity. Pamiętam taki mecz w Celticu, a wcześniej zrobił to na Legii, gdy awansowaliśmy z Gwardią do Ekstraklasy i w drugim meczu graliśmy na Łazienkowskiej. Zrobił przerzutkę nad głową jednego z zawodników Legii i oddał strzał na bramkę. Na meczu Celticu w taki sposób strzelił bramkę i nagle zaległa cisza na stadionie, po czym ludzie poderwali się z miejsc i bili brawo.

- Dlaczego Darek nie zrobił większej kariery, to pewnie jego trzeba by o to zapytać. Teraz młodzi ludzie mają trochę inną świadomość niż my wówczas.

Pana na forach Celticu chwalą za pełen profesjonalizm...

- Niech tak będzie. Myślę, że jakbyśmy wcześniej mieli możliwość wyjechania do zachodniego klubu, a Darek miał takie oferty z Włoch, to pewnie wszystko potoczyłoby się inaczej. Ja również miałem propozycję po meczu z Interem Mediolan, od Trapattoniego. Później były rozmowy o Manchesterze United po meczach, które graliśmy z Anglikami, wreszcie ja pojechałem i podpisałem umowę z Celtikiem, w którym już był Darek Dziekanowski. Wróciłem na mecz Legii ze Śląskiem w Warszawie, w którym strzeliłem bramkę. Po meczu pojawił się człowiek i mówi:

"Poleć ze mną do Londynu, chce cię Chelsea Londyn". Odparłem, że mam już kontrakt z Celtikiem. On nie dawał za wygraną: "Załatwimy wszystko i podwoimy ci kontakt, nie ma problemu".    

I co, nie skorzystał pan?

- Ja się po prostu bałem tego zamieszania.

- Były inne propozycje - Henryk Kasperczak z Tadeuszem Foglem namawiali mnie na Francję i grę w Racingu Matra Paryż. Władek Żmuda, który grał w Weronie mówił, że chcą mnie Włosi, ale Legia nie była skora, aby mnie puścić. Wyjechałem mając 27 lat, gdy tego grania na wysokim poziomie za dużo już nie zostało.

Jako piłkarz u kogo miał pan najcięższy trening?

- Przygotowania zupełnie się zmieniły. Za świętej pamięci Henryka "Burzy" Szczepańskiego potrafiliśmy biegać w Sopocie po wydmach. To były konkretne dawki i każdy musiał je przebiec, niezależnie czy miał 16, czy 25 lat.

- Za Aleksandra Brożyniaka w warszawskiej Gwardii - bardzo sympatyczny trener, miło go wspominam - potrafiliśmy biegać między słupami wyciągu narciarskiego, na wyścigi, do szczytu góry. Gdy docieraliśmy do ostatniego słupa, to wszyscy padali i turlaliśmy się na dół, bo zejść nie mogliśmy. Takie to były przygotowania.

- Za Jerzego Kopy mieliśmy takie małpie gaje i skoki przez płotki, że właściwie strzelały nam ścięgna Achillesa po treningach i wielu z nas miało z tym duże problemy.

- Za Jerzego Engela biegaliśmy interwały 20x400 m, a następnie 10x100 m. A później schodziliśmy codziennie: 18x400 m, 12x100, 16x400 m itd. Mieliśmy się mieścić w czasie bodajże 75 sekund na 400 m. Wyrobić się nie było łatwo, tym bardziej zimą.

- Za Andrzeja Strejlaua potrafiliśmy robić żabie skoki ze sztangą na materacach.

- Ale miałem też takich "faworytów" w Szkocji, że potrafiliśmy biegać takie odległości, że chłopaki z drużyny wymiotowali, ale biegli dalej.

Ale może dzięki tej zaprawie, jadąc na Zachód dawaliście radę tamtym obciążeniom treningowym?

- Oczywiście, w Celticu treningi były ciężkie, ale my pod względem fizycznym nie odstawaliśmy. Pamiętam, że rozgrzewka dzień przed meczem trwała 45 minut, to ja pytałem się: "Co to jest?".  To nie był trening. Dostawaliśmy solidnie w kość i nikt nie przejmował się tym, że jutro gramy mecz.

- Był taki trener Lou Macari, który wychodził jako menadżer i mówił: "Bez rozgrzewki dajcie mi swój najlepszy czas wokół bieżni". I 400 m na gazie. A kto ostatni przybiega,  ten biega jeszcze raz. To była makabra. Po wygranym meczu następnego dnia przychodzi ten sam trener i mówi: "Nie jestem z was zadowolony. Dzisiaj będziecie biegali 2x800 m, 4x400 m, 8x200 m i 10x100 m". I trzeba było to zrobić. Nikt się nie zastanawiał nad tym, że wczoraj graliśmy mecz i być może potrzebujemy odpocząć. Trzeba było to robić.

Nie brakuje tego przygotowania siłowego i wytrzymałościowego dzisiaj? Zagłębie Lubin radzi sobie z technicznym Partizanem Belgard, ale z siłowym duńskim Soenderjyske już niekoniecznie. Lech Poznań rok temu przegrał gładko cztery mecze z preferującą siłowym futbol Bazyleą.

- W piłce nie można zapominać o niczym. Ani o treningu siłowo-wytrzymałościowym, ani o technice, taktyce, szybkości. Jest wiele elementów, których w treningu nie można pominąć. A mamy na to kilka dni pomiędzy meczami.

- No i najważniejszy problem - selekcja. Wielu trenerów chciałoby być na miejscu Mourinha, który wydaje 196 mln euro na transfery, kupuje zawodników, którzy są wyselekcjonowani z milionów i mówi się o nim, że jest wspaniały. My nie mamy takich możliwości. Nie narzekamy na to, ale gdybyśmy wrzucili Mourinha tutaj, włożyli go w nasze "buty", to pewnie nie przeszedłby kilometra.

Rozmawiał: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne