Reklama

Reklama

Były trener Wisły Kraków z ważnym apelem po spadku. "To byłoby błędem!"

Kiko Ramirez, były trener Wisły Kraków, jest w szoku po spadku "Białej Gwiazdy" z Ekstraklasy. Ale w rozmowie z Interią apeluje: "Trzeba powiedzieć: proszę państwa, owszem, spadliśmy z Ekstraklasy, ale od tego momentu zaczynamy nowy rozdział i chcemy odzyskać miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej!"

Justyna Krupa, Interia: - Wielu byłych trenerów i piłkarzy Wisły, również zagranicznych, jest w szoku po spadku Wisły Kraków. Pan również?

Kiko Ramirez, były trener Wisły Kraków: - Trudno było w to uwierzyć. Dla wszystkich, którzy żyli w Krakowie, poczuli magię tych barw i przeżywali historię Wisły - zaskakującym jest widzieć krakowski klub w I lidze. Dla kibiców Wisły, dla mnie, to przecież największy klub w Polsce. To mi przypomina trochę historię spadku Atletico Madryt przed laty. Widzieć takie wielkie kluby w niższej lidze to zawsze zaskoczenie. Przy czym ten spadek to nie jest kwestia tylko tego roku. Wisła tak naprawdę "pracowała" na ten spadek przez lata. Nie miał ten klub szczęścia do kolejnych projektów. Swego czasu, gdy jeszcze tam pracowałem, myślę, że jednym z problemów był brak pewnej pokory. Wtedy oczywiście brakowało przede wszystkim dobrego zarządzania. W kolejnych latach - kiedy Wisłą zaczęli już zarządzać ludzie związani naprawdę ze światem piłki - to zarządzanie nie było już złe, ale nie towarzyszyły temu wszystkiemu dobre rezultaty. Inną sprawą jest jednak budowa kadry, co nie jest łatwą sprawą. Na pewno jednak za czasów obecnych właścicieli poprawił się wizerunek klubu. Został "wyczyszczony". Wszyscy wiemy, że wcześniej ten wizerunek zaczął się kojarzyć bardziej ze światem przestępczym. Jednak na poziomie sportowym od pewnego czasu pracowano na spadek.

Reklama

Kiko Ramirez: Przeżywałem spadek Wisły bardziej, niż walkę o mistrzostwo

Paradoks właśnie polega na tym, że Wisła nie spadła wtedy, gdy w klubie brakowało już nawet pieniędzy na podstawowe rzeczy, a wówczas, gdy sytuacja finansowa i organizacyjna względnie się ustabilizowała.

 - To właśnie boli. Kiedy klub przestał przeżywać wielkie perturbacje i wydawało się, że się ustabilizował, zabrakło wyników sportowych.  W ostatnich kilkunastu meczach prawie nie było zwycięstw. To są niestety statystyki ekipy do spadku, taka prawda. A jednak nie spodziewaliśmy się, że to się wydarzy, liczyliśmy na cud. Byłem przekonany, że będziemy przeżywać emocje do ostatniego meczu. A tymczasem drużyna straciła w Radomiu 4 gole na wyjeździe. To oczywiście cios. Przeżywałem ten spadek Wisły nawet bardziej niż walkę Rakowa o mistrzostwo. Kraków to w końcu wspaniałe miasto, a kibice Wisły są unikalni. Tym trudniej się pogodzić z tym spadkiem. Teraz jednak my, kibice Wisły - a uważam się za jednego z nich - potrzebujemy informacji: co dalej, co nas czeka jutro? Jaki jest nowy projekt, pomysł na wyjście z tej sytuacji? Ja też czekam na takie informacje. Trzeba bowiem zrobić krok naprzód. Powiedzieć: proszę państwa, owszem, spadliśmy z Ekstraklasy, ale od tego momentu zaczynamy nowy rozdział, chcemy odzyskać miejsce w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kibice mają prawo wiedzieć takie rzeczy.    

 Trudno jest jednak powiedzieć, jaki jest nowy plan, skoro nie wiemy konkretnie, co zawiodło w starym. Na to pytanie przede wszystkim powinni szczerze odpowiedzieć włodarze i działacze Wisły. A w pana opinii - co zawiodło najbardziej? Decydujące były nieudane transfery, mentalność zespołu czy może sprzedaż kluczowych graczy w zimowym okienku transferowym?

- Zwraca uwagę fakt, że Wisła nie była w stanie wygrywać meczów na własnym stadionie. A przecież zwykle była to twierdza przy Reymonta, rywalom grało się tam arcyciężko przy takim wsparciu dla gospodarzy z trybun. Natomiast w moich czasach w Wiśle miałem to szczęście, że w drużynie mogłem liczyć na doświadczonych graczy, weteranów. Gdy oni mówili: ten mecz naprawdę musimy wygrać, to się ten mecz najczęściej wygrywało. Biegając więcej, niż rywal, walcząc mocniej, strzelając bramkę w ostatnich minutach. Wszystko jedno jak, ale się wygrywało. Ten zespół miał swoje DNA. Osobiście widziałem niemal wszystkie ostatnie mecze Wisły. W Ekstraklasie nie wygrywa się tylko samą jakością indywidualną poszczególnych graczy. Trzeba mieć w składzie wielkich profesjonalistów, ludzi, którzy "czują" ten klub. Takich, którzy mają charakter. Tej obecnej drużynie trzeba było charakteru.  Ten zespół biegał, ale nie rywalizował w pełni na boisku. Brakowało takich ludzi, jak Paweł Brożek. W przeszłości tacy ludzie byli podporą Wisły.

Co działo się w ostatniej kolejce naszej Ekstraklasy - sprawdź w naszym programie wideo!

 Zimą w klubie zorientowano się, że brakuje takich zawodników "z zębem", odpowiednim charakterem. Dlatego sprowadzono Zdenka Ondraska, po części też nakręcał zespół Luis Fernandez. Ale on akurat "nakręcił się" aż za bardzo, bo ostatecznie został zawieszony na cztery mecze za atak na rywala. Generalnie tych zawodników było jednak za mało.

- Taka pozytywna presja powinna wychodzić przede wszystkim z linii obrony. Za moich czasów takimi zawodnikami w linii defensywnej byli Arkadiusz Głowacki czy Maciej Sadlok. Tacy zawodnicy, jak Głowacki nakręcają innych piłkarzy do lepszej gry. Obecnej Wiśle brakowało graczy, którzy naciskaliby na zespół, którzy zagraliby nawet z kontuzją, którzy potrafią krzyknąć, a przede wszystkim zarządzać drużyną. Teraz celem Wisły powinno być skonstruowanie drużyny z charakterem, która posłużyłaby klubowi przez dłuższy czas. To powinna być pewna baza - zawodnicy, którzy czują, w jakim klubie grają. A do tego można dołożyć specyficzne transfery zawodników ofensywnych, jakiegoś snajpera itd. Ja w tym sezonie nie widziałem takiej bazy w zespole Wisły. Natomiast - jak podkreślałem - teraz trzeba przede wszystkim jasno określić, na czym ma polegać nowy projekt Wisły w I lidze. Bo trzeba pamiętać, że polska I liga to rozgrywki niełatwe i bardzo zacięte. To będzie trudny rok, do którego trzeba się dobrze przygotować. Z mojego punktu widzenia powinno się do tego podejść ze świeżą aurą.

Kiko Ramirez: Atletico Madryt też zaliczyło spadek

To znaczy: z nowym trenerem? Zapowiada się na to, że Jerzy Brzęczek jednak będzie kontynuował pracę w Wiśle, mimo przypieczętowania spadku z Ekstraklasy.

- Mam wiele szacunku do pracy innych trenerów. Dlatego nie zamierzam się tu wypowiadać. Trzeba też wsłuchać się w głos kibiców. To fani wspierają zespół, to z ich pieniędzy zawodnicy w praktyce są opłacani. Trzeba wszystko dobrze przemyśleć. Na pewno klubowi potrzeba poważnych zmian, ale nie ja jestem od tego, by mówić w którym aspekcie. Natomiast na pewno błędem byłoby myśleć, że można teraz budować zespół dokładnie tak, jak budowało się w Ekstraklasie. W I lidze jest inny futbol, o innej charakterystyce. Trzeba tak zbudować drużynę, by była w stanie skutecznie rywalizować na boiskach Fortuna I Ligi. W Hiszpanii często zdarzało się, że zespoły, które spadały z Primera Division chciały zostawić dużą część drużyny również na drugą ligę i ten plan okazywał się nietrafiony. Lepiej jest dokonać radykalnej zmiany w kształcie zespołu. Postawić na obiecujących, przyszłościowych graczy, ale przystosowanych do uniesienia odpowiedzialności. Trzeba też pamiętać, że w I lidze wszystkie zespoły będą się na Wisłę dodatkowo mobilizować. Inne będą również murawy, na których przyjdzie wiślakom rywalizować. To wszystko trzeba mieć na uwadze, przewidzieć. Swego czasu Atletico Madryt wygrało dublet - mistrzostwo i puchar. A jakiś czas potem spadło z ligi. I ci gracze nie byli mentalnie przygotowani na rywalizację w niższej lidze. Na drugim poziomie rozgrywkowym nie wygrywa się tylko jakością piłkarską, wygrywa się mentalnością, nastawieniem, siłą fizyczną. Trzeba się przystosować do tej I ligi. Ważne, by działacze Wisły mieli cierpliwość, dużo cierpliwości. Bo to będzie trudny rok. Trzeba będzie dać sporo zaufania trenerowi i piłkarzom. To nie będzie łatwa droga. Bo jak nastawią się, że będą wygrywać mecz za meczem, to przy pierwszych porażkach z zespołami teoretycznie mniej potężnymi zacznie się nerwowość. To może tylko pogorszyć sprawę. Trzeba jasno nastawić się na walkę.

Szkoda, że tak nieprzyjemnie zakończyła się przygoda pańskiego rodaka, Luisa Fernandeza z Wisłą. Sportowo prezentował się dobrze, strzelał bramki, ale z powodu ataku na rywala wypadł na ostatnie cztery mecze i tak się pożegnał z klubem.

- Ten błąd kosztował go przykładną karę. Nawet w tej kwestii sytuacja rozwinęła się pechowo... Cóż, Luis musi z tego wszystkiego wyciągnąć nauczkę. Natomiast - nigdy nie wiadomo. Jeżeli klub byłby w stanie przekonać tego zawodnika do pozostania, to myślę, że ten akurat gracz również w I lidze byłby w stanie dać klubowi sporo pożytku. Czasem człowiek woli grać w takim klubie, jak Wisła w I lidze, niż w niektórych innych na najwyższym szczeblu rozgrywkowym. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy wolałbym prowadzić Wisłę w I lidze, czy mniejszy klub w Ekstraklasie, dla mnie wybór byłby jasny. Wolę wielki klub, nawet ligę niżej. Być może Luis Fernandez też nie miałby problemu z tym, by rywalizować na poziomie I ligi w Wiśle. A po roku może przecież wrócić z klubem do Ekstraklasy. Bo pamiętajmy, że to wprawdzie będzie smutny tydzień dla Wisły, ale trzeba już zacząć konstruować i myśleć pozytywnie. Trzeba być optymistą. A kto nie jest w stanie, powinien już teraz wrócić do siebie. Nie ma co czekać do ostatniego meczu z Wartą, nowy zespół trzeba zacząć budować już od dziś.

Rozmawiała: Justyna Krupa

Czytaj także: Echa spadku Wisły dotarły poza Polskę. "Ten klub nigdy nie zginie"

Reklama

Reklama

Reklama