Reklama

Reklama

Józef Młynarczyk: Dla wielu klubów Ekstraklasy to nieosiągalna frekwencja

- Widziałem na stadionie ogromną euforię tysięcy ludzi. I trzeba im mocno podziękować, bo byli bardzo cierpliwi. Przecież od trzeciej ligi na mecze chodziło prawie 18 tysięcy kibiców - podkreśla Józef Młynarczyk, który z Widzewem zdobył dwa mistrzostwa Polski i zagrał w półfinale Pucharu Europy.

Andrzej Klemba, Interia: Oglądał pan mecz z Podbeskidziem, po którym Widzew wywalczył awans do Ekstraklasy?

Józef Młynarczyk: - Niestety w trakcie meczu byłem na rodzinnej imprezie i nie mogłem być na stadionie. Co chwila jednak sprawdzałem wynik i trochę się zaniepokoiłem, kiedy Podbeskidzie wyrównało. Na szczęście za chwilę Widzew strzelił na 2-1 i trzymałem do końca kciuki, by nic złego już się nie wydarzyło.

Długo nie było Widzewa w krajowej elicie.

- To prawda, chyba po ośmiu latach wrócił do Ekstraklasy. To dla mnie moja wielka radość. Widziałem na stadionie ogromną euforię tysięcy ludzi. I trzeba im mocno podziękować, bo byli bardzo cierpliwi. Przecież od trzeciej ligi na mecze chodziło prawie 18 tysięcy kibiców. To frekwencja nieosiągalna na wielu stadionach w Ekstraklasie. Więc trzeba im pogratulować, a także wielu bezimiennym osobom, które pracowały przez te lata na rzecz powrotu Widzewa do ekstraklasy. Życzę też Widzewowi, by w niej zaistniał, wszedł do na dobre, a nie był tylko przelotem. Będę trzymał kciuki, by nie było tak, że wejdą i zaraz spadną.

Reklama

Pan grał w Widzewie przy większej publiczności sięgającej 30-35 tysięcy ludzi.

- To prawda, ale my wtedy graliśmy w europejskich pucharach. Z największymi klubami Europy. Wtedy nie mieliśmy odpowiedniego obiektu i musieliśmy korzystać z gościny ŁKS. Teraz Widzew ma swój porządny stadion, na którym można grać nie tylko w ekstraklasie. Jest w domu, na swoich śmieciach.

Na przełomie lat 70. i 80. XX wieku sprawiliście, że Widzew miał kibiców w całej Polsce.

- Jak tu grałem, to Widzew stał się zespołem rozpoznawalnym w Europie. Jeszcze na początku jak wylosowali nas, to na Zachodzie traktowali z pobłażaniem. Byli przekonani, że łatwo sobie poradzą. Przyjeżdżał zespół, w którym jeden był tak ubrany, drugi inaczej, trzeci miał taką torbę, a czwarty jeszcze inną. Jak kilka razy utarliśmy nosa faworytom, to zaczęto nas traktować zupełnie inaczej. Zaczęli wysyłać ludzi na obserwację naszych meczów. Zrobiliśmy wtedy wielką frajdę kibicom i całemu miastu. I nie tylko, bo jak jeździliśmy na mecze po całej Polsce, to bardzo często gratulowano nam występów z Juventusem czy Liverpoolem.

O tym znów marzą na Widzewie...

- Na szczęście teraz w Łodzi znów mają się z czego cieszyć. Do pucharów oczywiście bardzo daleka droga i na razie trzeba skupić się na tym, by stworzyć dobry zespół i utrzymać się w ekstraklasie. To będzie podstawowy cel Widzewa w kolejnym sezonie. Zbudować drużynę, która w pierwszym roku uniknie spadku. Życzę im najlepszego na tej nowej drodze.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL