Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (18 pkt.)
  • 2 .Śląsk Wrocław (14 pkt.)
  • 3 .Pogoń Szczecin (13 pkt.)
  • 4 .Lechia Gdańsk (13 pkt.)
  • 5 .Zagłębie Lubin (12 pkt.)
  • 6 .Raków Częstochowa (11 pkt.)
  • 7 .Wisła Kraków (11 pkt.)
  • 8 .Wisła Płock (10 pkt.)

Wydarzenie weekendu w PKO BP Ekstraklasie. Tak Laviczka rozmontował Lecha

W Australii musiał pokonać lęk przestrzeni i wesprzeć się na najwyższy most w Sydney, by jego FC Sydney przerwało passę porażek. Mniej karkołomnych czynów przed sezonem dokonał z piłkarzami Vitezslav Laviczka, bo to o nim mowa, by jego Śląsk posłał na deski rewelację otwarcia sezonu Lecha Poznań. Teraz to wrocławianie Czecha są największym przebojem wakacji w Ekstraklasie.

Trener Lavicka nie kryje, że jest wymagający. Wymaga sporo od siebie i od otoczenia. Nie poddaje się, nie idzie spać, dopóki nie dokończy jakiejś pracy. Teraz odbudowuje wielkiego Śląska. Czeskim mediom powiedział dwa lata temu coś, co świetnie oddaje jego charakter.

- Urodziłem się pod znakiem Byka i w moim wypadku sporo to znaczy. Potrafię być długo cierpliwy, nadzwyczaj cierpliwy, ale gdy już ktoś przekroczy granicę, potrafię wybuchnąć. Do tego stopnia, że biada - mówił Laviczka.

Łukasz Broź musiał dożyć wieku chrystusowego, w Ekstraklasie rozegrać 238 meczów, a przede wszystkim trafić na warsztat Laviczki, by zdobyć dwa gole w jednym spotkaniu.

Reklama

Powiecie, że przy obu przynajmniej pozory lepszej interwencji mógł sprawić bramkarz "Kolejorza" Mickey van der Hart i pewnie będziecie mieli rację. Fakty są jednak takie, że po drugim trafieniu prawego obrońcy Śląska rozpędzona po trzech kolejkach poznańska "Lokomotywa" zamieniła się w zdezelowaną i dojechała do końca toru.

Broź był skuteczny jak nigdy, ale do wypieczenia najbardziej smakowitego wrocławskiego chleba potrzebna była "Mąka". Po kilku miesiącach treningów u Laviczki Krzysztof Mączyński dyryguje drugą linią jak w czasach Euro 2016. Jest tam, gdzie być powinien, przewiduje, łata dziury, dogrywa wprost na nos, jak przy bramce na 1-3. W sporej mierze dzięki "Mące" Śląsk dyktował warunki na środku.

U Laviczki młodzieżowiec nie jest piątym kołem u wozu. Przemysław Płacheta to żywa reklama regulaminu mówiącego o konieczności wystawiania co najmniej jednego zawodnika w wieku poniżej 21 lat. Gdyby nie ta reguła o wychowanka Pelikana Łowicz nie biłoby się kilka klubów, po tym jak błysnął w Podbeskidziu.

Czeska mądra głowa znakomicie dobrała pod rywala taktykę. Laviczka wiedział, że Lechowi nie wolno pozwolić się rozpędzić. Dlatego jego piłkarze stosowali ultra wysoki pressing, który przynosił odbiory piłki, jak ten po niedokładnym podaniu Dżordże Crnomarkovicia. Po pół godzinie, gdy przyjezdni mieli już satysfakcjonujący wynik, delikatnie się cofnęli.

Do takiego grania potrzebna jest solidna podbudowa fizyczna. I Śląsk ją ma. W całym meczu, prowadzonym w niezłe jak na naszą ligę tempie, pokonał ponad 118,1 km, czyli o ponad sześć więcej niż Lech. Robert Pich "zrobił" aż 12,56 km.

Po ubiegłym sezonie trener przewietrzył szatnię. Podziękował dziewięciu piłkarzom, w tym: obu bramkarzom (Wrąblowi i Słowikowi, sprzedanemu do Vegalta Senadai za 250 tys. euro), Arkadiuszowi Piechowi, Igorsovi Tarasovsowi. Obsadę bramki wzmocnił niechcianym w Lechu Matuszem Putnockym, obronę - sprowadzonym z Lublany Dino Sztiglecem. W drugiej linii rozświetlił postać pozyskanego w styczniu tego roku Zambijczyka Lubambo Musondę (w Poznaniu zanotował 22 sprinty powyżej 25.2 km/h i dystans 12.25 km).

Jednocześnie moda na zagracanie składu kim popadnie, byle z zagranicznym paszportem, nie dotarła do Wrocławia. W szerokiej kadrze Śląska, na 32 zawodników, jest tylko siedmiu obcokrajowców. Niektóre kluby mają ich więcej w wyjściowym składzie.

Z Legii Ricarda Sa Pinto, czy Wisły Kiko Ramireza znaliśmy obyczaj sprowadzania niemal samych rodaków tych trenerów. I nie wszyscy byli "Carlitosami", których w naszej lidze zatrudniłby każdy szkoleniowiec, bez względu na paszport. Tymczasem Laviczka nie ściągnął żadnego Czecha, choć miał wpływ na dwa okresy transferowe. Co więcej, w Śląsku nie ma żadnego czeskiego piłkarza.

Efekt tych wszystkich zabiegów Laviczki jest taki, że Śląsk po czterech kolejkach jest liderem i ma o sześć punktów więcej niż rok temu. Pan Vitezslav dopiero się rozpędza. Śląska przejął 3 stycznia, osiem miesięcy temu. Na razie jego średnia punktów zdobytych na mecz to 1.71. W Sparcie Praga, w sezonie 2012/2013 miał ją na poziomie 2.17.

Laviczka ma niesamowitą wiedzę i doświadczenie, ale swój warsztat stale rozwija. Nie tylko poprzez uważne śledzenie najnowszych trendów w światowej piłce, ale też poprzez kontakt z innymi branżami, przede wszystkim z artystami. Nie kryje, że inspiruje go czeski aktor, piosenkarz, kompozytor i reżyser Jan Jirań, pracujący w teatrze Ypsilon.

W miniony piątek piękny koncert dał Śląsk Laviczki. Na pewno takiej gry nie wstydziliby się pokazać nawet na deskach Ypsilonu.

Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje