Reklama

Reklama

Śląsk Wrocław - Wisła Kraków 1-0 w 22. kolejce Ekstraklasy

Tabela nie kłamie. Choć Śląsk i Wisła w polskich warunkach to wciąż wielkie firmy, we Wrocławiu obie drużyny zaprezentowały się słabo. Gospodarze, po nieporozumieniu obrońców gości, zdobyli zwycięską bramkę i trzy punkty, które mogą okazać się kluczowe w dalszej części sezonu. A Wisła po szóstej porażce z rzędu dobiła do ściany.

Ekstraklasa - sprawdź wyniki, tabelę, terminarz

Piłkarzy próbowała rozgrzać piosenkarka Cleo, która wystąpiła na stadionie we Wrocławiu tuż przed meczem. A że potrafi to robić, świadczą setki fanów i pełne sale podczas jej koncertów.

Próbowali też kibice, którzy przygotowali imponującą oprawę. Na wielkiej płachcie już na początku spotkania pojawiła się podobizna trenera Tadeusza Pawłowskiego i napis: "Wojownik Śląski Legendarny Mistrz Polski Tadeusz Pawłowski".

Reklama

To wszystko na nic.

Starania uroczej piosenkarki i wrocławskich kibiców to za mało. Poza sytuacją w 30. sekundzie, a także szansą Wisły z końcówki pierwszej połowy, na boisku wiało nudą. Do tego stopnia, że fani z Krakowa i Wrocławia, którzy otwarcie mówili o "meczu przyjaźni", świętowanie długoletniej więzi powinni chyba rozpocząć od dużych kubków z kawą.

Oba zespoły zimą zostały solidnie przebudowane. Pawłowski, który jest legendarnym piłkarzem i trenerem Śląska, ma być ratunkiem na jeden z najgorszych sezonów Wisły od lat. Szkoleniowiec dostał kilka wzmocnień, a w piątek od pierwszej minuty zagrali Czech Zdenek Ondraszek, Ukrainiec Witalij Bałaszow i Rafał Pietrzak.

Pawłowski musiał radzić sobie za to bez kręgosłupa drużyny z jesieni. Zabrakło Radosława Cierzniaka (bramkarz został przesunięty do rezerw za podpisanie kontraktu z Legią) i kontuzjowanych Krzysztofa Mączyńskiego i Pawła Brożka. Jak trudno poskładać krakowskie puzzle, trener zdał sobie sprawę już po kilku minutach tego meczu. Ewidentnie brakowało mu kilku elementów.

I choć przez długie momenty kibice nie podrywali się z miejsc, to grę prowadzili przyjezdni i stworzyli dwie dobre okazje. Na początku spotkania źle wykopywał piłkę Mariusz Pawełek, ta spadła pod nogi Ondraszka, któremu przeszkodził Rafał Boguski i akcja spełzła na niczym.

Doświadczony pomocnik, który w piątek był odpowiedzialny za rozgrywanie, dostał nieoczekiwany prezent tuż przed przerwą. Długą piłkę posłał Arkadiusz Głowacki, a czubkiem głowy przedłużył ją Ondraszek. Ta spadła pod nogi Boguskiego, po którego strzale piłka odbiła się od dwóch słupków i wpadła do siatki. Jak się jednak okazało, w momencie podania pomocnik był na spalonym.

Więcej okazji w tej części nie było, choć wielką nadzieję na imponujący debiut w barwach Śląska mieli fani japońskiego "samuraja" - Ryoty Morioki. Nowy rozgrywający sprowadził na trybuny ponad 30 kibiców z ojczyzny, ale tylko raz poderwali się z miejsc - gdy Morioka strzelał niecelnie w pierwszej odsłonie.

Jak Boguski skończył pierwszą połowę, tak też zaczął drugą. Były reprezentant Polski znów był blisko, bo trafił w poprzeczkę, ale na tablicy wyników, poza upływającym czasem, niewiele się zmieniało. Piłkarz, do którego przez lata przylgnęła łatka największego pechowca, tego dnia znów nie miał szczęścia.

I choć długimi fragmentami Śląsk był tylko szarym tłem dla mało wyrazistej Wisły, to w 66. minucie przeprowadził akcję, która powinna dać bramkę. Przy strzale Toma Hateleya, piętą tor lotu piłki zmienił Kamil Biliński, a do pustej bramki trafił Morioka. Japońscy fani na trybunach we Wrocławiu ściskali się z radości, a sędzia Paweł Raczkowski uznał, że był spalony. I faktycznie, Biliński był ostatnim zawodnikiem przed Michałem Miśkewiczem w chwili podania do Morioki.

Piłkarze Śląska myśleli jeszcze o zmarnowanej okazji, a z szybką akcją ruszyli goście. Przeprowadzili ją podręcznikowo, a Bałaszow zamiast uderzyć mocno lub kombinacyjnie w ostatniej fazie, to podał piłkę Pawełkowi.

Gdy wydawało się, że ten mecz będzie wyglądał tak niemrawo do końca, Śląsk dostał rzut wolny. Hateley dośrodkował, a piłkę już miał na głowie Arkadiusz Głowacki, ale... uprzedził go Maciej Sadlok, czym tylko przedłużył podanie. Piłka trafiła do Tomasza Hołoty, który strzelił pierwszego gola wiosny na boiskach Ekstraklasy.

Gracze Romualda Szukiełowicza utonęli w uściskach, a Wisła miała duży problem. Bo choć z przebiegu meczu oba zespoły wyglądały podobnie, trzy punkty były bliżej wrocławian. Trener Śląska zapowiadał, że jego drużyna może grać brzydko, byle skutecznie.

Gospodarze zwietrzyli szansę i szukali drugiego gola. Pomylił się jednak m.in. Andrasz Gosztonyi. Z drugiej strony, po dograniu bodaj najlepszego gracza gości w tym meczu - Ondraszka, strzał Bałaszowa w doliczonym czasie gry wybronił Pawełek.

Śląsk odnalazł światełko w tunelu i być może nie zakończy sezonu tak nisko, jak wszystko na to wskazywało. Trzy punkty w ciasnej tabeli bardzo im się przydadzą, a tymczasem gościom może ich zabraknąć.

Po tym spotkaniu Śląsk awansował na 10. miejsce, krakowianie są na 13.

I marzą teraz o skuteczności. Na gola czekają już ponad 500 minut...

Łukasz Szpyrka

Śląsk Wrocław - Wisła Kraków 1-0 (0-0)

Bramka: 1-0 Tomasz Hołota (79.)

Żółta kartka - Śląsk Wrocław: Tom Hateley, Ryota Morioka, Dudu Paraiba, Andras Gosztonyi. Wisła Kraków: Donald Wilde-Guerrier, Maciej Sadlok, Richard Guzmics.

Sędzia: Paweł Raczkowski (Warszawa). Widzów: 14 000.

Śląsk Wrocław - Wisła Kraków - zobacz raport

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy