Reklama

Reklama

  • 1 .Legia Warszawa (61 pkt.)
  • 2 .Raków Częstochowa (56 pkt.)
  • 3 .Pogoń Szczecin (52 pkt.)
  • 4 .Piast Gliwice (42 pkt.)
  • 5 .Lechia Gdańsk (42 pkt.)
  • 6 .Śląsk Wrocław (42 pkt.)
  • 7 .Zagłębie Lubin (41 pkt.)
  • 8 .Warta Poznań (40 pkt.)

Puchar Polski. Raków Częstochowa był już w finale kopciuszkiem, teraz nie jest

Kiedy Raków Częstochowa po raz pierwszy i jedyny dotąd wystąpił w finale Pucharu Polski, był zespołem zaledwie trzecioligowym - jednym z najniżej notowanych, jakie kiedykolwiek doszły tak daleko. I omal nie sprawił niespodzianki.

Reklama

Władze polskiej piłki nożnej drżały. W 1965 do finału Pucharu Polski dotarł już jeden trzecioligowiec, zespół Czarnych Żagań. Przegrał wówczas z najlepszą polską drużyną tamtego okresu, Górnikiem Zabrze, ale ponieważ zabrzanie wywalczyli dublet, drużyna z trzeciej ligi zdobyła prawo gry w europejskich pucharach. Zapanowała wtedy konsternacja.

Puchar Polski z Czarnymi Żagań to problem

Reklama

Wystawienie trzecioligowca w rozgrywkach europejskich było szokującym ruchem. Chociaż Puchar Polski mógł zdobyć ktokolwiek, podobnie jak ktokolwiek mógł wystąpić w finale i zyskać prawo reprezentowania Polski, to jednak tego się nikt nie spodziewał. Zapadła więc decyzja, by Czarnych nie wystawiać. W tle znajdowały się obawy, czy przedstawiciele wojskowego klubu z tak niskiej ligi powinni wyjeżdżać za granicę bez odpowiedniej kontroli.

Próby wystawienia kogoś innego w miejsce Czarnych Żagań (padła propozycja, aby była to Legia Warszawa) nie dała rezultatu - UEFA się na to nie zgodziła. Polskie władze piłkarskie podjęły zatem bardzo kontrowersyjną decyzję - wycofały uprawniony klub i Polska w Pucharze Zdobywców Pucharów nie była w ogóle reprezentowana.

Raków Częstochowa kolejną rewelacją

W 1967 roku sytuacja się powtórzyła. Raz jeszcze do finału doszła drużyna trzecioligowa, gdyż Raków Częstochowa grał wtedy właśnie na tym poziomie, co Czarni Żagań. Zdegradowany z drugiej ligi rok wcześniej wcale nie był ścisłą czołówką w trzeciej lidze. Na koniec sezonu 1966/1967 zajął w niej dopiero czwarte miejsce, z bardzo wyraźną stratą do Unii Tarnów. Wyprzedziły go jeszcze Star Starachowice czy Wawel Kraków.

Pod tym względem Czarni Żagań w 1965 roku radzili sobie nawet lepiej, bo w swej grupie trzeciej ligi ustąpili tylko Starowi Starachowice oraz - tu ciekawostka - Lechowi Poznań, który w połowie lat sześćdziesiątych grał tak nisko. 

Znowu więc zrobiło się nerwowo. Co byłoby, gdyby trzecioligowiec sięgnął po trofeum? Też należałoby do wykluczać z europejskich pucharów, by uniknąć kompromitacji? Tuż przed meczem PZPN ogłosił, że tym razem takiego numeru jak dwa lata wcześniej nie wytnie - zdobywca Pucharu Polski będzie reprezentował Polskę w pucharach, choćby był to trzecioligowiec.

CZYTAJ TAKŻE: To drugi finał Rakowa Częstochowa i czwarty Arki Gdynia

Raków Częstochowa - całkiem przeciętna drużyna trzecioligowa - do finału dotarł po wyeliminowaniu 3-2 Karoliny Jaworzyna Śląska, 3-0 Hutnika Kraków, 2-1 Górnika Wesoła, po rzutach karnych Garbarni Kraków w ćwierćfinale, wreszcie w półfinale 2-1 Odrę Opole, która wówczas grała w drugiej lidze. Słowem, częstochowski zespół nie zmierzył się z żadnych rywalem z najwyższej ligi i żadnego nie wyeliminował. Pierwszym reprezentantem ekstraklasy, który stanął na drodze Rakowa, była Wisła Kraków.

I to nie była wtedy czołowa ekipa najwyższej ligi, bo w 1967 roku zajęła w niej dziesiąte miejsce. O ile więc w 1965 roku Czarni Żagań nie zdołali sprawić ostatecznej sensacji, gdyż nie dali rady mistrzom kraju z Górnika Zabrze, o tyle tym razem było to bardziej prawdopodobne.

Raków Częstochowa naprzeciw Wisły Kraków

Finał rozegrany został na stadionie Błękitnych w Kielcach, gdyż wtedy finały Pucharu Polski lokowano w rozmaitych, często nieco mniejszych ośrodkach piłkarskich, dla większej promocji futbolu. I rzeczywiście, pachniało w nim niespodziankę. Trzecioligowiec z Częstochowy, prowadzony przez zaledwie 31-letniego Jerzego Wrzosa, najmłodszego trenera w dziejach finałów Pucharu Polski, twardo się bronił, po bezbramkowym remisie doszło do dogrywki i dopiero tutaj upływ sił amatorów z Rakowa sprawił, że wiślacy wbili im dwa gole.

Wisła miała wtedy bez porównania trudniejszą drogę do finału, do którego awansowała ze skalpami Ruchu Chorzów czy Legii Warszawa, ale to właśnie częstochowska rewelacja sprawiła jej wyjątkowo duży kłopot. 107 minut Raków bronił się udanie, wreszcie skapitulował.

"Gazeta Krakowska" przyznała nawet, że to Raków był lepszy: "W pierwszej połowie znacznie skuteczniejsi i szybsi byli piłkarze Częstochowy. Mieli też więcej sytuacji podbramkowych. Krakowianie natomiast grali bez wyrazu. Szczególnie dotyczy to napastników, którzy w żaden sposób nie potrafili sobie poradzić z ambitnymi, ale nie najlepszymi obrońcami Rakowa. Po przerwie sytuacja zmieniła się nieco na korzyść krakowian, lecz jeszcze nie na tyle, by można im było wróżyć zwycięstwo." - pisała.

"Kibice drużyny [Rakowa] przyjechali specjalnym pociągiem, autobusami z transparentami, trąbkami, bębnami no i oczywiście z własnymi gardłami, których nie oszczędzali już przed meczem, wznosząc podczas przemarszu z dworca na stadion okrzyki na cześć Rakowa. Z niesionych transparentów krzyczały wierszowane hasła: "W Wisłę wierzy Kraków, lecz puchar zdobędzie Raków",. "Serce przy Rakowie, zwycięstwo w Częstochowie" itp. Kibice krakowscy stawili się na meczu w znacznie skromniejszej liczbie, przywieźli kilka klubowych chorągwi i papierowych chorągiewek z białą gwiazdą na czerwonym tle, nie wznosili przed meczem okrzyków, nie demonstrowali swej wiary w zwycięstwo wiślaków." - pisało wówczas "Echo Krakowa".

Tak liczni kibice Rakowa, dla których ten mecz był wydarzeniem największym w dziejach klubu, skorzystali ze zniżki 1/3 ceny biletów kolejowych. Warunkiem było zebranie minimum 10 osób, stworzenie ich listy i "poświadczenie listy w oddziale ruchowo-handlowym PKP przy ul. Boya-Żeleńskiego".

Łącznie stawiło się w Kielcach 3 tysiące kibiców Rakowa, dla którego mecz transmitowany przez telewizję (komentował Witold Domański), oblężenie przez dziennikarzy i oficjeli było sytuacją zupełnie niespotykaną. Trafili do świata, w którym ich nigdy dotąd nie było, świata wielkiej piłki.

W niedzielę 2 maja sytuacja się odwróci. To Raków Częstochowa będzie przedstawicielem dużej, polskiej piłki i zespołem z czołówki Ekstraklasy, a naprzeciw niego stanie szaraczek - Arka Gdynia z drugiego poziomu rozgrywkowego.

Dowiedz się więcej na temat: Puchar Polski | raków częstochowa | Wisła Kraków | Arka Gdynia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje