Reklama

Reklama

Papszun przerwał milczenie! "Jestem radykalnym przeciwnikiem! Nie wiedzieli, co się dzieje. 24 przepadło!"

- 12 piłkarzy Rakowa, niemal pół drużyny, po sezonie jedzie na zgrupowania reprezentacji. Siedmiu na kadry seniorskie, a pięciu na młodzieżowe, z czego czterech na U-21, czyli bezpośrednie zaplecze seniorskiej. Zatem dziesięciu jedzie na poważną kadrę, gdzie jeszcze rok temu dyrektor akademii, mam nadzieję, że już były, zarzucał mi, że ja nigdy żadnego reprezentanta nie wychowałem - podkreśla w wywiadzie dla Interii trener Rakowa Częstochowa Marek Papszun.

Michał Białoński, Tomasz Mucha, Interia: Trudno o sympatyczne podsumowanie sezonu w atmosferze, w jakiej zgotował Lech, obrażając was podczas fety. Można nad tym przejść do porządku dziennego?

Marek Papszun, trener Rakowa Częstochowa: Wiele zależy od zachowania drugiej strony. Różne rzeczy ludzie robią. Jedni się reflektują, a drudzy nie.

Prezes Rutkowski tłumaczy, że nie rozumiał, co kibice śpiewali i przypadkowo włączył się z nimi do śpiewania. Dostaliście oficjalne przeprosiny?

- Nic takiego do mnie nie dotarło. Nie widziałem ich.

Reklama

Szkoda, środowisko piłkarskie w Polsce powinno się jeśli nie szanować, to przynajmniej tolerować.

- Uważałem za naturalne, że my pogratulowaliśmy Lechowi mistrzostwa. Inni robią inaczej, trudno mi się do tego odnieść. To pytania do działaczy i piłkarzy Lecha. Ich należy zapytać czy to właściwy sposób świętowania i okazywania szacunku największemu rywalowi, który de facto dwa razy wygrał i raz zremisował z Lechem w tym sezonie.

Wróćmy do źródeł pana pracy w Częstochowie. Czuł pan zawód, albo czy dostał reprymendę od właściciela, gdy nie udało się panu awansować do 1. Ligi w sezonie 2016/2017? Zaprezentowano pana 18 kwietnia, a pierwszy mecz graliście po czterech dniach i zremisowaliście z Puszczą Niepołomice u siebie.

- Przez te pierwsze dwa mecze - 0-0 z Puszczą i porażkę 0-1 ze Zniczem w Pruszkowie ten awans nam uciekł. O ile nastawienie zespołu było dobre, bardzo dobre - widziałem, że od razu trafiłem do tych chłopaków, ale później nie mogliśmy "dźwignąć" wygrywania. Dlatego postawiliśmy na radykalne zmiany.

Od razu miał pan wizję opartą na taktyce z trójką środkowych stoperów i wahadłowymi? W Polsce w 2016 r. mało kto tak grał.

- Dokładnie tak. Prekursorem tego w naszym kraju był Robert Podoliński. On stosował tę taktykę w Dolcanie, później próbował implementować ją w Cracovii, ale nie wyszło. Jego przygoda szybko tam się skończyła.

Natomiast ja od początku ją wprowadzałem w Rakowie. O tym rozmawialiśmy z właścicielem Michałem Świerczewskim i nie wiem, czy to nie był jeden z elementów...

... dla których na pana Raków postawił?

- Tak jest. Miałem taką wizję, co na tamten czas było prawie niespotykane. Dzisiaj tak gra prawie każda drużyna. Większość Ekstraklasy zastosowała ten system, więc nie jest to żadne novum, ale wtedy było. Myślę, że dużo drużyn zainspirowałem tym modelem. Inni zobaczyli, że jest skuteczny, więc zaczęli go po prostu kopiować. To jest naturalne. Ja się cieszę, że wniosłem jakiś wkład w rozwój trenerów, że stanowiłem wzór do naśladowania.

Co było cięższe - znalezienie trójki stoperów, którzy dobrze sobie radzą w tym ustawieniu czy wahadłowych, którzy muszą mieć końskie zdrowie?

- Każda pozycja była trudna nie tylko do obsadzenia, ale też zainspirowanie chłopaków tym systemem było niełatwe. Przekonanie ich do tego, że to będzie skuteczne. Możemy mówić o skrzydłowych i stoperach, ale też o środkowych pomocnikach, którzy trochę pełnią inną rolę, "dziesiątkach", półnapastnikach, o "dziewiątce", która też ma mocno zdefiniowane zadania, a także bramkarz, przed którym stoją duże wymagania. Każda pozycja była wymagająca, tym bardziej, że dzisiaj sporo drużyn też tak gra, a one pozyskują zawodników, którzy mieli do czynienia z 1-3-4-3, gdzieś liznęli, że tak ujmę kolokwialnie, tej struktury organizacyjnej. Jeśli ktoś ma w niej doświadczenie, to trochę mu łatwiej, ale nawet on potrzebuje trochę czasu, żeby u nas się wdrożyć. Dostosować się do całego systemu pracy, reżimu treningowego, całego sposobu funkcjonowania w drużynie.

Na ogół, gdy ktoś z zagranicy trafia do Ekstraklasy, to jest to już piłkarz ukształtowany, mający za sobą występy w pierwszej czy młodzieżowej reprezentacji swego kraju. Tymczasem Tomasza Petraszka to pan odkrył Czechom. Trafił do pana w drugiej lidze, a dopiero poprzez Raków i Ekstraklasę wybił się do reprezentacji Czech. Z pieczątką jakości Marka Papszuna.

- Widzi pan, że się uśmiecham, bo to dla mnie duża satysfakcja. Tomasz jest tu sześć lat, przybył do Rakowa niedługo po mnie. Ja trafiłem tu 18 kwietnia 2016 roku, a on w czerwcu. Jako jedyni się ostaliśmy od tamtego czasu. On przeszedł z nami całą drogę od trzeciego poziomu rozgrywkowego do Ekstraklasy, jest jednym z czołowych obrońców naszej ligi. To jest piękna historia, ale to nie jest też przypadek. 

Wielu spośród nich rozwinęło się tutaj. Jak Patryk Kun, który był z nami już w pierwszej lidze. Czterej młodzieżowcy, podobnie. Papanikolaou to świeży przykład piłkarza, który nam się ostatnio rozwinął. Tak samo Sorescu, który jest powoływany na każde zgrupowanie. Na dodatek Andrzej Niewulis jest w orbicie zainteresowań selekcjonera pierwszej reprezentacji Czesława Michniewicza. Na czerwiec nie jest powołany z powodu kontuzji. Sporo jest chłopaków, którzy się u nas rozwinęli. To dla mnie bardzo ważne.

Papszun nie owija w bawełnę. "Byłem radykalnym przeciwnikiem przepisu o młodzieżowcu od jego zarania"

Dlaczego Raków Częstochowa sprzeciwia się przepisowi obligującemu kluby do wystawiania młodzieżowca w Ekstraklasie? Uważa pan, że to pchanie młodych do składu na siłę, ze względu na wiek, a nie umiejętności?

- Ja byłem radykalnym przeciwnikiem tego przepisu od początku jego wprowadzania. Gdy PZPN zaczął go wprowadzać, zorganizował w Łodzi debatę z udziałem wszystkich trenerów z licencją UEFA Pro, UEFA A. Byłem ja, trener Waldemar Fornalik, Jacek Magiera i Czesław Michniewicz. Dwaj ostatni byli trenerami reprezentacji młodzieżowych. Ja i trener Fornalik od początku byliśmy zdecydowanymi przeciwnikami. Uważam, że nieprzypadkowo my obaj.

Uważa pan, że to nietrafiony pomysł?

- Sama idea promocji młodych piłkarzy jest dobra. Natomiast nie można tego robić w sposób sztuczny. Przepis zabija uczciwą rywalizację sportową. W tym układzie jedni zawodnicy są preferowani kosztem innych. Trzech-czterech zawodników praktycznie nie gra, tylko jest jako zabezpieczenie, bo ich poziom sportowy jest za niski, a mogliby się ogrywać na niższych poziomach. Statystyki pokazują, że przepis nic nie wnosi pozytywnego, a często osłabia zespół czyli też poziom gry. Nie tędy jest droga do poprawy skuteczności szkolenia.

Marek Papszun: 24 byłych młodzieżowców przepadło

Czyli słabszy 21-latek gra kosztem lepszego 22-latka i starszych?

- Dokładnie tak! Poza tym, szkoda tych chłopców. Pozwoliłem sobie zrobić zestawienie młodzieżowców z rocznika 1999, którzy kończyli wiek młodzieżowca w zeszłym roku. Było ich w Ekstraklasie bodaj 38, z czego dwóch wyjechało za granicę - Tymoteusz Puchacz i Jakub Moder, ale oni byli wypożyczani do 1. Ligi, czyli byli ogrywani w seniorskiej piłce. To jest to, o czym mówię od lat - młodzi powinni być wypożyczani i grać jak najwięcej w 1. i 2. Lidze, a później wracać gotowi na Ekstraklasę. 24 spośród tych chłopaków przepadło. Są niżej niż byli. Nie utrzymali statutu, pomimo tego, że on i tak był niski. 12 utrzymało ów statut, niektórzy nie grali, a teraz też nie grają. Tylko pięciu zawodników gra w Ekstraklasie poważniejsze role. Są to: Chodyna, Slisz, Gryszkiewicz, Łyszczarz i Strączek.

Na dodatek za Slisza Legia zapłaciła milion euro, więc nie może go posadzić.

- Ale on grał już wcześniej, przed tym transferem. Chciałbym jednak podkreślić, że 24 chłopaków przepadło, a być może, gdyby ich wypożyczano do niższych lig, teraz by grali. Z tych 38 młodzieżowców i tak większość nie grała, niektórych nazwisk nawet nie znałem. Natomiast w kadrach musieli być. Przez ten przepis.

Dla nas trudne było komponowanie kadry. Zawodnicy czasem nie wiedzieli, co się dzieje. Nagle do składu wskakuje zawodnik młody, któremu się nie należy miejsce, ale w meczu Pucharu Polski dwóch młodzieżowców musi być na boisku, przez co wypada dobry zawodnik. Lepsi nie mieszczą się wówczas nawet na ławce, bo ja tam muszę mieć dwóch albo trzech młodzieżowców rezerwowych.

Na wypadek kartki lub kontuzji tych grających?

- Dokładnie. Za chwilę jest mecz ligowy i ci, co grali w pierwszym składzie wypadają poza kadrę i w ogóle nie wiedzą, co się dzieje. Co im mam tłumaczyć: "Grałeś, bo jesteś młodzieżowcem"? Tak to wygląda i nie wiem, czy o to chodzi.

Argument obrońców przepisu jest prosty: stawiamy na Polaków.

- Tak, ale to jest przekaz ogólny. Mówmy o konkretach, co za tym idzie. Nasza droga jest tylko taka - stawianie na utalentowanych Polaków. Ci, którzy się wyróżniają, wyjeżdżają za granicę. Przede wszystkim, jeśli chcemy mieć więcej w lidze młodych Polaków, to musimy ich zacząć dobrze szkolić. Zestawieniem zawodników z rocznika 1999 udowodniłem, że tych chłopców nie ma! To jest argument koronny. To się nie poprawi. Wszystkie problemy na dole piramidy zamietliśmy pod dywan, uznaliśmy, że tu się nic nie poprawi, wyszliśmy na samą jej górę i uznaliśmy: "tu jest super!". To tak nie działa. My nie mamy skąd tych chłopaków wziąć, ich nie ma.

Marek Papszun: Poziom Centralnej Ligi Juniorów oscyluje między czwartą a piątą ligą

Ale przecież chlubą PZPN-u od lat są Centralne Ligi Juniorów. To rywalizacja w nich miała przygotowywać do dorosłej piłki.

- Przeskok z ligi juniorów do seniorskiej piłki jest drastyczny. Poziom CLJ-ki oscyluje między trzecią a czwartą ligą. Czyli między czwartym a piątym poziomem rozgrywkowym. Zatem jakim cudem mamy ich wprowadzić do Ekstraklasy?

Ten poziom ligi juniorskiej jest aż tak niski? Widział pan jakieś konfrontacje, że jest tego pewien?

- Oczywiście, że oglądamy młodych piłkarzy. Widzimy juniorów w czwartej lidze, wszystko można zweryfikować. Dlatego najsilniejsze kluby dążą do tego, by ich rezerwy grały jak najwyżej w seniorskiej piłce, by tam ogrywać młodzież. Wiedzą, że juniorzy to jakby przedłużenie piłki dziecięcej, od Ekstraklasy dzieli ich przepaść. Talenty powinny być ogrywane w 1.i 2. Lidze. Tak to powinno wyglądać i dlatego byłem ortodoksyjnym przeciwnikiem przepisu o młodzieżowcu, choć jego ideę rozumiem. Jest słuszna, przy czym my nie musimy sobie jej sztucznie napędzać. Chcemy kupić młodych zawodników.

W akademii ich nie macie?

- Jeszcze nie. Z różnych przyczyn. Przy czym mamy świadomość, że nie będzie bezpośredniego przejścia z akademii do pierwszej drużyny. Za duża jest różnica poziomów. Oni muszą wyjść do innego klubu, tam się rozwinąć i dopiero wrócić. Tak jak stało się z Oskarem Krzyżakiem: wypożyczenie do drugiej ligi wystarczyło, był dobry. Następny sezon to Skra Częstochowa na zapleczu Ekstraklasy. Dał radę, dlatego może zostać w kadrze pierwszego zespołu Rakowa. I tak powinien ten proces wyglądać. Kacper Trelowski był wypożyczony do Sokoła Ostróda, tam się rozwinął. A przepis o młodzieżowcu nakazuje nam wstawiać chłopaków, którzy nie są gotowi na Ekstraklasę.

Czytaj także: Skandal podczas fety Lecha. Bojkot Rakowa?

Jutro (środa) opublikujemy II część wywiadu z Markiem Papszunem.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL