Reklama

Reklama

  • 1 .Wisła Kraków (4 pkt.)
  • 2 .Lech Poznań (4 pkt.)
  • 3 .Pogoń Szczecin (4 pkt.)
  • 4 .Radomiak (4 pkt.)
  • 5 .Piast Gliwice (3 pkt.)
  • 6 .Raków Częstochowa (3 pkt.)
  • 7 .Zagłębie Lubin (3 pkt.)
  • 8 .Legia Warszawa (3 pkt.)

Prezes Pogoni przyznaje: Są zapytania o Kacpra Kozłowskiego

Czy Kacprem Kozłowskim rzeczywiście interesuje się FC Barcelona? Co z Pawłem Cibickim, który otwarcie przyznaje, że ma problem z hazardem? Czy Jean Carlos to jedyne letnie wzmocnienie Portowców? Na te i wiele innych pytań odpowiada w rozmowie z Interią prezes Pogoni Szczecin, Jarosław Mroczek.

Jakub Żelepień, Interia: Sezon, który miał być katastrofą, zakończył się brązowymi medalami. Rok temu opuścił was największy sponsor - Grupa Azoty, straciliście też kilku ważnych graczy. Na przekór wszelkiej logice osiągnęliście sukces. Jak to się stało?

Jarosław Mroczek, prezes Pogoni Szczecin: Odejście sponsora było i jest jakimś problemem finansowym, ale na pewno nie jest problemem sportowym. Drużynę budowaliśmy od kilku lat, pod tym względem niczego nie zmienialiśmy. Myślę, że znacznie groźniejsze od odejścia Grupy Azoty, mogło być zamieszanie covidowe. Obawialiśmy się, że to pokrzyżuje nam plany.

Reklama

Sponsora nie macie od blisko roku. Wasze oczekiwania są na tyle duże, że nikt nie jest w stanie im sprostać?

­- Nie, to wynika z ogólnych problemów gospodarczych, które pojawiły się wraz z wybuchem pandemii koronawirusa. Świat żyje w ciągłej atmosferze niepewności. Niewiele podmiotów jest gotowych na to, aby rozmawiać o rozpoczęciu współpracy, która nas interesuje. Pracujemy nad tym, szukamy partnerów. Wyciągamy też wnioski z tego, co się stało. Wiemy już, że w przyszłości nie chcemy polegać na jednym sponsorze. Niezależnie od tego, jak duża firma miałaby to być.

Czy po sukcesie z zeszłego sezonu nie odezwała się do was Grupa Azoty z propozycją powrotu do współpracy?

- W tej spółce nastąpiły pewne zmiany - przede wszystkim na stanowisku prezesa. To ogromna spółka, w której nie brakuje naszych kibiców. Relacje pomiędzy pracownikami Pogoni a Grupy Azoty są bardzo pozytywne. Te poprzednie relacje zniknęły i przestały być problemem. Tak mogę w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie.

Kończąc wątek Grupy Azoty - czy prawdą jest, że rozstanie Pogoni ze spółką skarbu państwa miało podtekst polityczny?

- To jest kwestia interpretacji. Być może niektórzy chcieli, żeby tak to wyglądało. Mnie takie rozgrywki nie interesują. Jako klub, wywiązywaliśmy się z umowy. Decyzja Grupy Azoty była moim zdaniem bardzo niesprawiedliwa. Trudno, to już za nami. Nie wracamy więcej do tego tematu.

Czy Pogoń jest bezpieczna finansowo w tej chwili?

- Zależy, jak na to patrzeć. Na pewno nie ma u nas Romana Abramowicza, który sypałby pieniędzy. Nie jest też jednak tak, że zadłużamy się na jakieś niebotyczne kwoty. Z tego też wynika, że nie kupujemy zawodników na pęczki, ale raczej chcemy rozwijać tych, którzy już u nas są.

Ale z drugiej strony transfery Alexa Gorgona czy Michała Kucharczyka pokazały, że jest naprawdę dobrze.

- To zasługa dyrektora sportowego i szefa skautów. Panowie znają rynek, są na bieżąco. Wiedzą o wielu rzeczach, które nie dochodzą do wiadomości publicznej. Jeśli jest okazja, aby pozyskać dużo jakości za małą cenę, to zawsze z tego skorzystamy. Nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy współpracować z trenerem, który przychodzi i mówi: "Proszę mi kupić pięciu zawodników". Tak w tym klubie nie będzie. Nie chodzi o to, żeby kupić sobie tytuł, ale żeby wywalczyć go sportowo.

Czy trener Runjaic nakreślił zarządowi, jakich zawodników potrzebuje przed nowym sezonem?

- Zawsze tak jest. I to nie tylko z tym trenerem, ale również z poprzednimi. Dyskusje o transferach zaczynają się nie na tydzień przed okienkiem, ale dużo, dużo wcześniej. Trener mówi nam, jaki profil piłkarza przydałby mu się w zespole. Wtedy zaczynamy przeszukiwać rynek i przedstawiamy szkoleniowcowi swoich kandydatów. Ten albo ich akceptuje, albo nie. Piłkarz musi też oczywiście wpisywać się w nasze ramy finansowe. Nie chcemy kominów płacowych. Wychodzimy też z założenia, że zanim ściągniemy obcego piłkarza, rozglądamy się po naszej Akademii. Nie brakuje nam utalentowanych chłopaków, którzy dobijają się do bram pierwszego zespołu.

Czy Jean Carlos to pomysł Kosty Runjaica?

- Nie. Trener powiedział, w jakiej formacji potrzebuje wzmocnień, a nasz komitet transferowy zaczął pracę. Przedstawiliśmy szkoleniowcowi Jeana Carlosa, a on go zaakceptował. Trener bierze odpowiedzialność za transfer, do niego należy ostatnie słowo. Przecież to nie zarząd będzie na co dzień współpracował z piłkarzem.

Czy są już pomysły na kolejne transfery? Jeden to trochę mało.

- Zawsze mnie to fascynuje, dlaczego ludzie patrzą na rozwój zespołu tylko przez pryzmat transferów.

Nie tylko, ale jesteśmy w okresie transferowym, więc to dość naturalne pytanie.

- Okres transferowy to nie jest żaden obowiązek zmiany zespołu. Zbudowaliśmy drużynę, która odniosła sukces, jest w niej wielu młodych i utalentowanych zawodników. To jest kwestia decyzji: czy ściągamy jakiegoś nieznanego 30-letniego faceta, który być może chciałby tylko odcinać kupony, czy stawiamy na swoich młodzieżowców. Podkreślam, że mamy naprawdę zdolną młodzież. Ściąganie nowych zawodników skazywałoby ich w najlepszym wypadku na siedzenie na ławce, a to nie jest dobra droga.

Jak w czasach brazylijskiej Pogoni?

- Tak daleko bym nie szedł. Nie chcę powiedzieć, że zespół będzie się opierał wyłącznie na młodych. Muszą być w nim też doświadczeni piłkarze, którzy mogą coś dać młodzieżowcom. Najważniejsze to znaleźć odpowiedni balans. Jako klub jesteśmy w przełomowym momencie, w którym spora grupa naszych młodych zawodników wchodzi w taki wiek, który jest odpowiedni, aby zacząć zaznaczać swoją obecność w Ekstraklasie. Podjęliśmy decyzję, że okienko transferowe to u nas przede wszystkim przesunięcia między zespołami juniorskimi czy rezerwami a pierwszą drużyną. Czytam często komentarze kibiców, którzy to krytykują. Nie będę się oburzał, bo takie jest ich prawo. Proszę jednak zrozumieć, że nie można polegać na radach typu: "kupcie tego i tego, bo ja go widziałem i na pewno będzie świetny".

Nie boi się pan, że kadra będzie trochę za krótka?

- Kadry zespołów liczą między 24 a 27 osób. I my taką mamy. W każdej chwili możemy ją zresztą uzupełnić chłopakami z Akademii, którzy wręcz nie mogą się doczekać dołączenia do pierwszej drużyny.

Czy jest ziarno prawdy w pogłoskach o Mariuszu Malcu? Włoskie media informują o zainteresowaniu jego usługami ze strony Salernitany czy Hellasu Werona.

- Pytań z klubów zawsze jest dużo. Nie tylko w czasie okienka, ale właściwie przez cały sezon. Droga od zapytania do transferu jest jednak tak długa, że aż trudno sobie to wyobrazić. Może być tak, że piłkarz, o którym rozpisują się media, nie przejdzie do żadnej drużyny, a tymczasem ktoś, o kim dziennikarze milczą, niepostrzeżenie zmienia klub.

Na Euro patrzy pan z nadzieją na występy Kacpra Kozłowskiego czy raczej ze strachem, że za chwilę go w Szczecinie nie będzie?

- Oczywiście, że z nadzieją. Wiele razy udowodniliśmy, że w tym klubie zależy nam przede wszystkim na rozwoju naszych zawodników. Dokładnie wiemy, co kto potrafi. Jeżeli chodzi o Kacpra, uważamy, że ma się jeszcze czego nauczyć w lidze polskiej. On zresztą uważa tak samo. Jego rodzice i agent też nie napinają się na szybki transfer. Proszę do tego podejść na spokojnie.

Czy może pan zagwarantować, że Kacper zostanie w Pogoni na jeszcze jeden sezon?

- Nie wiem, jeśli przyjdzie ktoś i powie, że daje 50 milionów euro, to oczywiście, że będziemy chętni. Nie oznacza to jednak, że Kacper będzie chętny na transfer, bo może będzie to druga liga włoska. Daję idiotyczny przykład, ale robię to w pełni świadomie. Chcę pokazać, że nie każdy klub jest odpowiedni. Różne rzeczy dzieją się w piłce. Może być tak, że jakiś szejk kupi sobie klub i będzie ściągał, kogo popadnie. Wracając jednak do rzeczywistości: na razie żadnych konkretnych ofert nie było, choć zapytań nie brakuje. Wszyscy dostali tę samą odpowiedź - na ten moment nie ma tematu transferu.

Juventus i Barcelona też dostały taką odpowiedź?

- Nie rozmawialiśmy z Juventusem i Barceloną.

Przejdźmy w takim razie do innego głośnego ostatnio tematu. Paweł Cibicki. Co z nim?

- Sąd ogłosił wyrok uniewinniający, ale nie oznacza to, że już jest niewinny. To subtelna różnica, ale bardzo ważna. Wciąż nie może bowiem grać w piłkę. Ja życzę Pawłowi jak najlepiej, natomiast niestety na ten moment wciąż ciąży na nim zawieszenie nałożone przez FIFA. Do tego dochodzi procedura prawna w Szwecji. Wiemy, że prokuratura jest bardzo niezadowolona z tego wyroku i chce wnieść apelację. To może potrwać kolejny rok.

To musi być wyjątkowo trudna sytuacja dla klubu.

- Tak, bo nie wiemy tak naprawdę, czy mamy zawodnika, czy nie. Proszę pamiętać, że nawet jeśli okaże się, że Paweł jest niewinny, to będzie po rocznej albo i dłuższej przerwie od piłki. Przez ten czas nie mógł ani grać, ani trenować. Czasami w takich wypadkach to jest już katastrofa na całe życie.

Czy możecie mieć do siebie pretensje, że nie sprawdziliście tego przed podpisaniem kontraktu z Cibickim?

- Absolutnie, nie da się zrobić takiego śledztwa. Wiedzieliśmy oczywiście o jego problemie z hazardem - do którego zresztą sam się przyznał - i z tym próbowaliśmy mu pomóc. To jest swego rodzaju choroba, którą trzeba leczyć. Ja nie wiem, jaki on jest teraz. Może jak dostanie pięć złotych, to będzie chciał od razu je wydać w kasynie. A może będzie chciał odkładać do skarbonki i oszczędzać.  Nie mam pojęcia.

Z Pawłem Cibickim czy bez - na co stać Pogoń w Europie?

- Wracamy do Europy po 21 latach, znamy bolączki Ekstraklasy. W porównaniu do drużyn z najlepszych lig na boisku wolniej podejmujemy decyzję i nie zakładamy tak zdecydowanego pressingu. Wiem, że nasz sztab nad tym pracuje. Nie jest to jednak łatwe, bo na razie nie znamy nawet rywala. To, czego jestem pewien, to nastawienie drużyny. Chłopaki są bardzo zmotywowani, żeby pokazać się z dobrej strony. To zresztą wiąże się z premiami, które mają zagwarantowane. Trzeba mieć nadzieję i ja ją mam. Ideałem dla klubu, zawodników, ale i całej polskiej piłki byłaby faza grupowa. Łatwo jednak nie będzie.

Skoro mówimy o polskiej piłce, to muszę zapytać, czy wie pan już, na kogo zagłosuje w zbliżających się wyborach na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej?

- Na razie rozmawiamy z kandydatami, staramy się spotykać, wysłuchiwać ich propozycji. Gdybym miał kierować się tylko walorami towarzyskimi, to głosowałbym na Czarka Kuleszę, bo bardzo się lubimy. Lubię wyjazdy do Białegostoku, dogadujemy się ze sobą. PZPN to jednak poważna sprawa, nie można kierować się osobistymi sympatiami.

Co jest najtrudniejsze w byciu prezesem Pogoni Szczecin?

- Bycie prezesem Pogoni Szczecin (śmiech). Obszarów jest naprawdę mnóstwo. Cały czas nie mamy gotowego obiektu, budowa trwa już dwa lata. Jest przy tym sporo pracy, mnóstwo spotkań, rozmów i dyskusji. Chcielibyśmy, aby wszystko było już skończone, bo wtedy wynik sportowy będzie zależał tylko od nas. A nasze ogólne cele się nie zmieniają: Puchar Polski i/lub mistrzostwo. Byliśmy blisko, ale potrzebujemy jeszcze trochę cierpliwości.

To chyba pańskie ulubione słowo.

- Cierpliwość?

Tak.

- Nie, ja wbrew pozorom jestem niecierpliwy i bardzo emocjonalny. Z wiekiem człowiek się jednak uspokaja i uczy opanowywać. Emocje mogę mieć na trybunach, ale w codziennym działaniu nie są one wskazane.

Jakub Żelepień
 


Dowiedz się więcej na temat: Jarosław Mroczek | Pogoń Szczecin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje