Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (41 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (37 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (35 pkt.)
  • 4 .Radomiak (35 pkt.)
  • 5 .Lechia Gdańsk (33 pkt.)
  • 6 .Wisła Płock (29 pkt.)
  • 7 .Górnik Zabrze (28 pkt.)
  • 8 .Stal Mielec (28 pkt.)

Damian Dąbrowski: Przed podpisaniem kontraktu nie znałem kibicowskich animozji

- Muszę szczerze przyznać, że nie znałem kibicowskich animozji pomiędzy Pogonią a Cracovią. Zostało mi to wyjaśnione dopiero po tym, jak podpisałem kontrakt w Szczecinie. Zacząłem się wgłębiać w temat i zrozumiałem, o co chodzi. Nie spodziewałem się, że wynikną z tego jakieś małe kłopoty na początku mojego pobytu w klubie. Na szczęście szybko miałem okazję, aby pokazać na boisku, że jestem przydatny – mówi w rozmowie z Interią Damian Dąbrowski, pomocnik Pogoni Szczecin.

Jakub Żelepień, Interia: Czy kluczem do świetnej gry obronnej Pogoni w zakończonym sezonie był Damian Dąbrowski w dobrej formie?

Damian Dąbrowski, Pogoń Szczecin: - Nie mógłbym tak powiedzieć. Uważam, że naszą siłą był jednak monolit. Wiele osób zgrało się w tym sezonie tak dobrze, że jeden drugiego uzupełniał. Poza tym każdy trafił z formą. Dlatego defensywnie wyglądaliśmy tak dobrze.

Pan też był w dobrej formie. Najlepszy sezon w karierze?

- Pod względem sukcesu sportowego, to był to mój najlepszy sezon. Patrząc z kolei na liczby, miewałem już lepsze rozgrywki. Jest więc jakaś rezerwa, ale to dobrze, bo wiem dzięki temu, że wciąż mogę się rozwijać.

Reklama

Rzeczywiście trochę tych goli brakuje. Nie ma pan jeszcze ani jednego w Pogoni.

- Oczywiście. Dochodzą do mnie takie głosy, jest jakaś tam presja. Ja jednak podchodzę do tego na spokojnie. Miewałem już w karierze różne sezony - raz nie strzelałem, raz strzelałem. Wiem, że bramki w końcu przyjdą. Jeśli miałbym natomiast wybierać pomiędzy moimi golami a takim sezonem całej drużyny, jak ten, to wolę sukces zespołowy.

Postrzega pan samego siebie jako szóstkę czy ósemkę? Czy to niemożliwe do określenia u Kosty Runjaica?

- Jest spora rotacja w linii pomocy. Mimo wszystko można wyróżnić w zespole tę klasyczną szóstkę i to ja spełniam tę rolę. Jeśli mnie zabraknie przed obrońcami, a nikt mnie nie wyręczy, to wina spada na mnie. Muszę myśleć o defensywie.

Prawie dwa lata temu przyszedł pan z Cracovii. To dość trudny transfer, biorąc pod uwagę relacje kibicowskie. Nie miał pan obaw?

- Muszę szczerze przyznać, że nie znałem tych wszystkich zależności. Zostało mi to wyjaśnione dopiero po tym, jak podpisałem kontrakt w Szczecinie. Zacząłem się wgłębiać w temat i zrozumiałem, o co chodzi. Nie spodziewałem się, że wynikną z tego jakieś małe kłopoty na początku mojego pobytu w klubie. Na szczęście szybko miałem okazję, aby pokazać na boisku, że jestem przydatny. Dałem kibicom powody do tego, żeby oceniali Damiana Dąbrowskiego przez pryzmat murawy, a nie zaszłości historycznych.

Nie widział pan już szans na grę w Cracovii?

- Sytuacja zabrnęła tak daleko, że zostając dłużej w klubie, musiałbym pogodzić się z bardzo małą liczbą minut. To nie było dla mnie dobrą opcją. Cieszyłem się więc, że zgłosiła się Pogoń, bo sportowo był to awans. Po dwóch latach można to powiedzieć z pełna stanowczością.

Pogoń się rozwija, a duża w tym zasługa Kosty Runjaica. Jaki to trener?

- Muszę się o nim wypowiedzieć w samych superlatywach. Ma fajny warsztat, co jest najistotniejsze w tym fachu, poza tym jest poukładany taktycznie. Jego treningi dają nam dużo, a do tego są w przyjemnej formie. Trener jest też po prostu dobrym człowiekiem. Wyznaje dość proste zasady i umie porozmawiać z zawodnikami. A dobry kontakt i przepływ informacji jest kluczowy. Przekaz trenera jest zawsze jasny. Wiemy, jakie są wymagania.

Podczas posezonowej imprezy na statku Kosta Runjaic bawił się z wami jak kolega?

- Uważam, że to jest złe określenie. Trener Kosta Runjaic bawił się z nami jak prawdziwy trener. Jesteśmy jedną drużyną i pokazaliśmy to wiele razy w tym sezonie. Ta feta udowodniła też, że wszyscy jesteśmy - jak to się mówi - i do tańca, i do różańca.

Jak trener zareagował na utratę szans na wicemistrzostwo?

- Był zły. Czuliśmy to. Nikt w klubie nie zakładał, że stracimy to drugie miejsce. Najpierw wydawało się, że dowieziemy je w miarę spokojnie. Później liczyliśmy na nasz mały finał z Rakowem w ostatniej kolejce. Ostatecznie wyszło tak, że tydzień przed końcem ligi nie mieliśmy już szans na wicemistrzostwo. Trzeba się z tym pogodzić i pogratulować Rakowowi.

Może odejdźmy na chwilę od piłki. Jest pan raczej rodzinny, spokojny czy bardzo rozrywkowy?

- Nie lubię o sobie mówić. Najlepiej zapytać moich kolegów czy bliskich. Ale jeśli już muszę coś powiedzieć, to sam siebie uważam raczej za osobę rodzinną. Odnajduję się w szatni, zawsze dorzucę jakiś kawał od siebie, ale to jednak rodzina jest na pierwszym miejscu. Tak zostałem wychowany i tak już zostanie.

Czyli jest pan cały czas tym samym Damianem, który kilkanaście lat temu grał na osiedlowym Old Trafford, jeździł do kuzyna grać na PlayStation 1 i fascynował się Deluxe Ski Jump?

- To są fantastyczne rzeczy! W konsolach pozmieniały się delikatnie numerki, w Deluxe Ski Jump poprawiła się grafika, ale ja się nie zmieniam. Gdyby któryś z moich znajomych z lat dziecięcych do mnie zadzwonił i zaproponował wspólną grę na orliku, to nawet bym się nie zastanawiał. Teraz częściej na boisko przychodzę z synem, ale jeśli tylko jestem w domu, to zawsze staram się odwiedzić miejsca, w których sam zaczynałem kopać piłkę.

Proponuję zmianę tematu o 180 stopni. Czy wierzy pan jeszcze w powołanie do kadry narodowej?

- Do tej pory rozegrałem jeden mecz. To było oficjalne spotkanie, z czego jestem bardzo dumny. Od zawsze o tym marzyłem i zrobiłem to. Jest jednak też spory niedosyt. Liczyłem na to, że uda mi się zrobić na szczeblu reprezentacyjnym trochę więcej. Życie mnie jednak zweryfikowało. Musiałem długo walczyć o powrót do zdrowia. Teraz wszedłem na właściwe tory. Powiedziałbym nawet, że dostałem drugie piłkarskie życie. Będę dążył do tego, żeby historia zatoczyła koło. Chciałbym dostać szansę w narodowych barwach. A czy tak będzie? Życie pokaże.

A wyjazd zagraniczny bierze pan pod uwagę?

- Gdy byłem młodszy i wyobrażałem sobie swoją karierę, przebierałem wręcz nogami, żeby tylko wyjechać. Teraz patrzę na to troszeczkę inaczej, ale nie mogę powiedzieć,  że nie biorę tego pod uwagę. Gdyby otworzyła się przede mną szansa i byłoby to dla mnie właściwe miejsce, przemyślałbym to poważnie. Sam z siebie nie będę jednak o to mocno zabiegał. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Jesteśmy po sezonie, więc ostatnie pytanie musi być wakacyjne. Dokąd wybiera się pan na urlop?

- Lecimy z paczką przyjaciół do Turcji. Łącznie pięć rodzin, wszyscy z dziećmi. Szykuje się rodzinny, a zarazem bardzo wesoły wypad.

Jakub Żelepień

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje