Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (18 pkt.)
  • 2 .Śląsk Wrocław (17 pkt.)
  • 3 .Lechia Gdańsk (16 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (16 pkt.)
  • 5 .Zagłębie Lubin (15 pkt.)
  • 6 .Raków Częstochowa (14 pkt.)
  • 7 .Jagiellonia Białystok (12 pkt.)
  • 8 .Cracovia (12 pkt.)

Piast Gliwice. Radoslav Latal: Musiałem ciężko pracować, inaczej bym nie istniał

- Na boisku już była zabawa, szampany wystrzeliły, a spiker wykrzyczał: "Schalke - Deutsche meister". 60 tys. ludzi wiwatowało, a my poszliśmy do szatni i zobaczyliśmy w telewizorze, jak Bayern gra w Hamburgu. Widzieliśmy jak strzelają gola i wtedy nastał wielki smutek... Bardziej jednak bolała mnie kartka podczas ćwierćfinału mistrzostw Europy. Ale cóż, czasu nie wrócę - o wicemistrzostwie Europy, wicemistrzostwie Niemiec i wicemistrzostwie Polski Interia rozmawia z Radoslavem Latalem, trenerem Piasta Gliwice.

Interia: Koledzy po fachu ostrzegali, że trudno z pana coś wyciągnąć. Podobno nie lubi pan o sobie mówić.

- Jest w tym trochę prawdy. Nie unikam dziennikarzy, ale się do nich nie pcham. Wolę niektóre rzeczy zostawiać dla siebie.

To może dlatego w polskiej Wikipedii są o panu dosłownie trzy zdania. Zdobył Pan wicemistrzostwo Polski, osiągnął największy sukces, a najważniejsza internetową notkę o panu da się przeczytać w pięć sekund.

- Chwalić się to już w ogóle nie lubię. Jak zdobyliśmy z Piastem wicemistrzostwo Polski, to zawodnicy cieszyli się na boisku, a ja spokojnie poszedłem do szatni. Trzymałem to wszystko w sobie. Nie jestem typem, który będzie biegał po boisku i pokazywał się wszystkim. Chłopcy zrobili świetny wynik, ale ja wolałem pobyć sam.

Reklama

W końcu jednak dotarło do Pana jak wiele udało wam się osiągnąć?

- Tak, cały czas ciążyła na nas duża presja i to nawet przed ostatnim meczem. W końcu cały czas goniliśmy Legię, mieliśmy szansę na mistrzostwo i było nam bardzo ciężko. Do końca mieliśmy szansę na tytuł. Zrobiliśmy wspaniały wynik, ale mogliśmy skończyć nawet na pierwszy miejscu. Było nerwowo, bardzo nerwowo.

Wygląda pan na trenera, który trzyma drużynę twardą ręką.

- I tak jest. Wywodzę się z niemieckiej szkoły. Wszystko co osiągnąłem, wywalczyłem na boisku. Nikt mi nie pomagał. Sam wywalczyłem sobie grę w podstawowym składzie Schalke, choć chętnych było ze 30 zawodników. Musiałem walczyć o swoje, tak wyglądała cała moja kariera.

Czyli wyznaje pan zasadę, że piłka to ciężka praca.

- Tak, ale rozmawiam z zawodnikami, nie zamykam się w sobie. Gdy jednak widzę, że ktoś nie wykonuje moich poleceń, to okazuję swoje niezadowolenie. Możemy robić wiele rzeczy, ale dyscyplina musi być. Zawodnik ma wykonywać polecenia trenera. Jeśli jest inaczej, to jest źle, bardzo źle...

Tomasz Hajto mówił, że prywatnie jest pan jednak bardzo życzliwym i otwartym człowiekiem.

- W Schalke trzymaliśmy się razem, bardzo miło wspominam jego i Tomka Wałdocha. Czesi i Polacy kumplowali się bliżej, dobrze się rozumieliśmy. Jak szliśmy na kawę, to Niemcy zaraz zbierali się do domu, a my jeszcze posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Chodziliśmy też razem na kolacje. Fajnie było.

Jako piłkarz pracował pan ze świetnymi trenerami, m.in. Huubem Stevensem i Karelem Bruecknerem. Od którego pan się najwięcej nauczył?

- Od Bruecknera, jak nikt potrafił przygotować do meczu. Wiedział, że w sobotę gramy, więc na ten dzień byliśmy w stu procentach przygotowani. Z Sigmą Ołomuniec zdobyliśmy wicemistrzostwo Czech, w sezonie 1991/1992 zagraliśmy w ćwierćfinale Pucharu UEFA.

Brueckner to typ trenera konserwatysty czy nowoczesnego?

- Zdecydowanie stara szkoła, ale wiedział, czego zespołowi potrzeba. Na czwartkowym treningu wystarczyło, że popatrzył na zawodników i wiedział, czy dokręcić śrubę czy odpuścić. Nie potrzebował badań, miał nosa. Od rana do wieczora siedział, oglądał mecze i robił notatki. Niby stara szkoła, ale wiedział, czego nam potrzeba.

A pan jaki jest? Swego czasu np. trenera Franciszek Smuda mówił, że dla niego laptop może służyć za podstawkę pod kawę.

- Komputer mam po to, by śledzić mecze i analizować dane z InStata [program, który podaje szczegółowe statystyki]. Tam widzę kto co zrobił dobrze, a co źle. Moi asystenci analizują też wyniki badań medycznych i motorycznych.

Gdzie pan trzyma medal za wicemistrzostwo Europy, które zdobyliście w 1996 r.?

- W biurze. Wisi na ścianie, w towarzystwie innych medali, m.in. za wygranie Pucharu Niemiec, czy mistrzostwo Czech z Banikiem Ostrawa.

Piłkarzem był pan bardziej utalentowanym czy pracowitym?

- Zdecydowanie pracowitym. Talentu za wiele nie miałem, ale jak chciałem coś osiągnąć, to robiłem wiele. Nie byłem wspaniałym piłkarzem, raczej pracusiem. Grę opierałem głównie na wytrzymałości. Zawsze byłem dobrze przygotowany do meczu. Cały tydzień musiałem trenować, bo inaczej na boisku bym nie istniał. Niektórzy mogli opuścić dwa treningi, a i tak zagrali dobrze. U mnie to nie działało, ja musiałem zasuwać.

Ma pan jakiś kontakt z kolegami z wicemistrzowskiej drużyny?

- Jasne, jakiś miesiąc temu zremisowaliśmy z oldbojami Czeskich Budziejowic 3-3. U nas byli niemal wszyscy: Pavel Kuka, Karel Poborski, Vladimir Szmicer, Patrik Berger. Zabrakło Pavla Nedveda, ale nie ma się co dziwić, ma swoje obowiązki w Juventusie Turyn. Po meczu posiedzieliśmy, wypiliśmy piwko, powspominaliśmy stare czasy. Było miło. Szefem i organizatorem naszych meczów jest Kuka. Na przykład pół roku temu zagraliśmy powtórkę z finału z Niemcami z 1996 r. Spotkanie odbyło się w Pradze, przyszło 15 tys. widzów. Skończyło się 6-3 dla nas, to był świetny mecz.

Żałuje pan, że nie zagrał w finale Euro?

- To najgorsze, co się wydarzyło w mojej karierze. Cóż, czasu nie wrócę... Tej drugiej żółtej kartki w ćwierćfinale nie musiałem łapać. Faul miał miejsce w ostatniej minucie, z boku boiska, przy linii... Nie byłem zbyt technicznie zaawansowanym zawodnikiem, ale waleczności nikt nie mógł mi odebrać i tak to się niestety skończyło.

Inny bolesny moment w pana karierze, to ostatni mecz sezonu 2000/2001 w Bundeslidze. Już z Schalke świętowaliście mistrzostwo, ale ostatecznie ligę wygrał Bayern Monachium.

- Tak, ale to nie zabolało tak bardzo jak finał ME. Na boisku już była zabawa, szampany wystrzeliły, a spiker wykrzyczał: "Schalke - Deutsche meister". 60 tys. ludzi wiwatowało, a my poszliśmy do szatni i zobaczyliśmy w telewizorze, jak Bayern gra w Hamburgu. Widzieliśmy jak strzelają gola i wtedy nastał wielki smutek. To jednak przebolałem. W końcu mieliśmy drugie miejsce, a to był świetny wynik. Porównywalny do osiągnięcia Piasta z zeszłego sezonu.

Odkuliście się jednak w Pucharze Niemiec.

- To było coś. Z Berlina wracaliśmy z kibicami w tak długim pociągu, wszędzie były flagi Schalke. Później z dworca na stadion zabrał nas autobus. Właśnie dla takich chwil gra się w piłkę!

Dziś pracuje pan na swoje nazwisko w Gliwicach, choć wydawało się, że już pan tu nie wróci. Długo zastanawiał się pan nad powrotem?

- Tak, musiałem to wszystko przemyśleć, ale w końcu zdecydowałem, że chcę znów coś z tym zespołem osiągnąć.

Jaka jest nasz piłka w porównaniu z czeską?

- Wasza jest bardziej siłowa. Więcej się biega, walczy bark w bark. Ale przede wszystkim macie klasowych zawodników, którzy grają w świetnych europejskich klubach. W ogóle się nie zdziwiłem, że graliście w ćwierćfinale mistrzostw Europy. Liczyłem nawet, że zajdziecie jeszcze dalej...

Rozmawiał Piotr Jawor

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama