Reklama

Reklama

Kapitan ŁKS: Wciąż celem jest bezpośredni awans do ekstraklasy

Po pierwszej części sezonu ŁKS zajmuje dopiero dziewiąte miejsce. – To przede wszystkim efekt kontuzji w drużynie. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym, by tak dużo piłkarzy leczyło urazy – twierdzi Maksymilian Rozwandowicz.


Andrzej Klemba, Interia: Jako kapitan ŁKS, po rundzie poniżej oczekiwań, co życzyłby pan sobie i kolegom na święta?

Maksymilian Rozwandowicz: Jak to zwykle mówi się zdrowia, ale w naszym przypadku podwójnie bym to podkreślił. Tego w pierwszej części sezon brakowało nam najbardziej. Ktoś, kto śledził naszą grę, to wie jak wyglądała sytuacja. W trakcie mojej kariery nigdy się nie zdarzyło, by tylu zawodników doznało urazów. Właściwie każdy pauzował co najmniej w jednym meczu, a wielu w kilku lub nawet dłużej. Jak ktoś zdążył wrócić, to kolejny łapał uraz. Trudno przy tak dużej liczbie kontuzji mówić o stabilności składu. Dlatego na pewno trzeba nam wszystkim życzyć zdrowia, żebyśmy do niego wrócili i przygotowania rozpoczęli w pełnym składzie.

Reklama

A pieniędzy też? Temat zaległości pojawiał się w szatni?

- Kłopoty finansowe są już za nami. Rozmawialiśmy z prezesem i nas zapewnił, że to chwilowe problemy. Jakby pan nie otrzymywałby pensji, to też pewnie między pracownikami by o tym rozmawiał. Tak samo jest w piłkarskiej szatni. To nasza praca. To nie jest łatwy temat, ale trzeba o nim rozmawiać. Trzeba być elastycznym, po prostu człowiekiem. Długo znam prezesa i jak coś powie, to tak potem robi. Słowa dotrzymał i to już zamknięta sprawa.


Z powodu kłopotów finansowych kontrakt z ŁKS rozwiązał Mikkel Rygaard. Był pan tym zaskoczony, a może zły?

- To była dziwna sytuacja, która nie zdarza się na co dzień. To był dla nas szok i wkurzenie. Za chwilę były kolejne mecze, nie byliśmy w formie, potrzebowaliśmy punktów, ale trzeba było o tym zapomnieć. Na tyle na ile go poznałem, to miał spore umiejętności, ale w ŁKS ich nie pokazał.

Wracając do kontuzji - właściwie nie było zawodnika bez urazu. Może problem tkwił w złym treningu? Trener mówił, że analizowano wszystko, by zdiagnozować przyczynę. Nawet sen czy dietę.

- Można by powiedzieć, że nawet te najtwardsze kości pękały. Bardzo trudno dojść do tego, co było przyczyną i chyba do tej pory nie ma jednej odpowiedzi. Nie szukałbym problemów w śnie, regeneracji czy odżywianiu. Przynajmniej ja tak mogę powiedzieć o sobie. Treningi? Między sezonami prawie nie mieliśmy wolnego, bo po barażach dostaliśmy zaledwie pięć dni urlopu. Pojechaliśmy na zgrupowanie i trener zdawał sobie sprawę, że treningi muszą być lżejsze. Nie uważam, by urazy były z tym związane. Może gdyby przydarzyły się na początku sezonu, to można by w tym upatrywać winy. Nawet jeśli ktoś czuł się niedotrenowany, to w trakcie rundy można sobie z tym poradzić.

Zobacz TOP 5 bramek i interwencji z Ligi Mistrzów - sprawdź teraz!


Dopiero dziewiąte miejsce w tabeli to efekt tylko kontuzji?

- To był główny problem. Wpływało to na formę i stabilizację zespołu, a seria gorszych wyników odbijała się też na sferze psychicznej. Nie potrafiliśmy rozpocząć dłuższej serii zwycięstw.

Paradoksalnie dzięki tym urazom okazało się, że ŁKS w rezerwach ma zawodników, którzy dość dobrze zastąpili kontuzjowanych. Oskar Koprowski, Maciej Radaszkiewicz, Mieszko Lorenc, Mateusz Bąkowicz czy nawet Damian Nowacki dawali radę.

- W polskiej piłce nie brakuje zawodników, którzy są w niższych ligach, a nikt im nie daje szansy. Po prostu tak się ich losy potoczyły i nie uśmiechnęło się do nich szczęście. Piłka nożna jest jednak taka, że kontuzja jednego, jest szansą dla drugiego. Tylko trzeba ją jeszcze wykorzystać, a im na pewno nie brakowało motywacji, by zaistnieć. Część z nich weszła z buta i wywalczyła sobie skład.


Jest pan już długo w ŁKS. Kiedy drużyna grała najlepiej?

- Jesienią poprzedniego sezonu. Wtedy graliśmy zdecydowanie najlepiej. I ja indywidualnie czułem się bardzo dobrze. Choć końcówka była trochę słabsza.

Myślałem, że wskaże pan sezon zakończony awansem do ekstraklasy.

- Nie, skłamałbym, gdybym tak powiedział.

Może ŁKS nie idzie, bo jest problem np. w komunikacji między piłkarzami z Polski i zagranicznymi. Kiedy awansowaliście było tylko trzech obcokrajowców. Teraz było dziewięciu.

- Nie ma problemu w komunikacji między nami. Rzeczywiście, miałem obawy, czy jak się pojawi tak dużo zawodników z Hiszpanii czy Brazylii, to nas to podzieli. Poszło to jednak w drugą stronę i mamy dobry kontakt. Dużo rozmawiamy, oczywiście nie po polsku, tylko raczej po angielsku.

Który mecz był najgorszy, a który najlepszy?

- Dla mnie najsłabiej zagraliśmy u siebie z Resovią. Najlepiej z Miedzią w Legnicy.

Kto zostanie najlepszym sportowcem 2021 roku? - GŁOSUJ TUTAJ!

Bardzo żałowaliście derbów Łodzi, w których prowadziliście 2:0, ale tylko zremisowaliście?

- Tak, bo mieliśmy wygrany mecz i wypuściliśmy z rąk bardzo ważne, a do tego prestiżowe zwycięstwo.

Grał pan już kilka razy w derbach Łodzi, ale pierwszy raz na trybunach byli kibice obu drużyn. W takich meczach nie brakuje wyzwisk. Można się wyłączyć?

- W derbach Łodzi grałem już przy pustych trybunach, przy 50 procent zapełnienia i tylko przy kibicach ŁKS lub Widzewa. O to jednak chodzi w piłce, by na meczu byli fani obu drużyn. Wyzwiska? Jestem skupiony na tym, co dzieje się na boisku. To jest ważne, bo niektórzy tego nie potrafią i spalają się psychicznie, kiedy słyszą wyzwiska.

Tomasz Salski, prezes ŁKS, ostatnio zdjął z was presję, kiedy powiedział, że nie jesteście żelaznym kandydatem do awansu.

- Będziemy walczyć o ekstraklasę. I chciałbym awansować bezpośrednio, bo po ostatnim sezonie wiem, jak trudną drogą są baraże. Nie jesteśmy na straconej pozycji. Trzeba się dobrze przygotować i od początku zaatakować. Jesteśmy na dziewiątym miejscu, ale mamy mecz zaległy. Jeśli go wygramy, awansujemy na czwartą pozycję. To pokazuje, że mimo problemów z kontuzjami, nie jest tak źle z liczbą zdobytych przez nas punktów.

Rozmawiał Andrzej Klemba

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL