Reklama

Reklama

Prezes Legii Warszawa o transferach, budżecie i celach na nowy sezon

Przynajmniej trzech piłkarzy wzmocni Legię Warszawa przed rozpoczęciem nowego sezonu - zapowiedział prezes klubu mistrza Polski Bogusław Leśnodorski.

Przynajmniej trzech piłkarzy wzmocni Legię Warszawa przed rozpoczęciem nowego sezonu - zapowiedział prezes klubu mistrza Polski Bogusław Leśnodorski.

Jest pan bardziej zadowolony z obrony tytułu niż rok temu po zdobyciu mistrzostwa?

Bogusław Leśnodorski: - To inny rodzaj satysfakcji, choć nieco podobny. Na pewno jednak jest ona duża. Wydaje mi się, że ten sezon więcej nas kosztował. Może dlatego, że poprzedni był krótszy. W obecnym nastąpiło wiele zmian, m.in. wprowadzono reformę rozgrywek. Poza tym wcześniej sporo rzeczy do mnie nie docierało. Człowiekowi, który ma większy poziom świadomości, czasem trudniej jest pogodzić się z pewnymi sprawami.

Zatem co do pana dotarło w ciągu ostatniego roku?

Reklama

- Na przykład to, że Legii nic nie przychodzi łatwo. Ciągle spotykają nas jakieś przygody i mamy "pod górkę".

Trudno jednak znaleźć w ekstraklasie klub o podobnym zapleczu i poziomie sportowym...

- Przede wszystkim mamy najlepszych piłkarzy, najszerszą kadrę, najlepszy sztab trenerski w Polsce, itd.

I największy budżet...

- Ale pieniądze nie grają. Żeby zachować cień obiektywizmu, należy porównać budżet pierwszego zespołu, a nie całego klubu. Dużo wydajemy na Akademię Piłkarską i inne sekcje. Budżet pierwszej drużyny Legii wynosi około 50 mln zł. Wydaje mi się, że ten w dyspozycji Lecha Poznań oscyluje w granicach 40 mln, więc różnica nie jest duża.

Czy przerwany mecz z Jagiellonią był najtrudniejszym momentem pana prezesury?

- Z pewnością był jednym z najtrudniejszych. Nie spodziewałem się takiej sytuacji.

Nie żałował pan zbyt bliskich kontaktów z fanami?

- Takie myślenie to droga na skróty. Nie ma takiej zależności. Czułem zawód, ale to nie było skierowane bezpośrednio do kibiców. Na to, co się wtedy zdarzyło wpłynęło wiele czynników.

Docierały do pana opinie, że tamte wydarzenia były konsekwencją pańskiej zażyłości z kibicami?

- Oczywiście, bo wiele osób tak twierdzi. Jednak dostaliśmy raport niezależnej firmy badającej stan bezpieczeństwa stadionów i okazało się, że dialog z kibicami to jedyna właściwa droga.

Nie obawia się pan, że postrzeganie sympatyków Legii przez UEFA może zaszkodzić klubowi?

- Nie da się ukryć, że nie mamy dobrej opinii w UEFA. Na pewno to nam nie pomaga, ponieważ jest to organizacja, która kurczowo będzie się trzymać z daleka od kłopotów. Rozmawiamy na ten temat z kibicami i uważam, że w tej sprawie zrobiliśmy bardzo dużo.

Jaki wpływ na styl zdobycia mistrzostwa Polski miał trener Henning Berg?

- Tak samo duży jak Jan Urban. Obaj szanują siebie i swoje dokonania. Wpływ obu szkoleniowców na zdobycie tytułu oceniłbym po równo. Pracowali w innych okolicznościach i mistrzostwo jest ich wspólnym dziełem.

Co takiego ma trener Berg, czego brakowało Urbanowi?

- W tym czasie klub po prostu potrzebował zmiany. To tak jakby zapytać, czy Jose Mourinho jest lepszy od Carlo Ancelottiego. To kwestia odpowiedniego impulsu w danym momencie. Dla nas priorytetem było wzniesienie się na wyższy poziom organizacyjny. Chcieliśmy zaczerpnąć możliwie dużo wiedzy od ludzi, którzy funkcjonowali w lepszych warunkach. Poza tym warto spróbować czegoś innego. Wiedzieliśmy, co może dać klubowi Urban i zostawił po sobie wiele dobrego. Jednak postęp wymaga dodatkowych bodźców, a my chcieliśmy się rozwijać jako klub. Wydawało się, że to był najlepszy okres na taką zmianę.

To prawda, że wpływ na grudniową decyzję miał fakt, że Urban nie chciał pozostać na kolejny sezon?

- Nie negocjowaliśmy kolejnego kontraktu. Urban sam powiedział, że raczej nie przedłuży umowy. To człowiek na wysokim poziomie i wiedział, że musi spełnić pewną misję. Prawdopodobnie zauważył, że drużyna nie reaguje odpowiednio na jego bodźce, choć tego nie wiem. Profesjonalny sport wymaga stymulacji. Przecież rzadko zdarza się, że trener pracuje w jednym zespole przez kilkanaście lat. W większości poważnych klubów szkoleniowcy pracują po dwa, trzy sezony, a potem dochodzi do zmiany.

Czy Berg jest gwarancją zaistnienia na międzynarodowej arenie?

- W sporcie, a szczególnie w piłce nożnej, nie ma żadnych gwarancji. Jesteśmy ambitni i oczywiście chcemy zrobić postęp, zaistnieć w Europie.

Obejmując funkcję prezesa powiedział pan, że celem jest awans do Ligi Mistrzów w ciągu trzech, czterech lat. Nie czuje pan, że presja jest już teraz?

- Ale my będziemy próbować, kiedy tylko pojawi się okazja. Zrobimy wszystko, aby teraz tego dokonać. Musimy jednak iść małymi krokami do każdej kolejnej rundy eliminacyjnej. Moim zdaniem połowa sukcesu leży w korzystnym losowaniu. Ze względu na to, że nie zostaniemy rozstawieni, trudniej nam będzie awansować niż w ubiegłym roku. Jest bowiem możliwość, że trafimy na klasowy zespół już w trzeciej rundzie kwalifikacji.

Zapowiada się rekordowo duży budżet w nowym sezonie - 110 mln zł.

- To zależy od wielu czynników. Staramy się stworzyć budżet, który byłby niezależny od wyników sportowych. Jednak ta kwota powinna oscylować w granicach "setki" każdego roku. Granice określam pomiędzy 90 a 110 mln. W tych szacunkach zakładam oczywiście, że nie awansujemy do LM.

Czy to pozwala realnie myśleć o udziale w fazie grupowej tych elitarnych rozgrywek?

- Były kluby, które dobrze sobie radziły mimo niższych budżetów. Dlatego jesteśmy optymistami.

Kluczem do sukcesu ma być zatrzymanie czołowych graczy?

- Tak, póki co nie planujemy żadnych transferów z klubu. Wiadomo jednak, że niektórzy gracze mają wpisane w kontrakty kwoty odstępnego i różnie to może się potoczyć. W każdym okienku transferowym zamierzamy wzmacniać drużynę, a nie ją osłabiać. Jest zainteresowanie kilkoma graczami, ale to następuje falami. W tym roku wzmożony ruch transferowy będzie miał miejsce po mistrzostwach świata w Brazylii. Zakładam, że najbardziej gorący okres będzie od 15 lipca do końca sierpnia.

Jeśli Legia nie awansuje do LM, to czołowi gracze dostaną zgodę na odejście?

- To nie zmieni naszej polityki transferowej. Dużą uwagę zwracamy na młodych piłkarzy. Uważamy, że muszą chcieć odejść do klubu, który da im - również w naszej opinii - szansę rozwoju. Nie mamy presji sprzedawania kogokolwiek. Raczej panuje przekonanie, że ci, którzy są u nas, mogą grać jeszcze lepiej.

To oznacza, że nie dokonacie latem znaczących zakupów?

- Nie mamy pieniędzy, aby działać na rynku transferowym obok klubów, które wydają na zawodników po kilka milionów euro. To, czy kogoś kupimy nie zależy też od tego, czy kogoś sprzedamy. Wciąż bowiem więcej wydajemy niż generujemy zysków z transferów. Przyszło przecież kilku zawodników, którzy mają dość wysokie pensje. Sporo zainwestowaliśmy w pierwszą drużynę.

Mateusz Szwoch z Arki Gdynia i Ronan z Fluminense to najpoważniejsze letnie transfery?

- Jesteśmy blisko pozyskania obu zawodników, ale ich transfery nie są jeszcze przesądzone. Czasami na ostatniej prostej wszystko może się odwrócić. Latem dojdzie do nas trzech, może czterech piłkarzy. Pozyskamy skrzydłowego, lewego obrońcę i stopera. Być może jeszcze napastnika.

Klubu szuka były legionista Marcin Komorowski...

- Rozmawialiśmy z nim, ale wydaje się, że to nie jest temat na teraz. To bardzo dobry zawodnik, ale szukamy stopera o nieco innej charakterystyce. Jednak niczego nie wykluczamy, bo z różnych powodów możemy stracić któregoś z obecnych obrońców. Mamy trzech stoperów w świetnej dyspozycji, ale jednego nam brakuje.

Bliscy odejścia są Władimir Dwaliszwili, Raphael Augusto i Alan Fialho.

- "Wlado" ma ważny kontrakt i to jest otwarta kwestia. Odejście dwóch pozostałych wydaje się przesądzone, ponieważ chcą grać w pierwszym składzie, a w Legii - póki co - nie mają na to szans. Wypożyczeni zostaną natomiast Michał Efir i Michał Kopczyński. Siedzenie na ławce rezerwowych w tak młodym wieku nie sprzyja ich rozwojowi.

Rozmawiał Marcin Cholewiński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL