Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (35 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (32 pkt.)
  • 3 .Lechia Gdańsk (30 pkt.)
  • 4 .Raków Częstochowa (29 pkt.)
  • 5 .Radomiak (28 pkt.)
  • 6 .Śląsk Wrocław (24 pkt.)
  • 7 .Wisła Płock (23 pkt.)
  • 8 .Piast Gliwice (21 pkt.)

Legia Warszawa. Czesław Michniewicz: Musimy się nauczyć wygrywać z silniejszymi od siebie

- Jeżeli będę myślał, że mnie zwolnią, żadnego dnia nie będę pracował dobrze. Każdy z nas umrze, ale to nie znaczy, że każdego dnia myślimy o śmierci – mówi trener Legii Czesław Michniewicz.

Olgierd Kwiatkowski, Interia: Jak liczna będzie kadra Legii na wiosnę?

Czesław Michniewicz, trener Legii Warszawa: Mamy 31 zawodników, a okazuje się, że przed meczem ze Stalą nie ma Antolicia, Kante, Lopesa, Kapustki, Karbownika, Gwilii. Na niektóre pozycje nie mieliśmy zmian. Jak chce się grać w pucharach, kadra musi być liczniejsza.

Czuje się pan pewnie w Legii, czy ma pan świadomość, że trenerzy w Warszawie nie pracują latami?

- Jeżeli będę myślał, że mnie zwolnią, żadnego dnia nie będę pracował dobrze. Każdy z nas umrze, ale to nie znaczy, że każdego dnia myślimy o śmierci. Dziś cieszę się każdą chwilą spędzoną w Legii. Ktoś musi tu dłużej pracować. Wynika to ze statystyki. Maciej Skorża gdy był w Wiśle Bogusława Cupiała powiedział, że pracuje z takim nastawieniem jakby miał tu pracować 10 lat. Jaki ja mam wpływ na decyzję o trenerach? Wiem, że od takich meczów jak ze Stalą zależy jak długo będę pracował. Ale czasami jest dobrze przegrać. Porażka ociera ze złudzeń i mobilizuje do większej pracy.

Reklama

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Nie boi się pan powrotu kibiców na stadiony. Kibice Legii wciąż nie mogą panu wybaczyć pracy w Lechu?

- Mogę się tylko obronić pracą. W zawodzie trenera jest jak z orkiestrą na weselu. Na każdym weselu trzeba dobrze grać, żeby cię nie wyrzucili.

Nie zamierzał pan do końca pracować z młodzieżówką?

- Z Legią przegraliśmy Superpuchar, odpadliśmy z europejskich pucharów. W PZPN-ie powiedzieli mi, że lepiej będzie jak skupię się na pracy w Legii, bo pojadę na kolejne zgrupowanie i nie wiadomo co się wydarzy. To była dobra rada.

Próbuje pan wzmocnić sztab trenerski. Czy włoski szkoleniowiec Alessio de Petrillo przyjdzie do Legii jako asystent? Co pana skłoniło, żeby nakłonić go do pracy w Polsce?

- Zależy nam na dobrym sztabie. Mam polskich kolegów, którzy przyszliby z kanapkami do Legii, ale ja chcę kogoś kto wniesie coś nowego do naszej pracy, spojrzy z innej perspektywy. Będzie rozwijał nas i zawodników. Pokaże nam inny sposób trenowania. Znam polskich trenerów. Wszyscy o tym samym rozmawiają, wszyscy chcą grać w tym samym sposób. We Włoszech każda drużyna, nawet w najniższych ligach, gra w uporządkowany sposób. To są dobrze zorganizowane zespoły. Włosi potrafią tego nauczyć. Szukamy trenerów do organizacji gry. Rozmowy trwają.

Po przyjściu do Legii zapowiedział pan, że chciałby się spotkać z Aleksandarem Vukoviciem. Doszło do tego spotkania?

- Nie

Bo?

- Każdy trener jak traci pracę jest rozżalony. Ja też. Ale nigdy nie zaatakowałem następnego trenera, że zrobił tak czy inaczej. Nie chcę oceniać Vuko. To już nic nie zmieni. Jeżeli się tłumaczyłem z pracy w klubach, z których zostałem zwolniony, to mówiłem o sobie, a nie następnych trenerach.

To są trudne sytuacje. Mój kolega Michał Probierz nie odzywał się do mnie dwa miesiące, kiedy zastąpiłem go w Jagiellonii. Wypominał mi, że spotkałem się z prezesem Kuleszą w Ostródzie, gdy on jeszcze pracował. Powiedziałem mu, że w Ostródzie nie byłem od 10 lat.

Tego jeszcze nie widziałeś! Sprawdź nowy Serwis Sportowy Interii! Wejdź na sport.interia.pl

Podoba się panu pomysł ze zgrupowaniem w Dubaju?

- Mamy takie możliwości. Klub zdecydował. Ja mogę powiedzieć, że to mi się podoba. Wynik będzie rzutował na to wszystko.

Nad czym będziecie tam pracować?

- Prochu się nie wymyśli - nad motoryką, taktyką, będzie też  praca indywidualna z zawodnikami.

Będzie pan próbował zmienić coś w stylu gry?

- Wcześniej Legia grała w środku pola: Antoliciem, Gwilią, Martinsem, Sliszem, ale w mojej ocenie to byli podobni zawodnicy. Grali fajną piłkę, ale na małej przestrzeni, na jeden kontakt. Mi się marzy, żeby w środku pola grali tacy zawodnicy jak Kapustka i Karbownik, którzy będą zdobywali przestrzeń, którzy wbiegają na to wolne pole i napędzają akcje. Chcemy grać jak najwięcej w osi boiska. "Jędza" już nie prowadzi piłki na boki, ale gra do Karbownika albo Kapustki. Oni doskonale potrafią obracać się z zawodnikiem na plecach. Antolić i Gwilia chcieli piłkę do nogi, a teraz chcemy dodać kolejny element i posyłać piłki na wolne pole. Chcemy zawodników, którzy wykorzystują wolne pole.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie!

Sprawdź!

Ale mimo wszystko wiele się zmieniło w polskiej piłce klubowej odkąd pan ostatni raz pracował pan w klubie?

- W polskiej piłce bardzo dużo się zmienia z sezonu na sezon, tylko - mówiąc żartem - poziom nie rośnie. Kluby są bardziej profesjonalne. Gdy ja zaczynałem pracę w Amice Wronki nie było trenerów bramkarzy. Dopiero później dochodzili trenerzy od bramkarzy, trenerzy od przygotowania motorycznego. Dziś kluby zatrudniają dietetyków, kucharzy, psychologów.

Wcześniej trener był sam. Był sterem, żeglarzem, okrętem. Był trenerem od wszystkiego. O dietetyku nikt nie marzył, a przed meczami piłkarze często jedli schabowego. Dziś mamy dietę bezglutenową, różne rodzaje makaronów. To dobrze, ale ja chciałbym, żeby za tym poszła też ciężka praca. Odczułem to będąc z młodzieżową reprezentacją Polski, gdy graliśmy trzy mecze w sześć dni z Belgią, Włochami i Hiszpanią. W Polsce trenujemy za lekko i za mało intensywnie. To że Lech ma problemy w europejskich pucharach przypomina mi to, czego my doświadczyliśmy rok temu we Włoszech w mistrzostwach Europy.

My też mieliśmy fajne początki meczów. 15 dobrych minut, czasami udało się nam strzelić bramkę, ale później przychodził taki moment, że trzeba było odpocząć. To da się zmienić, ale to młodsze roczniki muszą intensywniej trenować. Trzeba dokonać zmiany "od dołu". Kiedyś żartowałem, że najlepszym mirkocyklem dla polskiego piłkarza były: przerwa, odpoczynek, wolne. Dziś mentalność jest już inna.

Pan ma te swoje zasady wprowadzić w Legii, a Legia czegoś pana nauczyła?

- To duży klub, który musi być otwarty dla kibiców, ale musi tym przekazem umiejętnie kierować. Dobrze, że są wokół nas ludzie, którzy nam w tym pomagają. Nie w każdym klubie to się odbywa. Nie odbieram teraz telefonów nawet od znajomych dziennikarzy. Pasuje mi to. Mam czystą głowę. W Legii nie czasu na to, żeby być osobiście w stałym kontakcie z mediami. Jest mnóstwo innej pracy, wiele akcji charytatywnych.

Co by chciał pan po sobie zostawić w Legii?

- Chciałbym, żeby ktoś za pół roku powiedział, że Legia rok wcześniej i Legia dziś to są dwie różne Legie. Przykleiła się do mnie opinia, że moje drużyny grają defensywnie. Nie zgadzam się z tym. Moje drużyny zawsze grają w sposób uporządkowany. Dzięki temu moje drużyny potrafiły wygrać z silniejszymi od siebie. A żeby funkcjonować w Europie, a taki jest nasz cel tutaj w Warszawie, musimy wygrywać z silniejszymi od siebie.

A marzenie na nadchodzący rok?

- Liga się tak układa, że mistrzostwo się rozstrzygnie na poziomie 65-67 punktów. To będzie bardzo zacięta rywalizacja. My mamy 29 punktów i jeszcze jeden mecz rundy - z Podbeskidziem, czyli najwyżej zdobędziemy 32 punkty. To pokazuje skalę problemu, co trzeba zrobić, żeby zostać mistrzem Polski. Do regulaminu ligi nie jest wpisane, że Legia musi zostać mistrzem Polski. Trzeba je wywalczyć.  Ja bardzo chciałbym być jak Krzysiu Dowhań (wieloletni trener bramkarzy Legii - przyp. ok). On przystroił sobie pokój zdobytymi medalami. Jest ich tak dużo jak na mundurach u generałów. Na koniec sezonu też chciałbym w swoim pokoju powiesić medal. Nie muszę mówić jakiego koloru.

Rozmawiał Olgierd Kwiatkowski

Tego jeszcze nie widziałeś! Sprawdź nowy Serwis Sportowy Interii! Wejdź na sport.interia.pl


 

 

 

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje