Reklama

Reklama

  • 1 .Bruk-Bet Termalica (1 pkt.)
  • 2 .Cracovia (1 pkt.)
  • 3 .Górnik Łęczna (1 pkt.)
  • 4 .Jagiellonia Białystok (1 pkt.)
  • 5 .Lechia Gdańsk (1 pkt.)
  • 6 .Stal Mielec (1 pkt.)
  • 7 .Lech Poznań (1 pkt.)
  • 8 .Radomiak (1 pkt.)

Legia Warszawa. Aleksandar Vuković: Od pewnego momentu jechaliśmy na rezerwie

- Kluczowy był mecz z Piastem, następne były w dużej mierze jego konsekwencją, więc gdybym mógł cofnąć czas i coś teraz zmienić, to pewnie tylko w tym spotkaniu. Konkretnie - zagrałbym chyba bardziej zachowawczo - powiedział w wywiadzie z gościnnie publikującym w Interii znanym dziennikarzem Adamem Godlewskim trener Legii Aleksandar Vuković.

Adam Godlewski: Kiedy w 1996 roku prowadzący Legię Paweł Janas usłyszał od asystenta szkoleniowca Widzewa - a swego byłego klubowego kolegi, Andrzeja Pyrdoła - gratulacje z powodu wicemistrzostwa, omal nie skończyło się to wyprowadzeniem ciosu przez Janosika, który na co dzień był uosobieniem spokoju. A jak pan zareagowałby, gdyby ktoś odważył się złożyć gratulacje po wywalczeniu drugiej lokaty w Lotto Ekstraklasie?

Aleksandar Vuković, trener Legii: - Można by do tego podejść dwojako, całkiem sporo ludzi twierdzi przecież, że to wcale nie tak źle dla szkoleniowca, jeśli już na początku jest wicemistrzem kraju. Mam jednak świadomość, gdzie pracuję. A w Legii nigdy nie można być zadowolonym z drugiego miejsca. Nie jestem - i to mówiąc delikatnie - szczęśliwy z tego powodu, że przegraliśmy walkę o tytuł, więc wiedziałbym, że  podchodząc z takim tekstem ktoś traktuje mnie szyderą. I to wcale nie lekką. Moja reakcja mogłaby zatem być jeszcze bardziej emocjonalna niż trenera Janasa. Na szczęście, nie znalazłem się w takiej sytuacji, zresztą trudno mi ją sobie nawet wyobrazić. A w ogóle to rozmowę o zakończonym sezonie wypada zacząć od złożenia szczerych gratulacji trenerowi Waldemarowi Fornalikowi. 

Reklama

Nawet analizując nasze niedociągnięcia, i biorąc pod uwagę, że w ostatnich czterech kolejkach niemal nie punktowaliśmy, trzeba docenić, że Piast z końcowych 10 meczów wygrał 9, a tylko jeden zremisował. To wynik, który zdarza się niezmiernie rzadko. Kilkukrotnie powtarzałem, że bardzo szanuję obecnego szkoleniowca gliwickiej drużyny. I to już za to, co robił wcześniej, czyli zanim trafił do Gliwic. Dla mnie jest człowiekiem mocno niedocenianym, a z Piastem dokonał czegoś naprawdę wyjątkowego.

Co zadecydowało o triumfie Piasta? W jakich elementach był lepszy od  konkurentów?

- Był najbardziej stabilny w newralgicznym momencie sezonu. Na pewno na korzyść gliwiczan działało też to, że pracowali w spokoju, nikt ich nie "presował". Mieli zatem czas i warunki, żeby się zgrać, a potem zaczęli coraz bardziej w siebie wierzyć. Wiem jak to jest, ponieważ kilka razy - jeszcze jako piłkarz - byłem w zespołach, które rosły w trakcie sezonu tak bardzo, że na finiszu trudno było je zatrzymać. Tak właśnie było z Piastem, na którego początkowo nikt  nie stawiał, a na koniec okazało się, że tylko Legia mogła zatrzymać tę drużynę; przecież nawet remis u nas na Łazienkowskiej mógł zadecydować o innej kolejności na mecie. Tyle że Piast wygrał w Warszawie w kluczowym dla losów rywalizacji o tytuł meczu.

Piast miał lepszą drużynę w zakończonym sezonie od Legii. Czy miał też lepszych piłkarzy?

- Nie stawiałbym sprawy w ten sposób. Będę się upierał, że w Gliwicach wszystko zafunkcjonowało na najwyższych obrotach we właściwym momencie. A fantastyczna końcówka, po bardzo dobrym sezonie, musi ci dać wyjątkowy wynik. Zresztą dla Piasta takim rezultatem byłoby również drugie miejsce. I w takich kategoriach bym to rozważał, a nie czy w Gliwicach mają najlepszych piłkarzy. Liczy się tylko to, że mieli wystarczająco dobrą drużynę, żeby wygrać mistrzostwo.

Kuba Czerwiński i Tomasz Jodłowiec pomogli zdobyć tytuł Piastowi, choć wcale tak nie musiało się stać. Mieliby pewne miejsce w Legii, odkąd pan przejął stołeczną drużynę?

- Obu bardzo cenię, obaj mogą to zresztą potwierdzić. Na pewno - gdybym mógł decydować - nie zgodziłbym się na odejście Czerwińskiego w momencie, kiedy po wypożyczeniu mieliśmy możliwość przywrócenia go do Legii. Mimo że Piast ledwie utrzymał się przed rokiem w lidze, Kuba grał tam cały dobry sezon. A my borykaliśmy się z rozmaitymi problemami na środku obrony, więc nie pozwoliłbym na stratę takiego stopera. Tyle że z drugiej strony to jest Legia, i sam Czerwiński powiedział, że w Piaście odżył. U nas konkurencja jest większa, margines błędu mniejszy, więc nie ma wcale pewności, czy gdyby został w Warszawie, grałby na takim samym poziomie. Nawet po tak dobrym sezonie w jego wykonaniu nikt nie może mieć pewności, czy wygrałby rywalizację z Williamem Remym. Przesądzanie tej kwestii to  teoretyzowanie.


A Jodłowiec?

- To z pewnością typ zawodnika, który także by nam się przydał. Przecież w Piaście też nie rozegrał wszystkich meczów, więc w Legii mógłby funkcjonować na identycznych zasadach. Prawda jest taka, że przy Łazienkowskiej nie brakowało ludzi, którzy próbowali wytłumaczyć trenerowi Ricardo Sa Pinto, że Jodła jest potrzebny i warto go przywrócić. Niestety, nie udało się przekonać Portugalczyka. Tymczasem Tomek byłby naturalnym rywalem - i zmiennikiem - dla Cafu. W końcówce sezonu miałem tylko trzech zawodników na pozycje środkowych pomocników, a w pewnym momencie Cafu został zawieszony na trzy mecze za czerwoną kartkę, a Andre Martins złapał kontuzję. Dlatego nie mam wątpliwości, że w Legii Jodłowiec także dostałby swoje minuty, i także byłby potrzebny. Oprócz wspomnianych zawodników miałem przecież jeszcze tylko Domagoja Antolicia, więc pole manewru było mocno ograniczone. Tyle że dyskusja na ten temat to również wyłącznie gdybanie. Co się stało, to już się nie odwróci.

Dlaczego zatem Legia przegrała mistrzostwo? Na jakie czynniki wskazują wasze analizy w pierwszej kolejności?

To złożona kwestia, tymczasem chciałbym się skupić tylko na tym, co przeżywałem wyłącznie jako pierwszy trener. Chociaż uważam, że bardzo ważny jest obraz całego sezonu; dziesięciu ostatnich kolejek po prostu nie można podsumować w oderwaniu od wcześniejszej części rozgrywek. Zwłaszcza że przed kluczowym - jak ustaliliśmy - meczem z Piastem Legia jako drużyna była już na skraju swojej mocy. Energetycznej, psychologicznej, mentalnej, fizycznej; słowem - każdej. Wszystko co przytrafiło się po drodze zespołowi, także sposób pracy, kosztowało bardzo dużo sił. Drużyna w pewnym momencie zaczęła jechać na tak zwanej rezerwie. 

Do meczu z Piastem - a uważam, że rozegraliśmy bardzo dobre spotkanie - chęć zdobycia mistrzostwa pomimo trudności tuszowała, a w każdym odsuwała na drugi plan realne problemy, które wynikały z wyczerpania. Przygotowanie motoryczne zespołu oceniałem w chwili przejęcia jako bardzo dobre, ale piłkarze doszli do tego naprawdę bardzo ciężką pracą. A przecież przez większość sezonu byli naprawdę mocno trzymani i prowadzeni przez trenera Sa Pinto. I właśnie z tego powodu, po porażce z Piastem, zasoby energii i chęć psychicznego parcia po wynik za wszelką cenę po prostu się wyczerpały. Inaczej nie jestem w stanie wytłumaczyć tak apatycznych momentów, jakie trafiły się w naszej grze w spotkaniu z Zagłębiem Lubin, a wcześniej także z Pogonią Szczecin. 

To przecież niemożliwe, żeby zespół walcząc o taką stawkę jak mistrzostwo Polski nie był w stanie właściwie się zmobilizować. I grać z większą werwą. Przecież nie ma takiej opcji, żeby ktoś nie chciał wygrać tytułu. A w każdym razie ja dotąd nie spotkałem się z czymś takim. Tyle zdarzają się sytuacje, w których nawet jeśli bardzo chcesz, nie jesteś po prostu w stanie. Ja to widziałem po meczu z Piastem, w którym o wyniku zadecydowały naprawdę drobne detale. Rywal był skuteczniejszy, bramkarz  Frantiszek Plach miał dzień konia, a porażka podcięła nam skrzydła. Zaczęliśmy tracić wiarę i energię, która jest potrzebna w walce o tytuł. To bolesne.



A nie jest też tak, że w pewnym momencie stracił pan szatnię? Po spotkaniu z Pogonią Dariusz Mioduski powiedziała oficjalnie: - Rozmawiałem z Vuko, i on mi powiedział, że gdyby tylko mógł, to w przerwie zmieniłby całą jedenastkę.

- Nie sądzę, choć nie znam tej wypowiedzi prezesa. Inna sprawa, że w szatni stwierdziłem dokładnie to samo. Powiedziałem, że w 30 minucie zdjąłem tylko Iuri Medeirosa, bo po prostu nie mogłem zrobić  więcej zmian. Nawet jeśli Portugalczyk wyróżnił się w złym kontekście na tle słabo funkcjonującej drużyny. Piłkarze zresztą świetnie czują, kiedy trener ma rację. Po pierwszej połowie z Pogonią nikt nie mógł powiedzieć, że zagrał dobrze. Każdy zdawał sobie sprawę, że tak słabe pierwsze 45 minut było nieakceptowalne. Bez agresywności i jakiegokolwiek elementu, który świadczyłby, że gramy o najwyższą stawkę. Podjąłem próbę pobudzenia drużyny, która poniekąd się powiodła, bo Dominik Nagy dał dobrą zmianę. Po przerwie kolejny impuls dał Jarek Niezgoda, dlatego szczerze - gdybym miał taką możliwość, całą ławkę zaprosiłbym na boisko. To nie był atak na zawodników, tylko realna ocena, że potrzebujemy nowych bodźców. Dlatego twierdzę, że wówczas nie straciłem szatni.

Nie ten jest legionistą, kto klepie się po e-Lce, tylko ten, kto zapier.... I ja będę wskazywał, kto zasługuje na pozostanie w klubie. To była zapowiedź kadrowej rewolucji w klubie?

- Nawet pomijając powyższe słowa, trzeba liczyć się z tym, że sporej grupie zawodników kończą się w Legii kontrakty, no i jest spore zainteresowanie klubów zagranicznych naszymi czołowymi piłkarzami. Znów zatem wydarzy się pewnie tak, że z 10 osób odejdzie. Po sezonie było wiadomo, że w kolejnym zabraknie Adama Hlouszka i Medeirosa, o kilku innych skreślonych nazwiskach wiedziałem ja, ale przed ich rozmową z klubem nie było sensu tego ogłaszać. Niezależnie jednak nawet od tego, że na pozycji Michała Kucharczyka widzę już innych zawodników nie nazwałbym tego rewolucją, tylko odświeżeniem składu. Przecież przed rozpoczęciem poprzedniego sezonu Legia wymieniła - o ile dobrze pamiętam - aż dwunastu piłkarzy.

I naprawdę jest pan przygotowany, że latem zabraknie Szymańskiego, Wieteski, Nagya czy Majeckiego, którzy odgrywali istotne role, a są - z racji wieku i możliwej do uzyskania wyceny ceny pierwsi w kolejce do odejścia? Zresztą sprzedaż Sebastiana stała się już faktem.

- Muszę z tym żyć i być przygotowany na szybkie reakcje z klubem po ich ewentualnych transferach. Prawda jest taka, że dopóki będą w Legii, nikogo w ich miejsce nie sprowadzimy. W sytuacji, w jakiej znajduje się klub nie przewidujemy, że najpierw będziemy kupować nowych, a dopiero potem odsprzedawać tych piłkarzy, których już mamy. Bardzo liczę na pomoc dyrektora sportowego Radka Kucharskiego i szefa skautów Tomka Kiełbowicza. Wiem zresztą, że mocno pracują nad tym, aby ewentualna wymiana w kadrze przebiegała płynnie.

Kliknij i czytaj dalej!

Będzie miał pan wpływ na tę wymianę?

- Jesteśmy w stałym kontakcie, dużo rozmawiamy na temat rozwiązań najlepszych dla klubu, interesuję się kierunkami pracy Radka i Tomka. Nie chcę jednak być wariatem, który zamierza decydować o wszystkim w Legii. Jako trener muszę koncentrować się przede wszystkim na tym, żeby wyciągnąć maksa ze składu, który w danym momencie mam do dyspozycji.

Będzie pan optował - wzorem Romeo Jozaka czy Ricardo Sa Pinto - za sprowadzaniem swoich rodaków do Legii?

- Nie jest to mój priorytet, choć Serbowie zawsze dobrze wkomponowywali się w zespół Legii. Od  momentu pracy przy Łazienkowskiej trenera Drago Okuki był Stanko Svitlica, ja, Miroslav Radović, Danijel Ljuboja, Nemanja Nikolić, czy Aleksandar Prijović, a zatem w komplecie zawodnicy, którzy pozytywnie wpisali się w historię Legię. Na pewno więcej było takich moich rodaków, którzy wypalili przy Łazienkowskiej niż się tu nie sprawdzili. Obecnie nie ma jednak żadnego Serba, o którego sprowadzeniu byśmy rozmawiali.

Priorytetem będą zatem transfery młodych Polaków?

- Na pewno w tym kontekście trzeba myśleć biorąc pod uwagę zmianę przepisów w polskiej Ekstraklasie. Zakładając opcję, w której  po odejściu Szymańskiego możliwe jest także wytransferowanie Majeckiego, pojawia się pytanie, kto w zamian? Mamy oczywiście zawodników sprowadzonych zimą, którzy wiosną byli wypożyczeni do niższych lig, ale oni nie są jeszcze na poziomie choćby zbliżonym do Sebastiana czy Radka. A kilku młodych piłkarzy musi rywalizować o miejsce w pierwszym składzie. Zakładam, że aby to sens, nie może być ich dwóch, czy trzech, tylko co najmniej pięciu, sześciu.

Podoba się panu w ogóle przepis o konieczności wystawiania młodzieżowca?

- Nie jestem zwolennikiem takiego podejścia, że ma grać tylko młody albo tylko stary, Serb lub Polak; grać powinien ten, który na to zasługuje. Skoro jednak jest nakaz, to trzeba będzie go uszanować, ale nie zmienia to faktu, że priorytetem dla Legii pozostanie to, żeby grała dobrze. I wygrywała. Wszystko inne ma mniejsze znaczenie.

Sandro Kulenović to piłkarz, który chyba w największym stopniu stracił najpierw formę, a potem także pozycję w klubowej hierarchii odkąd pan przejął Legię. Czy to tylko wrażenie?

- Zacznijmy od tego, że ten młody napastnik wypłynął dopiero w zakończonym sezonie. I nawet u trenera Sa Pinto w żadnym momencie nie był zawodnikiem pierwszego wyboru. U Portugalczyka grał na pewno więcej, zdarzało mu się rozpoczynać mecze w wyjściowym składzie, ale przecież u mnie w siedmiu początkowych spotkaniach pięciokrotnie wchodził z ławki. Dostawał od kwadransa do dwóch, a więc także sporo zważywszy, jaka jest liczebność klubowej kadry. Na pewno jest to piłkarz perspektywiczny, ale musi walczyć o pozycję w drużynie i dawać pozytywne impulsy jako dżoker. Nie spełnia kryterium młodzieżowca, co nie ułatwi mu  rywalizacji, ale ogólnie na pewno zrobił krok do przodu. Zatem teraz - czas na kolejny. I na pewno dostanie szansę wykazania się.

Jest ktoś w kadrze Legii, kto nie zawiódł pana na finiszu?

- Było co najmniej kilku takich zawodników, którzy do końca trzymali równy poziom i nie schodzili poniżej granicy przyzwoitości. Nie będę publicznie podawał nazwisk, ale jest grono piłkarzy, których podawałem w szatni jako przykład do naśladowania. Dlatego uważam, że wcale nie będziemy zaczynali budowy drużyny z niczego. Jest naprawdę sporo dobrej mentalności w tej kadrze, tylko trzeba właściwie porozkładać akcenty i postarać się uzupełnienie braków.

Artur Jędrzejczyk, William Remy, Andre Martins, Dominik Nagy - taki będzie trzon Legii w przyszłym sezonie?

- Wymienił pan nazwiska ludzi, na których bardzo liczę w przyszłym sezonie. Myślę jednak, że w sumie uzbierałaby się nawet 15-osobowa grupa zawodników, na których - jeśli oczywiście nie dostaną ofert nie do odrzucenia - chciałbym opierać drużynę na nowe rozgrywki. Nie mam oczywiście wpływu na rozmowy piłkarzy z klubem, ale uważam, że to spore i solidne grono. Do tego, poza młodzieżowcami,  przydałoby się kilku konkretnych graczy, którzy wzmocnią, a nie tylko uzupełnią skład. I można będzie ruszać do walki.

Na które konkretnie pozycje w pierwszej kolejności oczekuje pana wzmocnień?

- Zdecydowanie większej jakości, i nieco innych parametrów niż mają zawodnicy będący w kadrze Legii, potrzebujemy przede wszystkim na skrzydłach. Zaś na lewej obronie, zostanie tylko Luis Rocha, któremu niezbędny jest konkurent. A jeśli idzie o inne sektory, to w zależności od transferów z klubu, po prostu trzeba będzie reagować na bieżąco. Dopiero okaże się również, czy będziemy chcieli wzmocnić się także napastnikami. Jedynym typowym graczem na tej pozycji był przez długi czas Kulenović, bo Carlitos nie jest klasyczną dziewiątką, ale teraz wraca Jarek Niezgoda. Naszymi zawodnikami są również Jose Kante i Vamara Sanogo, obaj wracają do Legii i obaj dostaną szansę. Sprawdzimy, czy taki zestaw okaże się wystarczający, aby z powodzeniem walczyć na kilku frontach w przyszłym sezonie.

Popełnił pan błędy na ligowym finiszu?

- Kluczowy był mecz z Piastem, następne były w dużej mierze jego konsekwencją, więc gdybym mógł cofnąć czas i coś teraz zmienić, to pewnie tylko w tym spotkaniu. Konkretnie - zagrałbym chyba bardziej zachowawczo, bo remis także był dla nas wówczas dobrym rozwiązaniem. Tyle że to jedynie gdybanie, ponieważ wcale nie ma pewności, że taka taktyka byłaby lepsza. Fakty są takie, że wtedy straciliśmy impet i pozytywną energię, wkradła się natomiast nerwowość. Z kolei u przeciwnika - wszystko zadziałało odwrotnie. A następny mecz Piast grał przed nami, i zdobył gola w czasie doliczonym, i nie dał wyrównać Jagiellonii nawet z rzutu karnego egzekwowanego w 94 minucie. Co także miało wymiar psychologiczny.

Pytam, bo po tym, jak zaczął pan mówić o mitycznym zapier...., pojawiły się zarzuty, że wystawiając Kaspra Hamalainena i Antolicia, którzy nie mają ku temu predyspozycji, nieco zaprzeczył pan sam sobie.

- Zdaję sobie sprawę z predyspozycji Kaspra i Domagoja, ale trzeba było spojrzeć też na naszą kadrę w tamtym momencie. Hamalainen i tak uratował nam kilka ładnych punktów i to, że go odkurzyłem dużo dało nawet w kontekście wywalczenia drugiego miejsca. A to samo dotyczy Antolicia. Bez nich trudno byłoby ugrać nawet tyle, ile ostatecznie udało się ugrać. O kłopotach w ataku mówiłem, a nie ma sensu oszukiwać się, że od Niezgody można było oczekiwać życiowych występów. Wprowadzałem Jarka, żeby coś pozytywnego przytrafiło mu się w tym roku. Prawda jest taka, że naprawdę byliśmy mocno ograniczeni.

Czyli rotacje na finiszu były nieuniknione, bo zespół - jak zrozumiałem - dotknęło nie tylko zmęczenie, ale i syndrom wypalenia.

- Jestem przekonany, że tak. Przy tym, co działo się  pod względem fizycznym i mentalnym, nie było innego wyjścia. Wystarczy zresztą spojrzeć na przypadek Nagya. Zagrał bardzo dobrze z Pogonią wchodząc z ławki i 90 minut z Jagiellonią po upływie zaledwie trzech dni. A później nie był już sobą, nie miał wcześniejszej siły i mocy. Nie tylko Hamalainen, ale także na przykład Carlitos, nie był w stanie grać w końcówce wszystkiego po 90 minut. Niezgoda tym bardziej.

A Radosław Cierzniak?

- Radek bronił u mnie w ośmiu spotkaniach, a zaczynał po 0-4 z Wisłą w Krakowie i pojawiły się głosy, żeby wtedy go zmienić. Nie zrobiłem tego, bo uważałem, że nie byłoby to fair w stosunku do Cierzniaka. I postąpiłem słusznie, gdyż później złapał dobry okres i bronił bez zarzutu. Aż do meczu z Pogonią w rundzie finałowej, który był zdecydowanie słabszy w jego wykonaniu. Mówiąc wtedy w przerwie, że zrobiłbym kilka zmian, na myśli miałem także roszadę na pozycji golkipera. Dlatego przed meczem z Jagiellonią dokonałem zmian, które nie wynikały jedynie ze zmęczenia. W większości przypadków chodziło o jakość; jeśli bowiem jesteś zawodnikiem Legii Warszawa i walczysz na finiszu ligi o tytuł mistrza Polski to konsekwencje bardzo słabego meczu mogą być tylko takie, że siadasz na ławie. 

Nie chodzi tylko o błędy, bo na przykład do Mateusza Wieteski trudno mieć pretensje o samobója w Białymstoku. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby źle go oceniać poprzez pryzmat tego zdarzenia w sytuacji, gdy na Jagiellonii w sumie rozegrał dobry mecz. I wystąpiłby w kolejnym, gdyby nie kartki. Pomyłka jest stałą i normalną częścią gry, kiedy jednak widzę bardzo słabą grę w wykonaniu jakiegoś zawodnika, który pokazuje, że z różnych względów nie daje rady, to nie mam wyboru. Nie zapominajmy przy tym, że Majecki przez dużą część sezonu był pierwszym bramkarzem i ze składu wypadł przez kontuzję. Gdy wrócił do pełni sił nie bronił bodaj przez trzy tygodnie...

...a wówczas Jacek Magiera, trener kadry U-20 poprosił, aby wrócił do składu, żeby na młodzieżowy mundial jego podstawowy golkiper nie przyjechał z pustym przebiegiem.

- Nie było takiej prośby. Aczkolwiek w klubie patrzyliśmy także na ten aspekt, że nasz zawodnik ma za chwilę pojechać na mistrzostwa świata, gdzie może pokazać się z dobrej strony i dodatkowo wypromować. Radek bardzo dobrze poradził sobie w meczu z Jagiellonią, z Zagłębiem Lubin mogło być trochę lepiej, ale to także cena tego, że wcześniej przez długie tygodnie leczył się i nie miał meczowego rytmu.

Czego panu życzyć na zakończenie tej rozmowy?

- Najlepiej, żebyśmy mogli na Boże Narodzenie mogli zrobić kolejny wywiad. Oczywiście ze mną w roli trenera Legii.

Rozmawiał Adam Godlewski

 

 

 

 

 

Dowiedz się więcej na temat: Aleksandar Vuković

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje