Reklama

Reklama

  • 1 .Legia Warszawa (22 pkt.)
  • 2 .Raków Częstochowa (21 pkt.)
  • 3 .Górnik Zabrze (17 pkt.)
  • 4 .Lechia Gdańsk (16 pkt.)
  • 5 .Pogoń Szczecin (15 pkt.)
  • 6 .Zagłębie Lubin (15 pkt.)
  • 7 .Śląsk Wrocław (14 pkt.)
  • 8 .Warta Poznań (13 pkt.)

Bożydar Iwanow: Wojna przegrana, ale bitwy trzeba ciągle wygrywać

To już jakiś funkcjonujący głównie w umysłach prześmiewców polskiej ligi mit, że polskie "El Classico" czy też inny mecz na szczycie albo spotkanie pomiędzy najlepszymi klubami musi być nudne jak flaki z olejem. Owszem, tak kiedyś bywało, ale jak wrócimy pamięcią do ubiegłorocznego spotkania Legii Warszawa z Lechem Poznań ze zwycięską bramką debiutanta Macieja Rosołka to wiemy, że było zupełnie inaczej.

Wtedy przy Łazienkowskiej być może uratowana została posada Aleksandara Vukovicia. Od tego meczu, na którym nie brakowało pomysłowej, choć obrażającej Dariusza Mioduskiego, oprawy na trybunach, zaczęła się świetna passa stołecznych piłkarzy, którzy zaczęli bić każdego kolejnego rywala w stylu niepodlegającym dyskusji, takim, jakim, kiedyś Legia imponowała w swoich najlepszych latach. Teraz można poszukać analogii z tamtym jesiennym spotkaniem. Znów gola strzela rezerwowy debiutant. I znów to popołudnie może się okazać kluczowe dla odbioru przy Łazienkowskiej trenera. Wtedy zaufanie zyskał "Vuko". Obecnie być może więcej sympatii uzyska Czesław Michniewicz, choć określenie "Chórzysta" nie "odklei" się od niego tylko dzięki wygranej właśnie z drużyną z Poznania.

Reklama

Mimo że bez kibiców gramy już jakiś czas, to ciągle to dziwne uczucie, gdy na murawie gra Legia z Lechem, słyszymy głównie pobudzającego swoich kolegów Artura Boruca, uwagi i ostrzeżenia Szymona Marciniaka oraz... szum samochodów z Mostu Łazienkowskiego, choć ruch przecież niezbyt intensywny, bo to niedziela godzina 15... Oba zespoły chciały jednak grać w piłkę, a przez wiele minut zdecydowanie lepiej robiła to drużyna z Poznania. Na europejski "One Touch Football" patrzyło się z przyjemnością. Swoboda z jaką operują piłką Pedro Tiba, Dani Ramirez wsparci ruchliwymi Janem Sykorą czy Mikaelem Ishakiem jest już nam bardzo dobrze znana. Coś jednak musi być na rzeczy, skoro "Kolejorz" potrzebował dopiero "black outu" Josipa Juranovicia, żeby cieszyć się ze zdobytego gola.

W Legii irytowała nieodpowiedzialność Joela Valencii i nadmierna wiara w umiejętności strzeleckie Waleriana Gwilii. Odczuwalny był brak Thomasa Pekharta, ale za to trzeba zauważyć zwyżkę formy Bartosza Kapustki, który nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i kolejna przerwa na mecze reprezentacji może go jeszcze mocniej zbudować. Do przerwy Michniewicz nie miał tęgiej miny. Szatnię opuścił jako pierwszy. Za nim podążył na boisko jego sztab. Dopiero kilka minut później zrobili to piłkarze. I była to zdecydowanie inna Legia. Fakt, przy lepszej skuteczności gości i tak mogła przegrać. Ale "polski Mourinho" zawsze imponował dobrym czytaniem gry i zmianami. Wejście Skibickiego było tak zaskakujące, jak przed ponad rokiem ruch Vukovicia z Rosołkiem. Skutek był podobny. Z tą różnicą, że bramka Skibickiego była bardziej efektowna. Sprawę rozstrzygnął inny zmiennik Rafael Lopes. To też jego pierwsza bramka w nowych barwach.

Nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie postawa Pawła Wszołka, który napędzał Legię i wkręcał w murawę nawet chwalonego od wielu tygodni Tymoteusza Puchacza. Niestety dla "Tymka" oba gole dla Legii padły przy jego współudziale. Może nie bezpośrednim ale jednak. Pierwszy - nie zablokował podania Wszołka ze skrzydła. Drugi - bo przez bałagan w obronie nikt nie pokrył Lopesa. To była ostatnia doliczona minuta! To musiało zaboleć mocno Dariusza Żurawia, który przecież karierę piłkarza spędził w obronie i taka sytuacja na pewno mocno go uwiera.

Podobno bitwy wygrywa się atakiem, wojny obroną i to samo dotyczy piłkarskiego boiska. "Kolejorz" prawdopodobnie przegrał w niedzielę i jedno i drugie. Strata do czołówki jest już spora, trzeba walczyć o ligowe podium i krajowy puchar. Ten zespół chce się po prostu oglądać i byłaby to olbrzymia strata gdyby za rok nie mogła robić tego Europa. A że będzie to tylko Conference League a nie Liga Mistrzów czy Europy? Trudno, taki mamy "klimat". Ja nie zamierzam wybrzydzać. Tyle, że apetyt na to mają nie tylko w Poznaniu, ale i w paru innych polskich miastach. Sprawa jest prosta. Wojna może przegrana, ale sporo bitew i tak trzeba jeszcze wygrać.

Bożydar Iwanow, Polsat Sport

Ekstraklasa - wyniki, terminarz i tabela

Dowiedz się więcej na temat: Legia Warszawa | Lech Poznań | Bożydar Iwanow

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje