Reklama

Reklama

Zagrali va banque w Ekstraklasie i wygrali. Debiutant w pucharach

Lechia Gdańsk podjęła wielkie ryzyko dokonując roszady na ławce trenerskiej. Doświadczonego Piotra Stokowca zastąpił nieopierzony Tomasz Kaczmarek, który wcześniej nie prowadził samodzielnie drużyny w Ekstraklasie. Jak pokazuje ligowa tabela, był to słuszny ruch - Biało-Zieloni po raz trzeci w historii zagrają w europejskich pucharach.

Mówi się, że czwarte miejsce jest najgorszym dla sportowca, ale nie w piłce nożnej. Przez lata czwarta lokata w lidze angielskiej, najstarszej i najbogatszej na świecie, była niczym mistrzostwo - oznaczała udział w kwalifikacjach do piłkarskiego raju, jaką jest Liga Mistrzów. Roman Abramowicz krążył po stolicy Anglii latem 2003 r. z planem nabycia klubu piłkarskiego, dziś już wiemy na czyje zlecenie. Pierwsze kroki, zgodnie ze swoimi korzeniami, skierował na stadion Tottenhamu, White Hart Lane. Jednak kilka mil na zachód, na Stamford Bridge, duński skrzydłowy Jesper Gronkjaer pokonał Jerzego Dudka, a Chelsea wygrała z Liverpoolem, dzięki temu zajęła czwarte miejsce i pozyskała nowego, bogatego właściciela, a reszta jest historią. Pomijając etyczne kwestie i pochodzenie majątku Abramowicza, futbolowe dzieje mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej, być może to fani Spurs cieszyliby się z dwukrotnego triumfu w Lidze Mistrzów?  

Reklama

Wracamy na polską ziemię, a konkretnie nad polskie morze. Nie wiem dokładnie jakie nastroje panują w Częstochowie i Szczecinie, niemniej uprzejmie informuję, że w Gdańsku nie ma euforii jak w mistrzowskim Poznaniu, ale czwarte miejsce Lechii i kwalifikacja do pucharów, wywołały wiele radości. Zaryzykuję nawet, że drużyna Lechii Gdańsk kończy ten sezon w lepszych nastrojach niż Raków i Pogoń, z prostej przyczyny - Biało-Zieloni wygrali rywalizację o czwarte miejsce, a częstochowianie i szczecinianie przegrali walkę o mistrzostwo. Raków, jako zdobywca Pucharu Polski, nie zostaje z pustymi rękami, ale jednak wielu ekspertów po triumfie na Stadionie Narodowym przewidywało, że gracze Marka Papszuna pójdą za ciosem i sięgną po ligowe złoto.

Drużyny, które stanęły na ligowym podium to pomimo drobnych zakrętów, projekty stabilne i z doświadczonymi sternikami na trenerskich stołkach. W Lechii Gdańsk było zupełnie inaczej. Na początku sezonu, jeszcze w sierpniu, po sześciu ligowych kolejkach, gdańscy działacze rozstali się z trenerem Piotrem Stokowcem, który doprowadził klub do największych sukcesów w historii. Dawno już nie miałem tak rozgrzanego telefonu jak wówczas. Znajomi dziennikarze i kibice z głębi kraju nie dowierzali - "wy tam macie krótki lont nad morzem", "srogo pożałujcie tego ruchu", "co ten Mandziara znowu wymyślił?" - takie głosy dominowały. Zdziwienie ustąpiło konsternacji, gdy ogłoszono nazwisko następcy Stokowca - "Tomasz Kaczmarek to jakaś rodzina Bobo Kaczmarka?" - pytano, niby żartem. 37-letni trener poznał Ekstraklasę u boku Kosty Runjaicia w Pogoni Szczecin, trenował zespoły niższych klas rozgrywek w Niemczech, miał udział we wczesnym etapie kariery Mo Salaha, ale to jednak zupełnie co innego niż samodzielne prowadzenie drużyny w specyficznej polskiej lidze. 

Zatrudnienie Tomasza Kaczmarka było zagraniem va banque ze strony Lechii Gdańsk

Klub zaryzykował i mógł na ligowej drabinie pójść w dwie strony. Mógł pójść w dół jak za kadencji Adama Owena, do którego początkowo porównywano szkoleniowca Lechii. Poszedł jednak zdecydowanie w górę. Lepsze nie okazało się wrogiem dobrego i dziś Biało-Zieloni są w lepszej sytuacji niż 1 września 2021 r., gdy zaprezentowano Kaczmarka na Polsat Plus Arenie. Nie chodzi nawet o kwalifikację do europejskich pucharów, a bardziej o to, że obecna Lechia Gdańsk jest JAKAŚ.

Za trenera Stokowca słyszeliśmy o grze ofensywnej, poznawaliśmy statystyki na poparcie tej tezy, ale nie widać tego było za bardzo na boisku. Lechia Kaczmarka stara się kreować, a nie tylko przeszkadzać, gra od tyłu i ryzyko to jej pomysły na grę. Biało-Zieloni wychodzą wysoko, mając wielu graczy przed linią piłki, starają się grać nowocześnie, a trener nie przywiązuje się do nazwisk, o czym świadczy posadzenie na ławce w ostatnich meczach żelaznego członka linii pomocy, Jarosława Kubickiego. W sedno Kaczmarek trafił w ciekawym wywiadzie dla portalu polskapilka.pl, gdzie w sformułowaniu wyglądającym na językowy lapsus powiedział, że "bronimy do przodu". Coś w tym jest.

Grę Lechii i jej progres można porównać z lingwistycznymi umiejętnościami trenera, wychowanego w Niemczech. Na początku brakowało mu polskich słów (do dziś tak jest, często powtarza: "koniec końca"), ale jest coraz lepiej. To tylko słowa skierowane do mediów i kibiców, ale publicznie wygłaszana ocena wydarzeń boiskowych z grubsza pokrywa się z rzeczywistością. Trener Kaczmarek ma dystans do dotychczasowych osiągnięć, cenne jest to, że nie pudruje rzeczywistości, wie w którym miejscu na obranej drodze jest jego zespół i nie waha się o tym mówić. O sobie mówi, że ma poważne wątpliwości czy zasłużył, by zostać nominowanym do tytułu trenera roku w Ekstraklasie.

W rundzie jesiennej mówiono, że Tomasz Kaczmarek jedzie na paliwie nalanym drużynie przez Piotra Stokowca i jego sztab, że ktokolwiek objąłby Lechię po obecnym trenerze Zagłębia, trochę zmniejszyłby obciążenia treningowe to by osiągnął sukces. Być może trochę prawdy w tym jest, pierwszym poważnym testem dla Kaczmarka była runda wiosenna. W niej początkowo szło jak po grudzie, a sześć kolejnych porażek wyjazdowych chluby nie przynosi. Z tego kryzysu zespół wyszedł obronną ręką i ostatnia w tej serii szósta porażka (z Legią w Warszawie 1-2) była ostatnią w ogóle. Równie udanie udało się zażegnać kryzys wywołany słowami Flavio Paixao o złym przygotowaniu fizycznym drużyny. Kaczmarek był stanowczy wobec swego rówieśnika, nie zabrał Portugalczyka do Zabrza, ale wszystko skończyło się dobrze. Flavio wszedł do klubu setników, zdobył bramkę numer 1000 dla Lechii w Ekstraklasie i przedłużył kontrakt na ostatni rok w karierze.

Być może faktycznie jakieś błędy w przygotowaniach popełniono, jeśli tak jest to trener Lechii nie będzie chował głowy w piasek i pokazywał palcami winnych publicznie. To nie ten typ. Ostatecznie gdańszczanie finiszują tuż za podium i dopiero po raz trzeci w historii zagrają w europejskich pucharach. Tomasz Kaczmarek jako trzeci trener w historii Lechii, po Jerzym Jastrzębowskim i Piotrze Stokowcu poprowadzi Biało-Zielonych w rozgrywkach europejskich.

Rację ma trener Pogoni Szczecin, Kosta Runjaić, który po meczu w Gdańsku przyznał, że "Tomek robi w Lechii dobrą robotę". Na marginesie panowie Kaczmarek i Runjaić na święta chyba pocztówek nie będą sobie przysyłać, ale może mam błędne informacje.

Teraz przed drużyną i sztabem Lechii kolejny sprawdzian. Europejskie puchary, a konkretnie eliminacje do Ligi Konferencji. Wiele razy puchary okazywały się pocałunkiem śmierci dla polskich drużyn, czy tak będzie w przypadku Lechii? Wyzwań w kolejnych rozgrywkach nie zabraknie. Jednym z nich będzie zapewne przebudowa składu. Użytkownik twittera, Sławomir Łapiński zwrócił uwagę, że za rok kontrakty kończą się aż 14 zawodnikom Lechii: Kuciak, Ceesay, Nalepa, Maloca, Pietrzak, Kubicki, Kryeziu, Kałuziński, Terrazzino, Durmus, Zwoliński, Paixao, Clemens, Tobers i Haydary.  Odejście Tomasza Makowskiego zostało już ogłoszone, mówi się o opuszczeniu Polski i w ogóle Europy przez Brazylijczyka Conrado.

Lechia to klub z rodowodem budowlanym, a trener Tomasz Kaczmarek ma szansę stać się Bobem Budowniczym, być może wówczas to o nim będzie się mówić "Bobo" Kaczmarek? A tak bardziej serio - prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym jak kończą, nie jak zaczynają, niemniej w sporcie start jest również bardzo ważny. Tomasz Kaczmarek zaczął dobrze, na mocną czwórkę, jak czwarte miejsce Lechii Gdańsk na koniec sezonu 2021/22.

Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL