Reklama

Reklama

Niezwykłe słowa ligowego snajpera: "Cieszyłem się jak dziecko"

Łukasz Zwoliński z Lechii Gdańsk ma już 14 bramek na koncie w kończącym się sezonie Ekstraklasy. W sobotni wieczór czeka go wyjątkowy mecz z Pogonią Szczecin, której jest wychowankiem.

Maciej Słomiński, Interia: Statystyki są jednoznaczne - w kończącym się sezonie Ekstraklasy jest pan najskuteczniejszy w karierze. 14 goli na koncie to więcej niż 12 w sezonie 2014/15 w barwach Pogoni Szczecin. Czy to najlepszy sezon w karierze Łukasza Zwolińskiego?

Łukasz Zwoliński, napastnik Lechii Gdańsk: - Mam nadzieje, że najlepszy dopiero przede mną. Broń Boże nie uważam, że sezon się skończył, mamy jeszcze dwa mecze gdzie można podbić statystyki. Zostały dwa niezmiernie istotne spotkania, ważne dla zespołu i dla mnie. Jestem daleki od postawy, że pobiłem rekord i osiadam teraz na laurach. Zawsze chcę być najlepszy, wiadomo że Iviego Lopeza z Rakowa Częstochowa już nie dogonię, ale warto powalczyć o miano najskuteczniejszego Polaka w lidze w tym sezonie.

Reklama

Żadna z 14 pana bramek nie padła z rzutu karnego. Gdyby je pan wykonywał zapewne łatwiej byłoby dogonić wspomnianego Lopeza. Wielu napastników z numerem "9" specjalizuje się w strzałach z 11 metrów.

- Wielokrotnie pytano mnie o rzuty karne. Chcę je wykonywać. W meczu z Górnikiem w Zabrzu wyznaczony do strzelania był Maciek Gajos, dlatego to on podszedł i trafił do siatki.

Gdyby to od pana zależało, to by pan strzelał karne?

- Jak najbardziej, czuję się na siłach. Gdy do Lechii przyszedł trener Tomasz Kaczmarek zmienił osoby wyznaczone do rzutów karnych. Za kadencji trenera Piotra Stokowca, jako pierwszy miał podchodzić Flavio Paixao, gdy jego nie było na boisku, miałem strzelać ja. Trener to zmienił, nie będę z tym dyskutował, przecież nie będę wyrywał piłki koledze na boisku. W Chorwacji strzelałem rzuty karne z powodzeniem. Myślę, że rzuty karne to kwestia dogadania się z trenerem w kolejnym sezonie.

Lechia Gdańsk ma już niemal pewny awans do europejskich pucharów, starczy zdobyć jeden punkt w dwóch meczach.

- Ja chcę ten sezon zakończyć z sześcioma punktami w dwóch ostatnich meczach i uśmiechem na twarzy. Nie chcę oglądać się na inne drużyny, nie chcę żeby ktoś mówił, że nam pomógł. Chcę patrzeć tylko na naszą drużynę, na Lechię Gdańsk. Od początku sezonu byliśmy drużyną, która ucieka, a nie goni. Trzeba w tych dwóch meczach pokazać, że zasługujemy na miejsce w pucharach.

Grał pan już za granicą, czy myśli pan jeszcze o wyjeździe do innej, silniejszej ligi niż polska?

- Gdy zaczynałem swoją przygodę z piłką od zawsze mówiłem, że moim marzeniem jest gra za granicą. Udało mi się je zrealizować, wyjechałem do ligi chorwackiej, gdzie się sprawdziłem, nie wróciłem z podkulonym ogonem, byłem tam najskuteczniejszym obcokrajowcem. Życie i gra w piłkę nożną nauczyły mnie, że nie ma co za daleko planować, bo wszystko może zostać brutalnie zweryfikowane. Wiemy jak to jest z napastnikami, zagrają dobry sezon, wtedy pojawia się zainteresowanie z kraju i zagranicy. Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy w Gdańsku.

Ma pan jeszcze rok kontraktu z Lechią.

- Dokładnie, skupiam się na Lechii i Gdańsku. Nie jestem już żółtodziobem, który będzie się "podpalał" i kręcił na gorącym krześle w oczekiwaniu na telefon.

Trener Kaczmarek podchodzi do tego na chłodno, ale nie da się ukryć, że jesteście o krok od pucharów.

- Nie grałem jeszcze w europejskich rozgrywkach, jest to kolejne małe marzenie do spełnienia. Uważam, że to dobrze że w ostatnich meczach za rywali mamy Pogoń Szczecin i Raków Częstochowa, to drużyny które zagrają w pucharach, to będzie mocne przetarcie przed tym co nas może czekać w Europie. Te mecze pokażą, w którym miejscu jest nasza drużyna.

W niedawnym meczu z Wartą Poznań Flavio Paixao zdobył swą setną bramkę w Ekstraklasie i tysięczną dla Lechii Gdańsk. Pan pauzował wtedy za żółte kartki. Była wtedy taka pozytywna, sportowa złość, że to na niego skierowane są światła reflektorów, nie na pana?

- Bardzo dobrze się z Flavio rozumiemy, na boisku i poza nim. Nie ma czegoś takiego jak rywalizacja z kolegą z drużyny, idziemy w tym samym kierunku. To było widać w meczu ze Stalą Mielec, obaj szukaliśmy się na boisku. Każdy napastnik chce zdobywać bramki, ale patrząc choćby na nasze statystyki, wyraźnie widać, że nikt nikomu niczego nie zabiera. To właśnie stanowi o sile Lechii, obaj strzelamy bramki i pomagamy drużynie piąć się do góry. Obaj dostaliśmy nominację na najlepszego napastnika Ekstraklasy w tym sezonie. Gdy Flavio strzelił setna bramkę, jak dziecko cieszyłem się razem z nim. Jest to niesamowite osiągnięcie, które przeszło do historii. Przepiękny moment dla klubu i dla Flavio. Nie było tak, że siedziałem obrażony, pierwszy wyskoczyłem z gratulacjami dla niego. Pauzowałem po czwartej żółtej kartce w Zabrzu, wtedy on wziął odpowiedzialność, zresztą nie pierwszy raz w bardzo trudnym meczu. Wszystko dzieje się po coś. Najwidoczniej moja kartka w Zabrzu była po to, bym pauzował i żeby Flavio mógł strzelić swoją setną i tysięczną dla klubu bramkę w meczu z Wartą.

Nawiązał pan do ligowych nominacji dla najlepszych piłkarzy sezonu: Czy gdyby pan był w kapitule, umieścił by pan siebie w czołowej piątce ligowych napastników w tych rozgrywkach?

- Tak, umieściłbym siebie w top 5 napastników.

Czy liczy pan na wygraną w tej kategorii?

- To nie do mnie pytanie. Ja zawsze chcę być najlepszy, jak już wspomniałem. Staram się pokazywać z jak najlepszej strony na boisku, bo samym gadaniem nie zaprosimy kibiców na stadion, pięknymi słowami nikt jeszcze nic nie wygrał. Wszystko jest w moich nogach i głowie.

Wyjazdowy mecz z Pogonią Szczecin w rundzie jesiennej był mocnym gongiem dla drużyny Lechii. Czy tamten wynik (1-5) jest dla was dodatkową motywacją na sobotę?

- Nie ukrywam, że w mojej głowie siedzi ten mecz. Nigdy nie przegrałem tak wysoko. To nie było miłe uczucie wracać do Gdańska po tamtym meczu. Każdy w naszej drużynie pamięta ten wynik, nikogo z nas nie będzie trzeba dodatkowo motywować w sobotę.

W tamtym meczu trafił pan do siatki Pogoni i wyrównał wynik na 1-1. Po tym golu kibice "Portowców" skandowali nazwisko Łukasza Zwolińskiego. To niespotykana sytuacja. Jaka jest pana relacja z macierzystym klubem i miastem?

- Ta relacja jest na pewno wyjątkowa. Porównałbym ją do sinusoidy z przewagą tych dobrych momentów. Jestem chłopakiem ze Szczecina i zawsze na trybunach jest dużo znajomych twarzy. Oczywiście zdarzały się też mniej przyjemne momenty, ale mimo wszystko zdecydowanie więcej było tych pozytywnych, które pozostaną na zawsze w pamięci.

Czy podpisze się pan pod tezą, że wychowanek ma trudniej?

- Tak, ale nie chcę przesadnie tego tematu rozwijać. Marzeniem każdego wychowanka jest przejść wszystkie szczeble wyszkolenia, grać dla swojego macierzystego klubu i strzelać bramki. Nie każdy ma takie możliwości, dlatego to dla mnie wielkie wyróżnienie i coś wyjątkowego, że jako wychowanek mogłem występować w swoim klubie dla ludzi, z którymi dorastałem. Stąd było to skandowanie. Nigdy nie powiedziałem złego słowa o Pogoni Szczecin, jestem dojrzały i wiem ile zawdzięczam temu klubowi.

Ostatnio pana nazwisko było skandowane również w Gdańsku.

- Bardzo to doceniam, nie znam tak wielu ludzi w Gdańsku jak w Szczecinie i wiem, że na stadionie Lechii trzeba zasłużyć, żeby nazwisko było skandowane. Była to dla mnie wyjątkowy moment, nie spodziewałem się tego. Chciałem bardzo podziękować. Słyszałem swoje nazwisko, z córką na rękach. Piękny dzień.

Starsza córka na rękach, kołyska dla młodszej. Był pan przy narodzinach córek?

- Tak, oczywiście.

Czy da się moment narodzin dziecka porównać do hat-tricka w Ekstraklasie?

- Nie. To jest uczucie nie do opisania. Gdy starsi koledzy o tym mówili, nie wierzyłem, mówiłem: to nie może być lepsze od bramki w Lidze Mistrzów. Dziś wiem, o co im chodziło. Nie ma piękniejszej chwili niż narodziny dziecka i możliwość bycia przy porodzie. Chciałbym podziękować trenerowi bo wiem, że nie każdy by puścił zawodnika przed takim ważnym meczem, jaki my mieliśmy w Lubinie. Pojechałem autobusem do Legnicy gdzie mieliśmy bazę, dwa dni przed meczem. Po kilku godzinach żona dała mi znak, że to już, zaczęło się. Dzięki Maćkowi Gajosowi, który zadzwonił do kierownika Lecha Poznań, załatwiłem sobie transport i o północy byłem w Gdańsku. O 3 urodziła się Luna. Trener Kaczmarek powiedział, że mógłbym przyjechać nawet w dniu meczu, ale nie grałbym wówczas w pierwszym składzie. Wsiadłem o 10 rano w pociąg i prosto z niego zdążyłem na trening w Legnicy. Wszystko pięknie się udało.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Wasze komentarze
No hate

Wyrażaj emocje pomagając!

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym i nasyconym nienawiścią komentarzom. Nie zgadzamy się także na szerzenie dezinformacji.

Zachęcamy natomiast do dzielenia się dobrem i wspierania akcji „Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy” na rzecz najmłodszych dotkniętych tragedią wojny. Prosimy o przelewy z dopiskiem „Dzieciom Ukrainy” na konto: ().

Możliwe są również płatności online i przekazywanie wsparcia materialnego. Więcej informacji na stronie: Fundacja Polsat Dzieciom Ukrainy.

Reklama

Reklama

Reklama