Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (32 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (32 pkt.)
  • 3 .Lechia Gdańsk (30 pkt.)
  • 4 .Raków Częstochowa (29 pkt.)
  • 5 .Radomiak (28 pkt.)
  • 6 .Śląsk Wrocław (24 pkt.)
  • 7 .Piast Gliwice (21 pkt.)
  • 8 .Jagiellonia Białystok (21 pkt.)

Lechia Gdańsk. Michał Nalepa: Nasza drużyna umie słuchać

Obrońca Lechii Gdańsk, Michał Nalepa grał w Niecieczy w sezonie 2012/13, gdy w niezwykłych okolicznościach stracił awans do Ekstraklasy. Mecz Bruk-Betu Termaliki z Lechią w sobotę o godz. 15.

Maciej Słomiński, Interia: Zawodnicy Lechii Gdańsk po efektownie wygranym meczu z Legią Warszawa żałowali, że kolejny mecz nie jest za tydzień.  Musieliście dwa tygodnie czekać na spotkanie z Bruk-Bet Termaliką w Niecieczy, czy obawiacie się straty tego ognia, który był podczas meczu z mistrzem Polski?

Michał Nalepa, obrońca Lechii Gdańsk: - Za wszystkie wygrane spotkania w lidze przyznają po trzy punkty, ale wiadomo że mecz meczowi nierówny. To będzie inny mecz niż z Legią, na niego nikt nie musiał dodatkowo się motywować. Na takie spotkanie jak w Niecieczy, potrzebna będzie duża samodyscyplina, by do niego odpowiednio podejść. Wierzę, że jej nam nie zabraknie.

Reklama

Co zrobił z Lechią Gdańsk trener Tomasz Kaczmarek, że od kiedy zaczął ją prowadzić ta drużyna na boisku prezentuje się zupełnie inaczej, a na jej grę patrzy się z przyjemnością?

- Trener pokazał nam parę tricków, które sprawiają że nasza gra wygląda bardzo dobrze.

Trick brzmi tajemniczo, tymczasem licząc razem z węgierskim Ferencavarosem ma pan pewnie ponad 200 ligowych występów. Chce pan powiedzieć, że coś jest w stanie pana zaskoczyć?

- Oczywiście że tak, piłka zmienia się z roku na rok. Małe rzeczy, detale, ale takie które mogą pomóc każdemu i zrobić różnicę na boisku. Obojętnie czy ma się 30 lat, czy 18. Myślę, że nawet najstarszy zawodnik w naszej drużynie, jest w stanie wziąć coś dla siebie i skorzystać. 

Proszę się nie obrazić, ale słyszałem opinie, że u trenera preferującego wysoki pressing takiego jak Tomasz Kaczmarek, panu jako stoperowi w nieco dawnym stylu może być ciężko o miejsce w składzie. Tymczasem gra pan od deski do deski i to bardzo pewnie.

- Gdy grałem w Ferencvarosu Budapeszt w każdym meczu graliśmy bardzo wysoko i dominowaliśmy. Nasza strategia polegała na grze na połowie przeciwnika, to też mi odpowiadało. Przy takiej grze można wyżej odbierać piłkę, co stwarza dodatkowe możliwości. Wiadomo, że to wymaga zaangażowania całej drużyny. Jeśli jeden z zawodników zaśpi, pressing się urywa. Cały czas się uczymy tego systemu gry, jednak tego się nie boję, ponieważ uważam, że nasza drużyna umie uczyć się nowych rzeczy i słuchać.

Ma pan trzy żółte kartki na koncie, każda kolejna będzie oznaczać pauzę. W tej samej sytuacji są Mario Maloca, Jarosław Kubicki, Conrado i Kacper Sezonienko. Czy to oznacza, że w meczu w Niecieczy będzie się starał unikać interwencji na 100 procent?

- Pamiętam sezon, w których miałem 11 żółtych kartek, każda kolejna oznaczała dłuższą przerwę. Potrafiłem się wtedy pilnować i jeśli już popełniałem faul to w strefie, która nie oznaczała upomnienia kartką. Wracając do pytania - nie ma mowy bym nie angażował się na 100 procent.

Trener Kaczmarek podkreśla, że będzie nowe elementy w waszej grze wprowadzał stopniowo. Na jakim  etapie jesteście po ponad miesiącu wspólnej pracy?

- Jesteśmy na początku drogi, co podkreśla sam trener. Kilka niuansów wprowadził do naszej gry, pracujemy powoli, etapami. Myślę, że to właściwe podejście. Nawet w szkole dzieci przed pierwiastkami mają liczenie, potem dopiero mnożenie. Partię materiału każdy musi zrozumieć, dopiero potem można przerabiać kolejne tematy. Wszystko po kolei. Nasza gra będzie się rozwijać stopniowo.

Lechia Gdańsk chce przełamać klątwę Niecieczy

Kibice mają prawo myśleć, że w naszej szatni jest euforia po meczu z Legią, ale tak nie jest. Zrobiliśmy analizę, widzieliśmy w naszej grze sporo fajnych elementów, ale było też trochę błędów. Tak samo mecz z Górnikiem Łęczna, wygrany 4-0 na wyjeździe nie był idealny.

Czy istnieje coś takiego w sporcie zespołowym jak mecz idealny?

- Nie ma czegoś takiego i właśnie dlatego piłka nożna jest tak kochana na świecie. Można przez lata po meczach analizować co było dobre, a co nie.

Był pan wypożyczony do Niecieczy z Wisły Kraków w sezonie 2012/13. W nieprawdopodobnych okolicznościach straciliście wówczas awans do Ekstraklasy.

- Najpierw jako 18-letni zawodnik byłem wypożyczony do I-ligowego Ruchu Radzionków, gdzie grałem m.in. z obecnym kolegą z Lechii, Bartkiem Kopaczem, braćmi Mak, super ekipa. Na kolejny sezon zostałem wypożyczony do Termaliki Nieciecza, która nie ukrywała ambicji awansu do Ekstraklasy. Dla mnie to był krok do przodu, do lepszego klubu. W Niecieczy spotkałem bardzo dobrych piłkarzy.

Kogo na przykład?

- Kuba Biskup, bardzo dobry zawodnik, mało kto dysponował takim zwodem na zamach. Dariusz Pawlusiński, wcześniej długo i dobrze grał w Cracovii. Bramkarz Sebastian Nowak, Andrzej Rybski. Ja na środku obrony jeszcze jako nastolatek występowałem z Kubą Czerwińskim.

Dość odważna decyzja na tak newralgicznych pozycjach postawić tak młodych piłkarzy.

- Trener Kazimierz Moskal to reprezentant krakowskiej szkoły, polegającej na jak najdłuższym utrzymywaniu się przy piłce. Nie było wybijania po autach na oślep, ani "obrony Częstochowy". Notowaliśmy dobre wyniki i cały czas plasowaliśmy się w czołówce tabeli, na miejscu gwarantującym awans do Ekstraklasy.

Aż przyszedł mecz przedostatniej kolejki z Olimpią Grudziądz.

- Było ogromne urwanie chmury, prowadziliśmy 1-0, ten wynik dawał nam awans do Ekstraklasy. W doliczonym czasie gry sędzia dał znak, że jeszcze rzut wolny i kończy spotkanie. Piłkarz Olimpii wybijał rzut wolny spod linii bocznej, około 35 metrów od bramki. W nasze pole karne powędrował nawet bramkarz gości. Dośrodkowanie było nie najlepsze, pozycja bramkarza bardzo zła, wydawało się, że piłka nie ma prawa wpaść do siatki. Jednak bramkarz jakimś cudem sięgnął piłkę tyłem głowy, piłka wpadła w kałużę i stamtąd do siatki. Byliśmy załamani. Ciśnienie w klubie na awans było ogromne.

Dostaliście jeszcze jedną szansę - mecz w ostatniej kolejce z Flotą w Świnoujściu.

- Wygrana dałaby nam awans. Nawet remis mógł oznaczać promocję, gdyby inne wyniki ułożyły się korzystnie. Byliśmy załamani po meczu w Olimpią przez jeden dzień, ale mieliśmy cały tydzień, by przygotować się do meczu w Świnoujściu. W spotkaniu z Flotą prowadziliśmy 1-0 i straciliśmy bramkę do szatni, na sam koniec pierwszej połowy. Pamiętam, że w przerwie trener mówił, że mamy walczyć o zwycięstwo. Ruszyliśmy do przodu i zaraz dostaliśmy bramkę z kontry, pod sam koniec jeszcze dwie. Ostatecznie ulegliśmy 1-4 i nie awansowaliśmy do Ekstraklasy. Jedno z najgorszych uczuć w mojej karierze. Tamten mecz w Świnoujściu i finał Pucharu Polski, który przegraliśmy z Cracovią w Lublinie. Ciężko mi się było pogodzić z tamtym rezultatem.

Po piątkowym treningu w Tarnowie doszło do zaskakującej sytuacji. Podszedł do pana jeden z kibiców z prośbą o wspólne zdjęcie. Nie do Flavio Paixao, nie do Dusana Kuciaka, a właśnie do pana. Czy takie sytuacje zdarzają się często?

- Są kibice, którzy lubią zawodników ofensywnych, którzy strzelają bramki. Ale również są tacy, którym podoba mi się moja zdecydowana gra, wtedy słyszę pochwały od fanów. Ten kibic, który do mnie podszedł zrobił to z innego powodu - ma tak samo jak ja na nazwisko.

Ma pan "śliwę" pod okiem, co się stało?

- To nie piłkarska kontuzja. Mój syn podskoczył i uderzył mnie głową pod okiem. Ja od razu po lód, by nie było opuchlizny, on nawet nic nie poczuł. Prawdziwy wojownik! Niczego się nie boi, przewróci się to w ogóle nie płacze, tylko wstaje i dalej szaleje (śmiech).

Ma pan trójkę synów.

- Julek najstarszy urodził się w Budapeszcie, to nasz Madziar. Olek ma 2,5 roku urodził się w Gdańsku, tak jak najmłodszy Gabryś, który ma cztery miesiące. Nie ukrywam, że bez rodziny i spokoju w domu byłoby ciężej o dobrą grę na boisku.

Jak pan zareagował na zwolnienie trenera Piotra Stokowca? Mówiło się o panu jako jednym z najlepszych jego żołnierzy.

- Dostałem od trenera Stokowca duże zaufanie i jestem mu wdzięczny. To jest piłka nożna, nie ma co patrzeć za siebie. Tamten etap był dobry, wygraliśmy Puchar Polski, wiele się nauczyłem, ale teraz jest już nowe rozdanie i czas. Prawie równie długo jak u trenera Stokowca, trenowałem w Budapeszcie u Thomasa Dolla. Też wiele się nauczyłem. Teraz od kliku tygodni jest trener Kaczmarek i wiele korzystam.

Spodziewał się pan zwolnienia Piotra Stokowca?

- Nie, to była dla mnie niespodziewana decyzja. Bardzo wiele trenerowi Stokowcowi zawdzięczam, nie ukrywam że gdyby nie on, nie wiem czy bym w Gdańsku dziś był. Wiadomo w jakim momencie przychodził, ja wtedy byłem odsunięty od zespołu, trenowałem na stadionie Ogniwa Sopot ze sztuczną trawą.

Pamiętam pana pierwszy mecz po przerwie. 0-3 z Lechem w Poznaniu, chyba przy bramce Christiana Gtykjaera mógł się pan lepiej zachować.

 - Też pamiętam to spotkanie, miałem wrażenie że zagrałem bardzo dobry mecz, miałem wiele wygranych pojedynków. Obrońca ma specyficzną rolę na boisku, lepiej widać jego błędy. Jestem już na tyle doświadczony, że aż tak się tym nie przejmuję. Napastnik spudłuje sześć razy, raz trafi do bramki i jest bohaterem. Tak już jest i nic z tym nie zrobimy.

Rozmawiał Maciej Słomiński

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy