Reklama

Reklama

  • 1 .Lech Poznań (24 pkt.)
  • 2 .Lechia Gdańsk (22 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (21 pkt.)
  • 4 .Pogoń Szczecin (19 pkt.)
  • 5 .Śląsk Wrocław (17 pkt.)
  • 6 .Cracovia (16 pkt.)
  • 7 .Jagiellonia Białystok (16 pkt.)
  • 8 .Stal Mielec (15 pkt.)

Lechia Gdańsk. Karol Piątek: Derby to najlepszy moment mojej piłkarskiej przygody

- Zdjęcie, gdy zdobywam wyrównującą bramkę, a obrońca Arki leży w bramce niczym ryba złapana w sieć jest u mnie w domu, w biurze, jest w Klinice Rehasport, na stadionie na Letnicy i z tego co wiem w wielu gdańskich biurach i domach - wspomina jedno z derbowych starć były piłkarz Lechii Gdańsk i Arki Gdynia Karol Piątek.

Maciej Słomiński, Interia: Urodziłeś się w Wejherowie, wychowałeś nieopodal w Luzinie. To tereny zdominowane przez sympatyków Arki Gdynia. Jakim cudem jako młody chłopak wylądowałeś w Lechii Gdańsk?

Karol Piątek, były piłkarz Lechii Gdańsk i Arki Gdynia: - Treningi zacząłem w Błyskawicy Luzino, tam grałem i w wieku 15 lat miałem odejść do Wisły Tczew, gdzie miałem załatwioną szkołę itd. Wszystko było dogadane, zagrałem w Luzinie pożegnalny mecz, jedną połowę w barwach mojego macierzystego klubu, drugą w Wiśle. Tego samego dnia dostałem telefon od trenera Michała Globisza i to za jego sprawą oraz trenera Jacka Grembockiego znalazłem się w Lechii Gdańsk, czego do dziś nie żałuję.

Reklama

Jeszcze nie miałeś wąsów i dowodu osobistego, gdy zadebiutowałeś w starej II lidze. Lechia tradycyjnie średnio stała finansowo. Obecny trener Podbeskidzia, Krzysztof Brede, wtedy też wchodzący do składu opowiadał, że na treningu każdy miał dres i piłkę z innej parafii. Stal hartowała się w spartańskich warunkach.

- Byłem do takich przyzwyczajony, w takich się wychowałem i nie było to dla mnie novum. Był czas, że codziennie o 6 rano wsiadałem w SKM z Luzina do Gdańska, droga zajmuje jakąś godzina z okładem w jedną stronę. Gdy się już przeniosłem do Gdańska kilka miesięcy wraz z dwoma kolegami mieszkałem u trenera Józefa Gładysza. Jak już dojechałem na stadion Lechii nie było dla mnie problemem wyjście na naszą słynną "Saharę", nikt nie narzekał że tumany piasku ograniczają widoczność. Dziś byłoby to nie do pomyślenia.

Stal się tak zahartowała, że z "Sahary" pod kierunkiem trenera Globisza, który znalazł cię pod Wejherowem, pojechałeś do Finlandii gdzie zdobyliście mistrzostwo Europy do lat 19.

- Mam nadzieję, że zasłużyłem na ten wyjazd, a nie pojechałem jako wynalazek trenera Globisza! To są momenty, które wspominam bardzo często i będę to robił do końca moich dni. Tego medalu nikt mi nie zabierze. Ograliśmy wszystkich. Dziś oglądam mecz ligi angielskiej, na ławce Arsenalu trener Mikel Arterta, nasz ówczesny rywal z boiska. Złoto połączyło członków tamtej drużyny na zawsze, mamy taki rytuał że w rocznicę finałowego meczu 29 lipca Michał Globisz obdzwania wszystkich zawodników. Dzwonimy też do siebie na każde święta.

Wróciłeś z Finlandii, a tu jedna Lechia chce grać w III lidze, druga w A klasie. Koniec końców przeszedłeś do II-ligowej wtedy Arki Gdynia.

- Długo na ten temat rozmawiałem właśnie z trenerem Globiszem. Uznaliśmy, że najlepiej gdybym kontynuował moje granie na tym właśnie poziomie i blisko domu. Byłem w lepiej wtedy organizacyjnie poukładanej Arce pół roku, w meczu z Górnikiem Polkowice udało mi się strzelić jedną z najładniejszych bramek podczas mojej przygody z piłką. Celowo nie mówię, że najważniejszą, bo do niej mam nadzieję przejdziemy.  

Z Arki wróciłeś jeszcze na chwilę do III-ligowej Lechii, która już kompletnie podupadała. Nie mogła skompletować składu w związku z czym do gry przebierał się m.in. masażysta Marek Latos, dziś zresztą pracujący w Gdyni.

- Zagrałem w trzech meczach i strzeliłem dwie bramki. Było ciekawie. Wspominam same wesołe historie, złych nie pamiętam. Potem po dwa lata grałem w ŁKS i Cracovii.

Wróciłeś do Lechii drugoligowej, w której już nie grał masażysta. Klub mierzył zdecydowanie wyżej niż niżej.

- Sprowadzał mnie trener Marcin Kaczmarek. Myślałem, że jak przychodzę z klubu Ekstraklasy do drugoligowego to jestem kozak. Rzeczywistość okazała się zgoła inna. Trener wziął mnie na bok i mówi: wiem gdzie grałeś, ale tu nic za darmo nie dostaniesz. Szybko musiałem wygonić z głowy "pana piłkarza", którym byłem w swoim mniemaniu. Na tym poziomie trzeba zakasać rękawy i zasuwać by wrócić do żywych. Znów dojeżdżałem z Luzina, tym razem już nie kolejką, byłem zmotoryzowany. Nie myślałem o przeprowadzce do Gdańska, nie było zatem okazji żeby miasto mogło mnie wciągnąć.

Pochwaliłeś trenera Kaczmarka, teraz wytłumacz fenomen Dariusza Kubickiego. Ten szkoleniowiec przejął waszą drużynę na 12 miejscu, a potem zaczęliście wygrywać wszystko, zajęliście pierwsze miejsce i przywróciliście Ekstraklasę dla Gdańska po 20 latach. 

 - Jedno słowo - atmosfera. W poprzednich latach mieliśmy zawodników, którzy potrafili grać w piłkę, ale nie było chemii. Wejście trenera Kubickiego oczyściło atmosferę w szatni. Wszystko sobie wyjaśniliśmy. Jeden za drugiego skoczyłby w ogień, wiedzieliśmy że gdy tak nie będzie, wówczas będą problemy z utrzymaniem ligi i naszą dalszą przygodą z piłką. Początkowo nie myśleliśmy w ogóle o awansie, ale gdy nadarzyła się okazja, żal byłoby nie skorzystać. Podsumowałbym to, że trener Kubicki był protoplastą bałkańskiego piłkarza o nazwisku "Atmosferić". 

A to nie znam. Twój szwagier Paweł Buzała po pierwszych derbach Trójmiasta w Ekstraklasie miał zostać prezydentem Gdańska w nagrodę za zwycięską bramkę w Gdyni.

- Nie jechaliśmy na ten mecz jako faworyt, ale byliśmy pełni wiary w swoje umiejętności. Nie udało nam się wygrać derbów w II lidze, co z nawiązką zrekompensowaliśmy w tym meczu i w następnych. Miałem bliżej z Gdyni do domu do Luzina, ale wróciłem razem z drużyną do Wrzeszcza na Traugutta, kibice zgotowali nam królewskie przywitanie, jakbyśmy zdobyli mistrzostwo Polski, a nie mistrzostwo Trójmiasta.

W tamtym sezonie obie drużyny znad morza w dramatycznych okolicznościach utrzymały się w Ekstraklasie, a następne rozgrywki zaczynacie derbami w Gdańsku. W meczu wygranym 2-1 strzeliłeś dwa gole i zostałeś pierwszym liderem tabeli strzelców.

- To, obok złotego medalumMistrzostw Europy, drugi najlepszy moment w mojej przygodzie z piłką. Zdjęcie, gdy zdobywam wyrównującą bramkę, a obrońca Arki leży w bramce niczym ryba złapana w sieć jest u mnie w domu, w biurze, jest w Klinice Rehasport, na stadionie na Letnicy i z tego co wiem w wielu gdańskich biurach i domach. Ta fotka to potwierdzenie derbowej dominacji Lechii nad Arką. To pamiątka, która zostanie ze mną do końca. W drużynie 15-letnich dzieci, którą trenuje większość zawodników kibicuje Arce, często się sprzeczamy w pozytywny sposób. Przez ostatnie lata moje było na wierzchu, mogłem jako lechista pozwolić sobie na więcej w dyskusjach.

Dwie derbowe bramki to twoje ostatnie gole dla Lechii.

- Byłem w dobrej formie, ale przyplątała się kontuzja w okolicach kolana, gdyby nie to całkiem możliwe że zostałbym królem strzelców Ekstraklasy (śmiech). Na wiosnę w meczu półfinału Pucharu Polski z Jagiellonią nie wykorzystałem rzutu karnego i na własnym przykładzie mogłem zauważyć jak szybko z góry można spaść na sam dół. Kibice przestali patrzeć na mnie przychylnie. To jest sport, wkalkulowane ryzyko zawodowe.

Jako urodzony w Wejherowie jesteś Kaszubą. Trener Tomasz Kafarski jest chyba z innego kaszubskiego klanu, bo to on cię z Lechii "odpalił".

- Zostawię to bez komentarza. Trener Kafarski mówił o tym parę razy, ja wolę nabrać wody w usta, by nie powiedzieć za dużo.

W niedzielę mamy dziwne derby bez publiki. Na razie bilans jest zdecydowanie na korzyść Lechii.

- Już nie chodzi o to, że na pierwszy ogień idą derby, czy mecz z Legią czy z kimkolwiek. Cieszę się, że piłka wraca. Mam nadzieję, że zobaczymy dobre widowisko, niech wygra lepszy. Oczywiście ja kibicuję Lechii.

Opowiedz czym się teraz zajmujesz.

- Telefon nie przestał dzwonić, gdy skończyłem grę. Razem z Pawłem Buzałą założyliśmy Akademię, która choć jest pod moim nazwiskiem to decyzje podejmujemy wspólnie. Trenuje u nas koło setki chłopców, do 10 roku życia. Potem przekazujemy zawodników do GOSRiT-u Luzino, gdzie jestem z kolei koordynatorem.  Po okresie pandemicznej pauzy wróciliśmy do zajęć. W czasie przerwy staraliśmy się by chłopcy nie wypadli z formy. Moim konikiem jest odbijanie piłki głową na siedząco. Gdyby w futbol grało się w tej pozycji byłbym kilkukrotnym mistrzem Polski (śmiech).

Rozmawiał Maciej Słomiński

Zobacz więcej informacji o Ekstraklasie


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje