Reklama

Reklama

Rutkowski: Recepta na wielki klub bez długów

Właściciel Lecha Poznań, Jacek Rutkowski rzadko publicznie zabiera głos, a już prawie nigdy w trakcie sezonu. Jednak kiedy zaproponowaliśmy dyskusję o piłkarskim biznesie, przystał z ochotą przed kolejną podróżą w interesach do Chin .

INTERIA.PL: Niedawno przedstawiliśmy na łamach INTERIA.PL wywiad z prezydentem UEFA, Michelem Platinim, który forsuje finansowe fair play klubów. Wiem, że jest pan wielkim zwolennikiem tego projektu.

Jacek Rutkowski, właściciel Lecha Poznań : - Owszem, czytałem ten materiał.

Serce roście, patrząc na te czasy...?

- Trochę brakowało mi szczegółów, konkretów. Pocieszające jest, że Platini chce być konsekwentny. Jednak chętnie poznałbym założenia brzegowe koncepcji, która ma przerwać transferowe szaleństwo. Transferowe i płacowe...

Reklama

- Taki Manchester United przy 400 milionach euro obrotu ma 800 milionów długu. Przecież to coś niesłychanego. Proszę sobie wyobrazić, że na giełdzie, kiedy spółka ma zadłużenie w połowie wysokości rocznych obrotów, to inwestorzy ją dyskwalifikują. Jak w takim razie traktować Manchester United? Rok temu gdzieś czytałem, że jedynym klubem bez długów jest Aston Villa, ale tylko dlatego, że właściciel je umorzył...

- Kiedyś, na początku forsowania koncepcji finansowego fair play, spotkałem się ze wskaźnikiem 70 procent - jeśli chodzi o wydatki na płace i transfery w skali rocznego budżetu klubu. I wydaje mi się to właściwe, aby zachować płynność finansową. Pan mnie zna - jestem za niemieckim modelem, gdzie dba się o wpływy i pilnuje wydatków. W Anglii, Hiszpanii czy we Włoszech jest zupełnie inaczej.

- W Anglii praktycznie każdy klub zadłużony jest w stosunku do swojego właściciela i to często w horrendalnych rozmiarach. A co będzie, jak takiemu właścicielowi się znudzi? Zapewne stąd obawy Platiniego i pomysł, aby zaradzić tej sytuacji przez finansowe fair play. Jestem przekonany, że polskie kluby dzięki temu będą bardziej konkurencyjne.

Czy aby na pewno tak się stanie?

- Muszę przyznać, że polskie kluby przypominają te angielskie. W tym znaczeniu, że te najważniejsze są zadłużone w stosunku do swoich właścicieli. Pan wybaczy, ale nie będę się jednak szczegółowo wypowiadał na ten temat.

- To są moi koledzy - właściciele Wisły czy Legii. Z Pawłem Kosmalą znam się sto lat i przyjaźnię. Bardzo lubię Bogusława Cupiała. Mają swój pomysł na biznes, a ja mam inny. Wbrew temu, co się mówi, naprawdę nie obrażam się również na właściciela Polonii, Józefa Wojciechowskiego. To są jego ciężko zarobione pieniądze, które mógłby wydawać na podróże dookoła świata, a które wydaje na futbol. Że mnie przebił w sprawie Sobiecha? Gdybyśmy mieli Sobiecha, nie sięgnęlibyśmy po Rudnevsa.

- Proszę sobie wyobrazić, że proponowaliśmy Ruchowi odkupienie Sadloka i Sobiecha za milion euro. Chorzowski klub był bliski porozumienia z nami, kiedy do gry włączył się prezes Wojciechowski. I chyba zapłacił po milionie euro za każdego z nich. Nigdy byśmy na to nie poszli, co nie znaczy, że się obrażam. Ile dziś jest wart Rudnevs, a ile Sobiech? Niech pan sam sobie odpowie na to pytanie.

- Widziałem niedawno Polonię w meczach z Lechem. I zadawałem sobie pytanie: jak silna to jest drużyna, przy tych inwestycjach pana Wojciechowskiego? Ilu piłkarzy wzięlibyśmy do Lecha? Czterech, pięciu na pewno, ale już reszty nie. Silne kadry to mają Wisła i Legia, a Polonia musi dokupić w moim przekonaniu jeszcze kilku zawodników, aby znaleźć się w czołówce.

Nie zgadza się pan z tym, że to Polonia Warszawa ma najsilniejszą kadrę w lidze?

- Bardzo silną kadrę ma Lech. Wcale nie dwunastu czy trzynastu piłkarzy, jak piszą niektórzy dziennikarze. Jest dwudziestu zawodników, z których każdy w każdym momencie może wejść do składu. Potwierdza to trener Bakero.

Kiedyś właściciel Wisły Kraków, Bogusław Cupiał kupował najlepszych polskich piłkarzy, ale się zniechęcił. Teraz postawił na wielu obcokrajowców, a władzę w pionie sportowym powierzył Holendrom.

- Z Cupiałem zawsze robiło mi się dobre interesy. Trochę piłkarzy mu sprzedałem, że przypomnę Dawidowskiego, Zieńczuka czy Kryszałowicza... Co do pytania, to myślę, że jest zbyt ogólne. Kiedyś żaden polski klub nie miał rozeznania za granicą. Dlatego Bogusław Cupiał, chcąc awansować do Ligi Mistrzów, sięgał po takich zawodników, jak wcześniej wymienieni, a także po Żurawskiego czy Kosowskiego. Wisła miała duży budżet i stać ją było na czołowych polskich piłkarzy. Jednak celem jest zbudowanie jak najsilniejszej drużyny, licząc się z kosztami. Obecnie prezes Cupiał podąża inną drogą. My zimą postawiliśmy na Polaków, jak Wołąkiewicz czy Ślusarski, ale też ściągnęliśmy Ubiparipa. Wielką sprawą jest powrót Murawskiego...

Nie ogląda się pan na proporcje obcokrajowcy - Polacy w kadrze Lecha?

- Najchętniej chciałbym mieć zawodników z Poznania czy z Wielkopolski...

Jednak?

- Dlatego tak mocno postawiliśmy na pracę z młodzieżą. Naprawdę chcielibyśmy dochować się nowego Reissa. Chciałbym, aby więcej było w kadrze takich chłopaków, jak Wilk, Kotorowski czy Wojtkowiak. Najważniejsze jednak, aby zbudować kadrę, która będzie sezon w sezon walczyć o czołowe lokaty. Zimą zainwestowaliśmy w nowych piłkarzy 13 milionów złotych, licząc w tym nowy, rekordowy kontrakt dla Arboledy.

Musiał pan odetchnąć w ostatnich dniach - jest półfinał Pucharu Polski, zaczął się marsz w górę tabeli Ekstraklasy, choć wcześniej była klęska z Bragą.

- Jeśli chodzi o Bragę, to zgadzam się z Maćkiem Skorżą, którego słyszałem w Canal Plus. Maciek powiedział, że o tej rywalizacji mówiłoby się zupełnie inaczej, gdyby Wilk trafił kilka centymetrów niżej albo Rudnevs uderzył w światło bramki. Inaczej oceniałoby się decyzję trenera Bakero, który wybrał taką, a nie inną taktykę. Skorża powiedział, że każdy trener chce zaskoczyć. I Bakero chciał zaskoczyć.

- Jeśli chodzi o awans do pucharowej rywalizacji w sezonie 2011/2012, to jest to niezwykle ważne. Zdiagnozowaliśmy ostatnio dwa poważne ryzyka - właśnie brak startu w rywalizacji UEFA, a także niepodpisaną umowę wynajmu stadionu. Gdyby nie tylko w 2011, ale i w 2012 roku nie było dochodów z międzynarodowych rozgrywek, wówczas trzeba będzie sprzedawać piłkarzy. Nie będzie innego wyjścia - nasza kadra jest droga, to suma sięgająca, jeśli chodzi o kontrakty, aż 34 milionów złotych!

Lech nie ma żadnych długów?

- Od początku inwestycji Amiki w Lecha w 2006 roku przyjęliśmy takie założenie. Lech ma się bilansować i to się udaje. Co najwyżej dopuszczamy zadłużenie operacyjne - na poziomie miliona czy dwóch milionów złotych w miesiącach, kiedy nie ma wpływów. Jednak to normalne. Natomiast nigdy nie finansowaliśmy klubu z kredytów czy też pożyczkami od właściciela.

Zbigniew Boniek: Rutkowski inwestuje rozsądnie, lubię Cupiała, aplauz dla Kuleszy, Walterowi życzę, by z Legią liznął wielkiej piłki

Dlaczego jesienią była tak kolosalna różnica między występami w Lidze Europejskiej, a w Ekstraklasie?

- Dla mnie to... operacja na otwartym mózgu.

Na "otwartym mózgu"?

- Tak, czegoś takiego zresztą doświadczają piłkarze innych klubów. Choćby Bayernu Monachium, którzy potrafią pojechać na San Siro i wygrać z Interem, a w sobotę doświadczyć klęski w Hanowerze. Z Lechem było tak samo. Po grze z Salzbugiem, Juventusem czy Manchesterem City trudno jest wrócić z pełną koncentracją do polskiej ligi.

- W Niemczech zresztą nie tylko Bayern ma z tym problemy. Przecież Schalke, ćwierćfinalista Ligi Mistrzów, jest zagrożone spadkiem! Stuttgart, broniący się przed spadkiem, też w Lidze Europejskiej grał jako tako. Ba, zdecydowany lider Bundesligi - Borussia Dortmund - na własnym podwórku gra na maksa, ale z kolei w Lidze Europejskiej nie zdołała awansować z grupy, która na pewno była słabsza od tej, w której przyszło rywalizować "Kolejorzowi". Nota bene - cieszę się, że nie dałem się tak do końca porwać...

Nie dał się pan porwać?

- Emocjom. Czy pan wie, jaka to radość, jaka adrenalina, kiedy wygrywa się takie spotkania, jak z Salzburgiem czy Manchesterem City przed kompletem poznańskiej publiczności? Wówczas nawet tak wyważony biznesmen jak ja może się oddać pasji. Pasji wydawania!

- Na fali sukcesu naprawdę łatwo podjąć nierozważne decyzje, których skutki są później niezwykłe. Weźmy przykład Borussii Dortmund, którą dobrze znam, a z którą miałem przyjemność negocjować transfer Roberta Lewandowskiego. Dortmund to temat na pracę magisterską z zakresu finansów...

Dzisiejszy lider Bundesligi kilka lat temu znalazł się na skraju bankructwa.

- To wielka zasługa Joachima Watzke i jego współpracowników, że zdołali wyprowadzić na prostą ten klub. A przecież w latach dziewięćdziesiątych to był jeden z najbardziej znaczących klubów w Europie, który czerpał wielkie dochody z Ligi Mistrzów - wygrał te rozgrywki zresztą w 1997 roku. Zarobił też wielkie pieniądze, wchodząc na giełdę. W pewnym momencie za akcję trzeba było płacić 11 euro. Dortmund przeinwestował jednak niesłychanie, po czym akcje spadły na łeb na szyję i były nawet po 50 centymów. Dziś kosztują bodaj trzy euro. Ale klub uporał się ze 150 milionowym zadłużeniem, licząc w euro! Kiedy negocjowaliśmy z panem Watzke, powiedział: "Ależ my od pięciu lat nie zapłaciliśmy tyle za jednego zawodnika". Ostatecznie wyłożyli prawie 5 milionów euro za "Lewego".

Dalej uważa pan, że komitet transferowy jest Lechowi potrzebny?

- A jakże! Zna mnie pan od...

...siedmiu lat.

- Czy zmieniła się moja filozofia piłkarskiego biznesu? Nie, ponieważ zawsze wzorowałem się na modelu niemieckim. Mnie nigdy nie interesowało finansowanie klubu z pożyczek od właściciela. A komitet transferowy ostatni raz obradował trzy tygodnie temu. Pewnie niedługo znowu się zbierze. Ktoś musi weryfikować pomysły trenerów, którzy zresztą nie mają czasu na to, aby śledzić ciekawych piłkarzy na rynku.

- Niedawno gościłem w Hanowerze, gdzie rozmawiałem z prezydentem Martinem Kindem. Mało kto wie, że kiedyś przymierzaliśmy tego samego piłkarza z ligi norweskiej - Didiera Ya Konana. Chcieliśmy nawet zapłacić Rosenborgowi Trondheim milion euro, ale Niemcy wyłożyli za niego 1,5 miliona.

- Skąd trener ma wiedzieć, że Ya Konan błyszczy w Norwegii, a Artjoms Rudnevs na Węgrzech? Od tego jest system skautingu, a ostatecznie dyskusję o wzmocnieniach prowadzi komitet transferowy. I tego będę się trzymał. Dla mnie futbol to inwestycja długoterminowa. I jeszcze czeka nas wiele wyzwań w Lechu, tego jestem pewien...

Rozmawiał: Roman Kołtoń

Klub piłkarski, czyli zabawka dla bogatych?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL