Reklama

Reklama

Niedługo dogonimy Europę

Mógł grać w siatkówkę, wygrywał biegi przełajowe, zna podstawowe chwyty w judo, nie jest mu obcy ani tenis stołowy ani ziemny, wybrał jednak piłkę nożną. Teraz Robert Lewandowski jest jednym z najlepiej zapowiadających się zawodników polskiej ekstraklasy.

- Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu od samego początku liczyła się dla mnie tylko piłka. Była i zawsze będzie dla mnie na pierwszym miejscu. Od kiedy pamiętam, zawsze mnie do niej ciągnęło, chętnie jeździłem na treningi i mecze - opowiadał niespełna 21-letni napastnik.

Sport był u niego w domu stałym bywalcem. Jego matka może pochwalić się tytułem mistrzyni Polski w siatkówce, a jej śladami poszła siostra Roberta. Ojciec przez wiele lat uprawiał judo, potem zajął się szkoleniem młodych piłkarzy w małym, podwarszawskim klubie Partyzancie Leszno.

Reklama

- I tam właśnie stawiałem swoje pierwsze piłkarskie kroki, ale nie miałem założonej karty zawodnika, dlatego jako pierwszy oficjalny klub podaję zawsze Varsovię Warszawa. Zdarzało się i potem, że zajęcia odbywałem pod okiem taty, bo wtedy nie było tak łatwo z komunikacją miejską i były problemy z dojazdem do stolicy. Rodzice musieli mnie wozić, a to kosztowało sporo czasu i pieniędzy - wspominał Lewandowski.

Do jego najwierniejszych kibiców należy rodzina, a nieżyjący ojciec był w stanie poruszyć niebo i ziemię, by syn miał możliwość spełniania swoich boiskowych marzeń.

- Niektóre media podają, że doprowadził nawet do skrócenia komunii świętej, bym tylko zdążył na ważny dla mnie mecz, ale to nie do końca tak było. Z tego co pamiętam, chodziło o jakieś spotkanie przedkomunijne, ale coś takiego faktycznie miało miejsce - przyznał.

Potem wszystko potoczyło się szybko. Dostał się do Legii, pojechał z pierwszym zespołem nawet na obóz, ale sztab szkoleniowy nie znalazł dla niego miejsca.

- Po raz pierwszy w życiu pojawiło się zwątpienie - wyznał. - Zabolało mnie to wszystko i nie wiedziałem co mam ze sobą począć. W ręku miałem kartę zawodnika i przed sobą maturę. To był akurat bardzo trudny dla mnie okres, nie chciałem zbyt daleko wyjeżdżać. Na szczęście wtedy mama znalazła rozwiązanie. Poszła do znajomych ze Znicza Pruszków. Przyjęli mnie. To była dobra szkoła i dużo mi to dało.

Stamtąd, już jako król strzelców ówczesnej drugiej ligi trafił do poznańskiego Lecha.

- Nagle zmieniłem bajki. To całkiem co innego grać w ekstraklasie. Jest to różnica, którą da się odczuć. Decyzja była naprawdę przemyślana. Nie spodziewałem się, że od razu trafię do pierwszej jedenastki. Zdawałem sobie sprawę z tego, że będę musiał sobie to miejsce ciężko wywalczyć. Wszystko potoczyło się jednak bardzo szybko - mówił Lewandowski.

Poznań, mimo że urodził się w Warszawie, przyjął go przyjaźnie.

- W stolicy Wielkopolski czuję się bardzo dobrze. Tu panuje piłkarskie szaleństwo. Wszyscy żyją tą dyscypliną, na ulicy prawie każdy zawodnik jest przez każdego rozpoznawany. To niesamowite. Lech również marketingowo rośnie w siłę. Jest to klub, który systematycznie się rozwija. Nie tylko sportowo, ale także organizacyjnie. Tam są ludzie, którzy robią to z głową, a pomagają w tym wszystkim kibice, którzy wokół budują niesamowitą atmosferę - wychwalał Lewandowski.

Czego jeszcze brakuje? - Sukcesu odpowiada szybko - jest na to wielkie zapotrzebowanie, ale w tym roku wszystko zmierza w dobrym kierunku.

Awans do fazy zasadniczej Pucharu UEFA postrzega w ramach wypełnienia planu minimum.

- To nie była wielka niespodzianka, teraz możemy taką sprawić. Uważam, iż Udinese Calcio jest do przejścia. Trzeba jednak pamiętać o tym, że to jest włoska drużyna, a z nimi zawsze ciężko się gra - podkreślił Lewandowski, który dzięki występom w europejskich rozgrywkach przekonał się o tym, że polskiej lidze niedaleko jest do Europy.

- Największą różnicę widać oczywiście w poziomie finansowym. To się zmniejsza z roku na rok, ale nadal jest to znaczne. Dzięki tym wyjazdom poznaliśmy jak to wszystko działa, poznaliśmy przedsmak wielkiej piłki i zobaczyliśmy, że inne ligi europejskie wcale nie są tak daleko i możemy je niedługo dogonić - ocenił.

Sam nie ma ulubionego klubu, ale ligi. "Hiszpańską i angielską. Jak każdy piłkarz marzę o tym, by kiedyś wyjechać za granicę. Na pewno nie jestem wyjątkiem i chciałbym się sprawdzić na zachodnich boiskach, ale nie chcę też niczego przyspieszać. Mam jeszcze czas - zakończył.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL