Reklama

Reklama

Lech Poznań w Lidze Europy. Kim są rywale? Wielkie firmy po przejściach

To nie było dla Lecha Poznań losowanie tak ekstremalnie trudne jak 10 lat temu, ale też nie tak nieciekawe jak pięć lat temu. "Kolejorz" zagra w fazie grupowej Ligi Europy z byłymi uczestnikami Ligi Mistrzów, wśród których numerem jeden jest oczywiście Benfica Lizbona.

W 2010 roku "Kolejorz" trafił do grupy z Manchesterem City, Juventusem Turyn i FC Salzburg. Była ona ekstremalnie trudna, ale Lech wykorzystał największy w tym wieku kryzys "Starej Damy", dwukrotnie ograł też Salzburg i nieoczekiwanie awansował do 1/16 finału. Pięć lat później losowanie było mniej atrakcyjne, bo choć trafiła się Fiorentina, to stawkę uzupełniały zespoły FC Basel i Belenenses Lizbona. Był więc choć jeden przedstawiciel pięciu najsilniejszych ligi w Europie. Teraz nie ma zaś żadnego. Nie znaczy to jednak, że rywale nie są atrakcyjni. Benfica, Standard i Rangers to czołówka w swoich krajach choćby pod względem kibicowskim.

Reklama

Najmocniejszym rywalem w tej stawce wydaje się być oczywiście Benfica. "Orły" po europejskie trofea sięgały wiele lat temu, ale faza grupowa Ligi Mistrzów była dla nich zwykle regułą. W niej Benfica potrafiła postawić się najmocniejszym drużynom Europy i wyeksponować swoje największe skarby - młodych piłkarzy sprzedawanych później za dziesiątki milionów euro. Pytanie, jak Benfica podejdzie do zmagań w fazie grupowej tego mniej ważnego z pucharów? W poprzednich 10 sezonach zawsze grała w Lidze Mistrzów, tylko dwukrotnie zajęła w grupie czwarte miejsce. Liga Europy była zaledwie "wiosennym dodatkiem". Teraz stało się inaczej, bo piłkarze z Lizbony przegrali walkę o Champions League z PAOK Saloniki.

Sytuacji nie zdołał na czas opanować trener Jorge Jesus, wracający do "Orłów" po pięciu latach. Drużynę przejął w lipcu, po tym jak do dymisji podał się Bruno Lage. Były szkoleniowiec nie zdołał przygotować drużyny do gry po wznowieniu rozgrywek - choć Benfica początkowo miała tyle samo punktów co FC Porto, to później odwieczny rywal jej wyraźnie uciekł. Doszło do tego, że po kolejnej stracie punktów z zespołem z dołu tabeli fani Benfiki obrzucili autokar z piłkarzami kostką brukową. Tytuł ostatecznie pewnie wywalczyły "Smoki", a Jorge Jesus próbuje przywrócić w Benfice normalność. Na transfery wydał prawie 100 milionów euro, czyli tyle ile mniej więcej wynosi ośmioletni budżet Lecha, gdy ten nie gra w pucharach. Z drugiej strony - w tym tygodniu obrońca Ruben Dias został sprzedany do Manchesteru City za 68 milionów euro, a w ramach rozliczenia w drugą stronę powędrował Nicolas Otamendi.

Co ciekawe, gdy Lech dwukrotnie awansował do fazy grupowej Ligi Europy, zawsze w tej edycji mierzył się z klubami portugalskimi. Najpierw z Bragą, którą w 1/16 finału pokonał w meczu na śniegu przy Bułgarskiej 1-0, by w rewanżu ulec tej drużynie 0-2 na pięknym stadionie zaprojektowanym przez genialnego Eduardo Souto de Mourę. W 2015 roku "Kolejorz" dwukrotnie zremisował 0-0 z Belenenses Lizbona po meczach, o których wszyscy szybko zapomnieli.

Trudno powiedzieć, która z drużyn - Glasgow Rangers czy Standard Liege - będzie dla Lecha trudniejszym rywalem. Belgowie byli w drugim koszyku, a to zasługa regularnej gry w fazie grupowej Ligi Europy - czterokrotnie w ostatnich pięciu edycjach. Tyle że Standard ani razu nie zdołał w tym czasie awansować do wiosennych zmagań. Po raz ostatni dokonał tego w sezonie 2011/12, gdy zresztą z trudem, dzięki bramce na wyjeździe, wyeliminował w 1/16 finału krakowską Wisłę. O sile klubu z Walonii kibice Lecha będą mogli przekonać się już w weekend, gdy Standard zagra z Charleroi. To mecz derbowy, jeden z najważniejszych w Belgii, a fanów z Charleroi boli zapewne to, że rywal zarobi kilka milionów euro po awansie.

Dla Standardu to ważne, bo pandemiczna zawierucha omal nie doprowadziła tego klubu do... upadku! Jeszcze na początku maja Standard nie miał licencji na grę w ProJupiler League, formalnie był zdegradowany do czwartej ligi. Dostał kilka dni na zebranie 12 milionów euro, by móc marzyć o skutecznym odwołaniu się od tej decyzji w krajowym sportowym trybunale arbitrażowym. I to się udało, a największą pomoc zapewnił wychowanek Alex Witsel, który namówił też do pożyczenia pieniędzy Marouane Fellainiego. Standard zakończył poprzedni sezon, przerwany w marcu, dopiero na piątym miejscu, teraz po siedmiu kolejkach jest na czwartej pozycji.

To, co udało się Belgom z Walonii, nie udało się Rangersom z Glasgow, legendarnemu jakby nie było klubowi. Legendarnemu, bo każde The Old Firm Derby, w których rywalem był Celtic, wzbudzały zainteresowanie całego piłkarskiego świata. Nie z uwagi na poziom, ale odwieczny konflikt o podłożu polityczno-religijnym. Jakby nie patrzeć, Rangers FC nie wygrało zbyt wiele w Europie - raz Puchar Zdobywców Pucharów pół wieku temu, kilka razy grali w finałach. Tyle że w 2012 roku zadłużony po uszy klub w końcu zbankrutował i został zesłany do czwartej ligi. Tam mecze ligowe, jak np. z klubem Berwick Rangers, na Ibrox Stadium oglądało ponad... 50 tys. widzów.

Rangersi wrócili do elity, ale wciąż pozostają w cieniu odwiecznych rywali z Glasgow. Fani tej drużyny liczą, że zmieni się to za sprawą menedżera Stevena Gerrarda, który od ponad dwóch lat prowadzi zespół, a niedawno odebrał marzenia o fazie grupowej Ligi Europy Legii Warszawa. Lech po raz drugi trafia na zespół ze Szkocji - poprzednio mierzył się w 1982 roku w 1/8 finału Pucharu Zdobywców Pucharów z Aberdeen FC. Przegrał 0-1 i 0-2. Rywali prowadził wówczas Alex Ferguson - Aberdeen doszło do finału, a tam uporało się z Realem Madryt. Rangers z kolei odwiedzili podpoznańskie Wronki jesienią 2004 roku, gdy mierzyli się z Amicą w fazie grupowej Pucharu UEFA. Rozgromili wówczas tę drużynę aż 5-0.

Andrzej Grupa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL