Reklama

Reklama

  • 1 .Wisła Kraków (3 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (3 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (3 pkt.)
  • 4 .Legia Warszawa (3 pkt.)
  • 5 .Śląsk Wrocław (1 pkt.)
  • 6 .Warta Poznań (1 pkt.)
  • 7 .Bruk-Bet Termalica (1 pkt.)
  • 8 .Cracovia (1 pkt.)

Lech Poznań. Pierwszy taki wywiad Macieja Skorży: Problemy są tu większe niż myślałem. Ale cel to mistrzostwo

Ostatnia runda sponiewierała chłopaków fizycznie i psychicznie. Wielu z nich było daleko od optymalnej formy. Nie mam wątpliwości, że problemem jest aspekt mentalny. Ale cel mimo to mamy jasny: mistrzostwo – mówi w swoim pierwszym wywiadzie po powrocie do Lecha Poznań trener Maciej Skorża.

Sebastian Staszewski, Interia: Minęło sześć tygodni odkąd wrócił pan do Lecha Poznań. I nie miał pan lekkiego lądowania. Zdążył pan pomyśleć: "Po co mi to było? W co ja się wpakowałem"?

Maciej Skorża: - Nie ukrywam, że za mną bardzo trudne tygodnie. Czasem człowiek był zły, czasem rzucił brzydkie słowo. Wiedziałem, że nie będzie lekko, ale dopiero po kilku pierwszych meczach uświadomiłem sobie, że nie będzie natychmiastowej krzywej wznoszącej, bo problemy są nieco większe.

Większe niż się panu wydawało przed podpisaniem kontraktu?

Reklama

- Tak. Zdecydowanie. Uważałem, że będzie stać nas na szybką poprawę wielu elementów gry, na lepszy styl. Liczyłem również na efekt "nowej miotły", który jednak nie dał wystarczającej liczby punktów.

Jaki jest więc największy kłopot Lecha? Patrząc z boku można powiedzieć: brak zaangażowania.

- Jeśli sugeruje pan, że piłkarzom nie zależało, to nie zgodzę się. Zależało. Ostatnia runda sponiewierała jednak chłopaków fizycznie i psychicznie. Wielu z nich było daleko od swojej optymalnej formy. Nie mam więc wątpliwości, że problemem jest aspekt mentalny. Nie jest on na wystarczającym poziomie. Brakuje mi takiej samej determinacji w pierwszej, jak i w ostatniej minucie. Kiedy jest okej, to wszystko w Lechu działa. Ale kiedy zaczynają się problemy, to potrafimy się usztywnić. To mnie zastanawia... Myślę, że oprócz sprowadzenia nowych piłkarzy równie ważne, a kto wie czy nie jeszcze ważniejsze, jest odblokowanie głów tych ludzi, których mamy.

Wiem, że przeprowadził pan serię rozmów z piłkarzami Kolejorza. Co miało z nich wyniknąć?

- Wie pan, że chyba nigdy nie rozmawiałem z piłkarzami tyle, co teraz? Powiedziałem im jakie jest moje zdanie na temat ich gry, zaangażowania, funkcjonowania w szatni. Potrzebuję zawodników, którzy wezmą na siebie odpowiedzialność za tworzenie team spiritu. To nie może być narzucone. To ma być naturalne.

Jeszcze w październiku był team spirit, a Lech awansował do Ligi Europy. I co? Nagle się ulotnił?

- Lech, który awansował do Ligi Europy, a Lech dziś, to dwie inne drużyny. Od razu powiedziałem w klubie, że porównywanie tych okresów - których przecież nie dzieli kilka lat, a raptem kilka miesięcy - nie ma sensu. Kilku zawodników odeszło, kilku przyszło, niektórzy się zmienili. Wystarczy, że za przykład podam Daniego Ramíreza, który przez koronawirusa stracił okres przygotowawczy. Albo Mikaela Ishaka, który dość długo zmagał się z nieprzyjemną kontuzją. Spory niedosyt mam też po grze Pedro Tiby. Ale nie tylko jego. Takich piłkarzy jest dużo więcej.

Nadchodzi czas transferów. I musi pojawić się pytanie o - nazwę to po akademicku - redystrybucję dóbr. Lech dużo zarabia na sprzedawaniu zawodników, niedawno ponad 3 mln euro na Tymoteuszu Puchaczu. Ale na zakupy wydaje tylko część zysków. I dodatkowo - często wydaje je słabo. Co zamierza pan zrobić, aby wydawane pieniądze w końcu zaczęły się zwracać?

- To coś, na czym będę bardzo skupiony. I co bardzo będę chciał poprawić. Uważam, że piłkarze muszą być staranniej dobierani. Stoję na stanowisku, żeby - w miarę naszych możliwości - wziąć mniej zawodników, ale lepszych. Dziś szukamy graczy, którzy od razu pomogą Kolejorzowi.

À propos Puchacza. Gdy w kwietniu na konferencji prasowej zapytałem pana o jego transfer do Unionu Berlin, odpowiedział pan: "Nie chcę mieć w szatni zawodników, którzy się wahają i myślami są gdzie indziej". Ale Puchacz był zaangażowany do końca, należał do najlepszych piłkarzy Lecha. I w końcu wyjechał do Niemiec. Nie kusiło pana, aby zablokować ten transfer?

- Kusiło. Na początku to rozważałem.

Ale?

- Ale zanim przyszedłem do Lecha, Tymek miał pewne ustalenia z szefami klubu. I uszanowałem to. Nie mogłem zablokować rozwoju tego chłopaka, szczególnie, że mocno zależało mu na wyjeździe. Kilka dni temu spotkałem go w klubie z Kamilem Jóźwiakiem, ćwiczyli na siłowni. Powiedziałem im, że żałuję jednego: że z "Puszką" pracowałem krótko, a z Kamilem - prawie w ogóle.

Kto jest następny w kolejce do wyjazdu? Jakub Kamiński?

- To utalentowany zawodnik, więc prędzej czy później taka sytuacja będzie miała miejsce. Jednak nie planujemy jego odejścia w tym oknie transferowym. Rozmawiałem o tym z Piotrem Rutkowskim i deklaracja właściciela była wyraźna: nie chcemy sprzedawać więcej żadnych podstawowych zawodników.

A jeśli po Euro 2020 odejdzie Ľubomír Šatka? Chodzi mu to po głowie...

- To będziemy mieli problem. I to duży. Umiejętności Šatki cenię bardzo wysoko, to topowy obrońca.

Czyli jak przyjdzie oferta dla Słowaka, to pan powie: weto?

- W kontekście przyszłego sezonu - tak. Choć Lech ma pewną strukturę i w niej zamierzam funkcjonować. Mówię o komitecie transferowym.

Ale pan zna działanie tego komitetu, przed laty w jego obradach brał pan udział wielokrotnie.

- To prawda. Ale też wiele się zmieniło. Sześć lat temu Piotr Rutkowski był wiceprezesem klubu, a dziś jest jego właścicielem. Tomek Rząsa był moim asystentem, a teraz jest dyrektorem sportowym. To ja w tej strukturze jestem nowy. I chociaż znamy się doskonale - co jest na pewno dużym atutem - to musimy od nowa zbudować relacje. I razem podejmować decyzje.

Zdecydowaliście już czy bierzecie Pawła Wszołka?

- Na pewno szukamy lewych obrońców, to nasz priorytet. Przydałby się też piłkarz na skrzydło...

No to jest dostępny Wszołek. Podobno z nim rozmawiacie.

- Pracujemy nad kilkoma transferami. Nazwisk panu nie zdradzę, ale jest szansa, że pierwsze ruchy ogłosimy jeszcze w maju. Natomiast proszę też pamiętać, że są zawodnicy, którzy byli wypożyczeni, a których zamierzam obejrzeć: João Amaral, Đorđe Crnomarković, Karlo Muhar...

Proszę wybaczyć, ale szału nie ma.

- Chcę ich po prostu przetestować, poznać, porozmawiać z nimi. Szczególnie, że na początku naszego zgrupowania w Opalenicy nie będzie z nami Šatki oraz Niki Kwekweskiriego.

Kwekweskiri to pana pierwszy transfer. Po co panu ten pomocnik, skoro zaraz do Lecha dołączy grający na tej samej pozycji Radosław Murawski? A na środku są dodatkowo Tiba czy Ramírez.

- Uważałem, że strata "Kwekwe" byłaby lekkomyślnością. To zawodnik, który łączy odbiór piłki z kreowaniem gry. Jest kapitalnie przygotowany mentalnie. Regularnie gra w reprezentacji Gruzji przeciwko Hiszpanii czy Danii. Zsumowałem to i stwierdziłem, że musimy o niego powalczyć. Cieszę się z "Kwekwe" i cieszę się z Radka. Uważam, że w ostatnich miesiącach na kilku pozycjach brakowało odpowiedniej konkurencji. Teraz chcemy to zmienić.

A zmieni pan w szatni Lecha proporcje? Będzie więcej Polaków?

- Będę do tego dążył, choć nie za wszelką cenę.

Czyli trochę by pan chciał, a trochę nie.

- Mając do wyboru dobrego obcokrajowca albo przeciętnego Polaka, nie będę miał wątpliwości.

Szatnia będzie kluczem do sukcesu?

- Chciałbym, żeby to był zdrowo funkcjonujący organizm. To jeden z moich głównych celów. Mam na to plan. Wiem, że łatwo nie będzie, bo zamierzamy mieć szeroką kadrę. A to automatycznie sprawi, że kilku zawodników usiądzie na ławce. Misją będzie znalezienie odpowiedniego balansu.

W Pogoni Szczecin z tą szatnią panu nie wyszło...

- No, nie wyszło.

Po przyjściu do Pogoni zapewniał pan, że wyciągnął pan wnioski ze swoich błędów z poprzednich lat. A mimo to - znów je pan popełnił. Jak jest obecnie? Mocno się pan zmienił?

- Życie nie stoi w miejscu. Cały czas jesteśmy poddawani przeróżnym procesom. I ewoluujemy. Ale nasze główne zasady życiowe rzadko kiedy się zmieniają. I tak chyba jest w moim przypadku.

Znamy się od 12 lat. I wielokrotnie rozmawialiśmy w różnych momentach: kiedy miał pan pracę i kiedy pan jej nie miał. I wie pan co? Moim zdaniem nie zmienił się pan za bardzo. Jest pan bardziej otwarty, ma pan też więcej siwych włosów. Ale w oczach widzę u pana ten sam ogień.

- Sam pan odpowiedział na to pytanie.

A pan jak odpowie? Jakiego Macieja Skorżę teraz zobaczymy?

- Nienawidzę pytań tego rodzaju.

Nie ma za co.

- Będę musiał lawirować pomiędzy starym mną a nowym. Ale bez starego Skorży na pewno nie uda się wycisnąć z piłkarzy maksa. W szatni nie mogę być przesadnie liberalny. Będą momenty, że nie będzie miło i przyjemnie. Ale wszystko co zrobię, będzie robione nie na potrzebny mojego ego, ale na potrzeby Lecha. 

Proszę zauważyć, że wszedłem do klubu, w którym - co prawda - jest grupa ciekawych zawodników, ale nie tworzą oni drużyny. Tak scharakteryzowałbym to ogólnie. Naszym zadaniem jest zbudować zespół. To wszystko będzie robione w obliczu ogromnej presji ze strony szefów klubu, kibiców, mediów. 

Mistrzostwo - to będzie cel na stulecie Lecha. I chcemy to zrobić, choć margines błędu będzie bardzo mały. To będzie wymagało ode mnie odpowiedniego przygotowania gruntu. Chcę mieć dobry kontakt z drużyną, zaufany sztab szkoleniowy. Chcę działać spokojnie i precyzyjnie. Ważne będzie dbanie o dynamikę grupy i odpowiednie morale naszych piłkarzy. Będziemy musieli też dbać o właściwe DNA, potrzebne w trudnych momentach.

Czuje pan presję, że praca w Poznaniu będzie dla pana weryfikacją legendy o Macieju Skorży? Jej pierwsza część to bajka: świetne wyniki osiągane w Amice Wronki, Groclinie Dyskobolii, Wiśle Kraków i mistrzostwo z Lechem. Jej druga część to bolesne zwolnienie z Kolejorza i katastrofa w Pogoni Szczecin...

- Nie podchodzę do tego w ten sposób. Mam 49 lat, nie myślę więc o emeryturze. Lech jest dla mnie bardzo ważnym projektem. Być może najważniejszym w mojej karierze.

Co więc chce pan z Lechem osiągnąć? Po tym sezonie poprzeczka nie jest zawieszona zbyt wysoko...

- Jako trener będę w pełni zadowolony tylko wtedy, kiedy zdobędziemy mistrzostwo Polski. Kiedyś w Wiśle byłem w podobnej sytuacji. Drużyna zajęła w tabeli ósme miejsce, do Niemiec odchodził Kuba Błaszczykowski, Cracovia była w tabeli od nas wyżej. Ale udało nam się to poskładać i zrobić świetny wynik. Wiem, że kiedy facet z jedenastej drużyny w tabeli mówi o wygraniu ligi to brzmi to dziwnie. Ale - biorąc pod uwagę możliwości klubu i plany jakie mamy na rozwój drużyny - uważam, że nie jest to niemożliwe.

Problemy Lecha to jedno, a problemy Skorży - to drugie. Na razie może się pan pochwalić bolesnymi liczbami. Uwzględniając finisz pana pierwszej przygody z Kolejorzem, pracę w Pogoni i końcówkę tego sezonu, zanotował pan zaledwie pięć zwycięstw w 32 ostatnich spotkaniach.

- Początkowo niechętnie podchodziłem do propozycji rozpoczęcia pracy przed końcem sezonu. Pierwsza moja myśl była taka, żeby poczekać. Ale zmieniłem zdanie. Bo mecze, które miałem do rozegrania, były dla mnie okazją do odpowiedzenia sobie na wiele pytań. Czy mogłem wystawiać w nich najsilniejszy skład i walczyć o każdy punkt? Mogłem. Ale uznałem, że lepiej będzie podjąć kilka prób, na przykład na prawej obronie albo na "dziesiątce". Kosztowało nas to być może kilka punktów, ale zyskaliśmy dzięki temu odpowiedzi na te pytania. Dla mnie w tamtym momencie najważniejsze było poznanie drużyny, wyrobienie sobie zdania na temat piłkarzy. I o ile nie jestem zadowolony z naszych wyników, o tyle z odpowiedzi - już tak.

Ale na końcu musi pana boleć świadomość, że gdybyście pokonali dwa ostatnie kluby w tabeli Ekstraklasy, czyli Podbeskidzie Bielsko-Biała oraz Stal Mielec, to gralibyście w pucharach.

- Musielibyśmy wygrać jeszcze z Górnikiem Zabrze, a to się nie udało. Natomiast nie ukrywam, że po tych meczach byłem rozczarowany. Najbardziej tym jak niewiele wystarczyło, aby z nami wygrać.

Może Lech jest po prostu skazany na przeciętność?

- Na pewno nie. Jestem o tym przekonany.

A nie lepiej było poczekać na propozycję z Dubaju, cieszyć się słońcem i zarabiać petrodolary?

- Pojawiały się różne możliwości, ale zdecydowanie chciałem wrócić do europejskiej piłki. Nawet na ostatnim etapie rozmów z Lechem miałem telefon z rejonu Zatoki Perskiej. Ale odmówiłem.

Podobno w Indiach też pana chcieli.

- Pojawiła się taka oferta. Mniej więcej w tym samym czasie, co propozycja ze Śląska Wrocław. Rozmawiałem też z federacją Gruzji. Nie wykluczam, że kiedyś ponownie wyjadę do pracy za granicę. Natomiast będąc tam, miałem w głowie myśl, że w Polsce są trzy kluby, które mnie interesują. I jeżeli dostanę od nich sygnał, to się pakuję.

Lech, Legia i Wisła?

- Nie potwierdzam. Chociaż tak, Lech od dawna był na tej liście. Wspólnie mamy wiele do udowodnienia. Dlatego cieszę się, że dostałem drugą szansę w Poznaniu. Początek był daleki od moich oczekiwań, ale wierzę, że to złe dobrego początki.

Rozmawiał w Poznaniu Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne