Reklama

Reklama

  • 1 .Legia Warszawa (56 pkt.)
  • 2 .Pogoń Szczecin (50 pkt.)
  • 3 .Raków Częstochowa (46 pkt.)
  • 4 .Piast Gliwice (38 pkt.)
  • 5 .Śląsk Wrocław (38 pkt.)
  • 6 .Lechia Gdańsk (38 pkt.)
  • 7 .Zagłębie Lubin (38 pkt.)
  • 8 .Warta Poznań (36 pkt.)

Lech Poznań może kiedyś stracić pozycję w Poznaniu na rzecz Warty?

Transparent o treści: "To miasto ma kolor niebieski, a nie zielony! Jak to przegracie zmieni się w czerwony!" zawisł na wiadukcie w Poznaniu przed derbami między Lechem a Wartą. A przecież relacje między Lechem i Wartą oraz jej kibicami to unikat - oba kluby istnieją obok siebie, w niespotykanej zgodzie. Teraz jednak Warta znalazła się w tabeli wyżej od Lecha.

Radosław Nawrot, Interia.pl: Te transparenty, które powiesili kibice Lecha: "Poznań jest niebieski, nie zielony" to objaw niepokoju, jaki wśród nich zapanował w związku z wyższą pozycją Warty w tabeli?

Reklama

Doktor Przemysław Nosal z Wydziału Socjologii UAM w Poznaniu: - Ja tak to odczytuję. Nie pojawiłyby się, gdyby sytuacja wokół Lecha i Warty nagle się nie zmieniła. To przypomnienie, by siostra nie zapominała, kto tu jest ważniejszy.

Takie upomnienie?

To jak podejście do mniejszego kolegi, by strącić mu czapeczkę. Nie robisz mu krzywdy, ale mówisz: "e, młody, uważaj sobie". Zabawne w sumie, bo przecież Warta nie jest młodsza, ale starsza od Lecha. W każdym razie to przypomnienie miejsca w szeregu oraz oczywiście przejaw pewnego relatywnego napięcia. Gdyby z Lechem było wszystko w porządku, kibice pewnie tak by nie reagowali.

Lech i jego kibice czują się więc upokorzeni sytuacją, w której Warta jest chwalona i wyżej?

- Ja całą tę sytuację, jak również wszystko to, co w ogóle dzieje się obecnie wokół Lecha, odczytywałbym w skrypcie godnościowym. Musielibyśmy tu wejść w jakąś psychoanalizę, ale mam wrażenie, że w Lechu zaczęło dominować myślenie z gatunku: "grunt to się nie skompromitować". Gdy Lech jest cały czas w walce o stawkę, stanowi istotną figurę w rywalizacji o czołówkę, jest blisko, to wówczas znajduje się na poziomie, który mu odpowiada. Nie musi być na szczycie, ale musi wokół niego krążyć. Taka sytuacja może być wtedy również do kupienia przez kibiców, którzy mają poczucie, że z Lechem dzieje się sporo złych rzeczy, ale cały czas znajduje się na wysokim poziomie, że jest top level. Napięcie rodzi się wtedy, gdy to poczucie się ulatnia. Najbardziej więc kibiców Lecha bolą te wszystkie wpadki z Żalgirisem czy Stjarnan, bo one pokazują rozdźwięk między aspiracjami a rzeczywistością.

Czyli Warta swą wyższą pozycją wpisała się w kontekst Żalgirisu i Stjarnan?

- Tak właśnie to widzę. To nowy wymiar zawstydzania Lecha. Czy bowiem Legia zawstydza Lecha? Raczej nie, prawie nigdy. Przegrać z nią nie jest fajnie, ale mowy o upokorzeniu nie ma. Większy ładunek mają porażki z ekipami z innego wymiaru, a do nich należy Warta. To trochę właśnie jak wylosowanie w pucharach nieznanej, niby słabej ekipy z Kazachstanu czy kresów Europy, z która następnie się przegrywa. Mamy już przecież chyba stany lękowe przed takimi losowaniami, prawda?

Z kim jednak w Warcie nie rozmawiam, każdy jest zakłopotany tą sytuacją. Mówią mi, że przecież żadnego pola do konkurowania z Lechem nie ma, w żadnej kwestii. Sami przyznają, że nie chodzi im o to, by być przed Lechem, nie to determinuje Wartę.

- Warta w sprawy Lecha została wplatana trochę niechcący i to ją z pewnością jakoś "upupia". Robi przecież coś własnego, autorskiego, ciekawego, bez stadionu, pieniędzy, bez niczego niemalże, więc skoro mówimy o szacunku, to ona przez to wszystko zasługuje na ten szacunek, na własną historię. Tymczasem zmuszona jest trochę mimowolnie pisać historię Lecha. Cały czas mamy jego kontekst.

Warta zasługuje na to, żeby nie wiązać jej permanentnie z Lechem i nie dziwię się, że nie chce tego, bo nawet w takim kontekście czysto finansowym porównania nie ma, chociaż wiem, że nie uciekniemy od nich. Wy dziennikarze też nie uciekniecie, bo przecież tworzą się dzięki temu zupełnie nowe narracje.

Z punktu widzenia np. miasta Poznań ja bym się bardzo cieszył, że akurat tutaj mamy dwa takie różne zespoły, a nie równe sobie. To się świetnie wpisuje w politykę różnorodności. Można powiedzieć - zobaczcie, mamy takich, ale i innych, są otyli i chudzi, wysocy i niscy.

Tworzą się nowe narracje, bo Warta miała być chuda, a utyła. Miała być niska, a urosła. A może to Lech schudł i zmalał?

- To są zabawy z naszymi starymi przyzwyczajeniami. Po awansie do ekstraklasy mnie się wydawało, że szansą dla Warty na istnienie w Poznaniu jest tworzenie własnej, odrębnej opowieści. I Warta w to poszła, zaczęła tworzyć swój zielony ład.

Stawiać na ekologię, seniorów, niepełnosprawnych, kobiety, być wrażliwą społecznie.

- Tak właśnie. Do tego te transfery graczy po przejściach, chorobach, kłopotach, z niższych lig. To się świetnie zbija razem. Natomiast transparent, od którego wyszliśmy, jest w zasadzie pytaniem nie o prawo do istnienia, ale o władzę. O hegemonię.

To też jest ważne, bo za władzą idą konkretne korzyści, jak popularność, uwaga, przychylność polityków, zdolność forsowania rozwiązań, wsparcie, wreszcie pieniądze. Na razie Warta wciąż jest traktowana jak parias, trochę musi żebrać, by wywalczyć swoje, więc w tym kontekście Lech nie musi się obawiać. Tutaj władzy nie traci, nikt mu niczego nie odbiera.

Cały czas wisi nad nami historia z Łodzi, gdy rozgoryczeni swym zespołem kibice ŁKS w latach siedemdziesiątych sami poniekąd wsparli lokalną alternatywę Widzewa. Nieco z przekory, nieco dla beki, ale przyczynili się do jego gwałtownego i szybkiego rozwoju. Sami go podhodowali.

- Nie jestem specjalistą od spraw łódzkich, ale tam mieliśmy jednak inne uwarunkowania społeczne. Sama wielkość miasta o tym decydowała. Tam, gdy jedna dzielnica kibicowała klubowi, to i tak robiły się z tego tłumy. Kwestia skali. Widzew był też klubem robotniczym, jednoznacznie adresowanym do kibiców wywodzących się z tej klasy.

Czyli w Poznaniu mamy sytuację odwrotną? To Warta wywodzi się z przedwojennych elit, a korzenie kolejowego, dębieckiego Lecha zawsze były proletariackie.

- W Poznaniu tradycje dzielnicowego kibicowania nie były jednak aż tak silne, by wywrzeć trwały wpływ.

Warta robiła badania. Tyle samo kibiców co na Wildze ma chociażby na Piątkowie, czyli poznańskim blokowisku.

- Ale Warta jednak z Wildą się kojarzy. Natomiast dzisiaj młodzi ludzie szukają pomysłu na swoje kibicowanie i to niekoniecznie musi być pomysł związany z lokalizacją, miejscem zamieszkania. Wolność wyboru jest tu ogromna, determinowana czasami impulsami, które trudno zbadać.

Czy ta ekologiczna, prospołeczna Warta może być atrakcyjna dla młodych ludzi, dla których takie sprawy jak chociażby ochrona środowiska czy troska o słabszych i wykluczonych stają się fetyszem?

- Warta związała się nie tyle z konkretną ideologią, co z wartościami o charakterze pozasportowym, co jest dość wyraziste. To jak hasła w wyszukiwarce, dzięki którym łatwiej coś znaleźć.

Czyli Warta leci po tagach skojarzeniowych?

- Taguje swoją ofertę. Pokazuje, jaka jest. A jest jakaś. Bardzo wyraźnie to określiła i łatwo to rozpoznać. A to oznacza pomysł na siebie. Na świecie jest szereg takich klubów, którzy piłkarsko stoją różnie, ale mają taki jasny przekaz ideologiczny, przyciągający kibiców. Tak działa przecież Union Berlin, tak działa St. Pauli i inne kluby. Nie nadają tonu rozgrywkom, ale do kibiców mówią bardzo wprost, wykraczają poza piłkę. Z perspektywy ludzkich wyborów to bardzo istotne.

Tego akurat, że Warta jest jaka jest, Lech nie musi się obawiać. Jego oferta dla kibiców jest inna, to jednak rodzaj tego, co nazywamy modern football. Lech to klasyczne przedsiębiorstwo sportowe z motywami lokalnymi, w których brzmi Poznań, Wielkopolska, bycie razem, stąd itd.

Czyli Warta jest w tym układzie against modern football?

- Kiedyś rozmawiałem z takim badaczem kibiców z Leicester, w czasach gdy zostawało ono mistrzem Anglii. I mówię mu, że to taka ciekawa historia tego klubu, właśnie against modern football. On mnie wyśmiał i rzekł: "chłopie, jakie against modern football?! Jeśli ktoś gra w ekstraklasie, nie ma o tym mowy."

Zgadzam się z tym, że Lech stał się przedsiębiorstwem sportowym i zauważam w ludziach sporo tęsknoty za czymś jednak bardziej pierwotnym. Za czymś, co znają z dawnych czasów, choćby lat dziewięćdziesiątych. Sam Łukasz Trałka mówił mi, że szatnia Warty jest taka. Opowiadał o niej, jakby trafił na wyspę z dinozaurami.

- Różne są fazy rozwoju społecznego i gdy dojdziemy do tej fazy konsumpcjonizmu, w której ważny jest indywidualizm i to, by robić coś często kosztem drugiej osoby, wówczas rośnie potrzeba na coś więcej niż tylko to, co kupujesz i za co płacisz. Na te lata dziewięćdziesiąte spoglądamy tęsknie dlatego, że wówczas nie wszystko było jeszcze sformatowane przez rynek. Wspominanie i tęsknota za tym, jak to kiedyś było, są bardzo częste.

Lech to wielki supermarket, może i galeria handlowa z tłumem ludzi, a Warta to sklepik osiedlowy?

- Taki, w którym wszyscy się znają. Trochę tak. Przy czym dla Lecha często krzywdzące jest, gdy patrzy się na niego jako przedsiębiorstwo w sposób pejoratywny. Raz, że nic w tym złego, a dwa, że Lech był jednym z pierwszych w Polsce klubów, które poszły jednoznaczną drogą profesjonalizacji. Jest profesjonalnym brandem, to pewien symbol rozwoju tego klubu, mocnego rozwoju. Wiem, że kibice lubią na to narzekać, ale to imponujące. W piłce na światowym poziomie albo jesteś "in", albo jesteś "out". Wyżywanie się na Lechu, że jest świetnie prosperującym przedsiębiorstwem jest zatem nieporozumieniem, a przynajmniej - niezrozumieniem reguł rządzących nowoczesnym sportem. Natomiast pamiętam klimat stadionu Warty, na którym wszystko słychać i gdzie się nie przeklina, bo można być upomnianym przez innego kibica - to jest nic innego jak mówienie po imieniu pani ze sklepu.

Pamiętam scenę przed barażami Warty z Unią Janikowo o wejście do drugiej ligi, na który przyszło mnóstwo ludzi. Więcej niż zwykle. Kolejka była bardzo długa. Kupiłem bilet i słyszałem, jak pewien pan przy kasie mówił do kasjerki: ale dla mnie nie ma biletu, pani Krysiu? 30 lat tutaj chodzę.

Może mu odłoży jak w sklepiku?

- Panie Romeczku, dla pana zawsze.

Mam wrażenie, że ani Lech, ani Warta, ani ich kibice nie czują się komfortowo w obecnej sytuacji, bo każdy wyszedł z ram swojej dotychczasowej egzystencji. Strefy wpływów mamy na razie mocno podzielone, ale czy w dłuższej perspektywie układ ugruntowany przez kilkadziesiąt lat może zostać naruszony?

- Pytanie, co by to miało oznaczać? To, że Warta zmienia się w większy klub z dużym budżetem, ściągający drogich piłkarzy? Moim zdaniem, nic takiego się nie wydarzy. Teoretycznie może ją kupić jakiś szejk albo inny bogaty biznesmen, ale nie sądzę, by tak się stało.

Wejście państwa Pyżalskich nie wpłynęło dobrze na Wartę?

- To wpuszczanie ludzi za darmo na stadion przy Bułgarskiej, ta ekspansja w czasach Pyżalskich była - z socjologicznej perspektywy - drogą na skróty, zrobieniem czegoś szybko. Chyba nie tędy droga. Wiele osób na darmowego pączka i kawę przyjdzie, ale gdy pączek i kawa zniknie, nie będzie też tych ludzi. Obecna droga Warty jest ciekawsza i bardziej wartościowa. Ona coś swojego buduje, pytanie na ile wystarczy jej sił i zapału. Tutaj nawet dobry wynik Warty nie zmieni ją w tym układzie, nie stanie się ona drugim Lechem czy jego konkurencją.

Drugi aspekt dotyczy kibiców i tego, czy Poznań mógłby się podzielić na część niebieską i zieloną. Tego też się nie obawiam. Na razie Warta nie wychowała chyba takiej walecznej grupy kibiców, skorych do konfrontacji, nie ma też zapędów kłusowniczych.

Jednakże kibice Lecha bywają zazdrośni.

- Ewidentnie, także z uwagi na wynik i postawę Kolejorza. Ale nie przewiduję walk i waśni, raczej takie prztyczki jak ten transparent. Przecież Lech i Warta nie żyły przez te wszystkie lata w jakiejś wielkiej przyjaźni. Nie miały nigdy ścisłej współpracy.

To sąsiedzi, którzy są na uprzejme "dzień dobry" na klatce schodowej?

- Raczej tak. I tyle. Warty na mieście za dużo nie ma, zielony szalik widać rzadko, konflikty nam raczej nie grożą. Kibice w Poznaniu również są złożeni w swoich sympatiach. Pamiętam, jak kiedyś Warta grała z KSZO Ostrowiec, a w jej szeregach grał Piotr Reiss. Na stadion przyszli więc kibice Warty, kibice KSZO, kibice Lecha sympatyzujący z Reissem, kibice Lecha sympatyzujący z KSZO, a wszystkich razem pewnie uzbierało się dwa tysiące. Pełne spektrum, a przecież wielu mieszkańców Poznania i samych piłkarzy należy do obu tych światów, i Lecha, i Warty. Oba są im bliskie. Jeżeli więc będzie się pojawiało jakieś napięcie, to w sposób zdezorganizowany, ale to wciąż jest wielka armia Czyngis-chanakontra małe sąsiednie państewko.

Zobacz Interia Sport w nowej odsłonie

Sprawdź! 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL