Reklama

Reklama

Lech Poznań. Klimczak odpowiedział Mioduskiemu

Nie milkną echa gorącego finiszu Ekstraklasy. Lech Poznań na własne życzenie odpadł z walki o mistrzostwo, ale to o tym klubie mówi się dziś najgłośniej. Oliwy do ognia dolali kibice, a szefowie Lecha i Legii Warszawa nie unikają wzajemnych zaczepek.

Fatalnymi występami w rundzie finałowej Lech, już na dwie kolejki przed końcem rozgrywek, wyłączył się z walki o tytuł. Za zmarnowaną okazję na mistrzostwo zapłacił, w trybie natychmiastowym, trener Nenad Bjelica.

Fani "Kolejorza" mieli już dość przegranych szans swoich ulubieńców, a doskonałą okazją do wyrażenia niezadowolenia był ostatni mecz rozgrywek z kroczącą po złoty medal Legia.

Gdy dodać do tego żenujący spór o to, gdzie należy uhonorować mistrzowską Legię po ewentualnym tytule, wyłania się nam beznadziejny obraz ciekawych rozgrywek, popisowo zepsutych na finiszu.

Reklama

Na gali Ekstraklasy szef Legii Warszawa Dariusz Mioduski wbił szpilę Lechowi, choć, jak zapewniał, nie chciał tego robić. - Jeśli w następnych latach przyjdzie celebrować innej drużynie zdobycie pucharu na naszym stadionie, to my bardzo chętnie podejmiemy się tej ceremonii i tej dekoracji - mówił Mioduski.

Na odpowiedź ze strony "Kolejorza" nie trzeba było długo czekać. Prezes Lecha i zarazem szef rady nadzorczej Ekstraklasy Karol Klimczak odniósł się do słów Mioduskiego w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego". "Były zupełnie niepotrzebne" - podkreślił.

Klimczak nie omieszkał też przypomnieć Legii niedawnych żałosnych scen, które dotyczyły klubu ze stolicy. "Legia była niedawno w podobnej sytuacji - jej piłkarze byli ganiani po klubowym parkingu. Wtedy powstrzymywałem się od komentarzy, choć dziennikarze mnie o to pytali. Krytyka była wtedy niepotrzebna, bo znam to środowisko. Mówienie, że coś się u nas nie wydarzy to ogromne ryzyko" - powiedział szef Lecha.

Klimczak odpowiedział też na zarzuty wielu środowisk, że Lech nie chciał albo nie umiał zorganizować na własnym stadionie należnej fety dla nowego mistrza Polski.

"Zarzucano mi, że jestem idiotą, bo nie mam pojęcia jak to zorganizować. A więc ten idiota wie, jak powinno się czynić honory. Niestety od kilku-kilkunastu dni liczyliśmy się z tym, co się może wydarzyć. (...) Odbieranie medali w otoczeniu broni gładkolufowej? Nie wiem, czy ktokolwiek miałby z tego przyjemność" - zaznaczył.

Póki co Legia cieszy się z mistrzostwa, a na Lecha sypią się kolejne kary. Zarówno kluby, jak i władze Ekstraklasy oraz PZPN, a także władze samorządowe i państwowe poczęły błyskawicznie zastanawiać się, jak na nowo i skutecznie podjąć walkę z pseudokibicami.

"Mam nadzieję, że w tej sprawie politycy nie będą bawić się w PR. Chcemy realnego działania" - podkreślił Klimczak.

WS

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL